Ban na chama

Palcem jeszcze tym razem nie będę wskazywał - może sami się ogarną, trzeba dać ludziom szansę – ale symetryzm wśród wziętych dziennikarzy, znanych publicystów, czy często przez wolne media eksploatowanych uczonych, wcale nie wygasł, a w niektórych przypadkach nawet się wzmocnił. Niestety, ich narrację wobec skrajnie chamskiego przeciwnika dalej cechuje bezpłciowa poprawność. A poprawność wobec ordynusa tylko go rozzuchwala i daje mu poczucie przewagi, którą zawsze będzie chciał wykorzystać z całą swoją chamską bezwzględnością.

Dawno, jeszcze bodaj w początku lat 70-tych, niestety, już śp. Daniel Passent, wykonując konieczne wówczas zwody i uniki przed cenzurą, poczynił był w którymś ze swoich felietonów uwagę o małej skuteczności opozycyjnej inteligencji wobec komunistycznej władzy, gdy - w przeciwieństwie do klasy robotniczej, zdecydowanie żądającej chleba - co najwyżej grzecznie prosiła tę władzę o pieczywko. W tym samym czasie profesor mniemanologii stosowanej Jan Tadeusz Stanisławski, nauczał piosenką: - Uczyła mnie mama bym się nie bał chama, bo cham to jest cham i boi się sam!

Jak się nie bać chama?

Mija właśnie siódmy rok panoszenia się chamstwa na polskiej scenie polityczno-społecznej. Konia z rzędem temu, kto wskaże, choć jeden przypadek, dawania przez obecną władzę dobrego przykładu kulturalnego i spolegliwego układania się ze społeczeństwem, albo z sąsiadami naszego państwa.

Jest całkowicie odwrotnie – im dłużej pisowscy dygnitarze rządzą, czy też „rządzom”, bo kaleczenie ojczystej mowy to też ich specjalność - tym bardziej narasta ich chamstwo, buta i arogancja. Już nawet nie udają, że kradną mniej niż wszyscy ich poprzednicy razem wzięci. Wraz z psuciem konstytucyjnego porządku i praworządności, niszczą jednocześnie systematycznie, z dużym zaangażowaniem tkankę łączną społeczeństwa i dzielą je według uznania psychopatycznego wodza.

To ten, całe życie bezskutecznie wychodzący ze swoich wrodzonych kompleksów konus, w wiecznie obsypanym łupieżem, wyświechtanym garniturku, podrzuca ciemnemu ludowi, złośliwie zwanemu „suwerenem”, wroga do nienawidzenia. Ostatnio szczególnie zajadle ujada, bez jasnej przyczyny, na osoby trans płciowe. Powtarza w kółko jakieś bzdury o Zosi, która o godz. 17:00 będzie się zmieniać w Jasia, czy odwrotnie; i czeka na chamski rechot swojego elektoratu. Ten rechot wprawia go w ekstazę bliską orgazmowi, którego prawdopodobnie nigdy w życiu sam nie zaznał i dlatego jest taki, jaki jest.

Siedem lat to wystarczająco długi czas, żeby przeciętnie inteligentny, przyzwoity człowiek zorientował się, że wódz i jego kamaryla zajęci, jak barbarzyńcy, zgarnianiem dla siebie najlepszych kąsków do wzięcia w podbitej krainie, prowadzą Polskę do przepaści. Tak naprawdę nic ich nie obchodzi rosnąca bieda i zagrożenie zewnętrzne.

Tym bardziej nie mogę się nadziwić galopadom dziennikarzy z różnych redakcji, w różnym wieku i zawodowej pozycji, po sejmowych korytarzach za jakimś szemranym bonzą, najczęściej po to, żeby się dowiedzieć, co też miał na myśli prezes Somdwiepcie – jak go trafnie nazwał niezawodny Stanisław Tym – gdy wygłaszał kolejne kretyniady na spotkaniu z ciemnym ludem. Niczego się nigdy nie dowiadują, albowiem genialne myśli wodza są nie do ogarnięcia dla zwykłego człowieka, a cóż dopiero dla prominentnego pisowca. Jak taki jeden z drugim nie dostanie na czas przekazu z centrali, co i jak ma mówić, to drepczącego obok dziennikarza z mikrofonem potraktuje wyniosłym milczeniem, pogardliwym gestem albo chamską odzywką.

Zaś prawda jest taka, że w tych wypowiedziach nie ma niczego, a zwłaszcza myśli, więc aż chciałoby się zaapelować do zalatanych żurnalistów, żeby dali sobie spokój z zainteresowaniem okazywanym chamskim przedstawicielom chamskiej władzy. Żeby się odwrócili do nich plecami i cierpliwie poczekali aż oni sami do nich podejdą i zaczną skamleć o uwagę mediów, bez której nie będą mieli najmniejszej szansy na jakieś głosy w wyborach.

O taką uwagę mediów nazywanych wolnymi, już zabiegają co cwańsi politycy, którym się zdarzyło wypaść z łask ciula rozmemłanego – to z kolei trafne określenie publicysty ukrywającego się pod kryptonimem D.O. – i teraz w strachu przed wypadnięciem z gry, pałętają się od studia do studia, żeby choć przez chwilę się pokazać i - o dziwo! - znajdują, kto wie, czy nie po prostu naiwnych wydawców, którzy takie produkty, jak nie przymierzając Girzyński, jednak zapraszają do swoich audycji, chyba tylko po to, żeby się przekonać, że choć może oni i wyszli z PiS-u, ale PiS w nich został na zawsze.

No, to jak walczyć z chamstwem spod znaku PiS? To oczywista oczywistość, że nie należy próbować stosować chamstwa wobec chama, bo będzie w tym zawsze lepszy. Ale najbardziej boli chama, gdy jest ignorowany. Oczywiście, trzeba go pilnować, żeby nie wszedł w niewyobrażalną szkodę, ale po co roztrząsać publicznie, co chciał wybełkotać cham nad chamy i kogo z kolei znów chciał obrazić? Lepiej go po prostu olać!

Ban na chama!

***** ***!

[CC] Michał Osiecimski

Ban na chama

Palcem jeszcze tym razem nie będę wskazywał - może sami się ogarną, trzeba dać ludziom szansę – ale symetryzm wśród wziętych dziennikarzy, znanych publicystów, czy często przez wolne media eksploatowanych uczonych, wcale nie wygasł, a w niektórych przypadkach nawet się wzmocnił. Niestety, ich narrację wobec skrajnie chamskiego przeciwnika dalej cechuje bezpłciowa poprawność. A poprawność wobec ordynusa tylko go rozzuchwala i daje mu poczucie przewagi, którą zawsze będzie chciał wykorzystać z całą swoją chamską bezwzględnością.

Dawno, jeszcze bodaj w początku lat 70-tych, niestety, już śp. Daniel Passent, wykonując konieczne wówczas zwody i uniki przed cenzurą, poczynił był w którymś ze swoich felietonów uwagę o małej skuteczności opozycyjnej inteligencji wobec komunistycznej władzy, gdy - w przeciwieństwie do klasy robotniczej, zdecydowanie żądającej chleba - co najwyżej grzecznie prosiła tę władzę o pieczywko. W tym samym czasie profesor mniemanologii stosowanej Jan Tadeusz Stanisławski, nauczał piosenką: - Uczyła mnie mama bym się nie bał chama, bo cham to jest cham i boi się sam!

Jak się nie bać chama?

Mija właśnie siódmy rok panoszenia się chamstwa na polskiej scenie polityczno-społecznej. Konia z rzędem temu, kto wskaże, choć jeden przypadek, dawania przez obecną władzę dobrego przykładu kulturalnego i spolegliwego układania się ze społeczeństwem, albo z sąsiadami naszego państwa.

Jest całkowicie odwrotnie – im dłużej pisowscy dygnitarze rządzą, czy też „rządzom”, bo kaleczenie ojczystej mowy to też ich specjalność - tym bardziej narasta ich chamstwo, buta i arogancja. Już nawet nie udają, że kradną mniej niż wszyscy ich poprzednicy razem wzięci. Wraz z psuciem konstytucyjnego porządku i praworządności, niszczą jednocześnie systematycznie, z dużym zaangażowaniem tkankę łączną społeczeństwa i dzielą je według uznania psychopatycznego wodza.

To ten, całe życie bezskutecznie wychodzący ze swoich wrodzonych kompleksów konus, w wiecznie obsypanym łupieżem, wyświechtanym garniturku, podrzuca ciemnemu ludowi, złośliwie zwanemu „suwerenem”, wroga do nienawidzenia. Ostatnio szczególnie zajadle ujada, bez jasnej przyczyny, na osoby trans płciowe. Powtarza w kółko jakieś bzdury o Zosi, która o godz. 17:00 będzie się zmieniać w Jasia, czy odwrotnie; i czeka na chamski rechot swojego elektoratu. Ten rechot wprawia go w ekstazę bliską orgazmowi, którego prawdopodobnie nigdy w życiu sam nie zaznał i dlatego jest taki, jaki jest.

Siedem lat to wystarczająco długi czas, żeby przeciętnie inteligentny, przyzwoity człowiek zorientował się, że wódz i jego kamaryla zajęci, jak barbarzyńcy, zgarnianiem dla siebie najlepszych kąsków do wzięcia w podbitej krainie, prowadzą Polskę do przepaści. Tak naprawdę nic ich nie obchodzi rosnąca bieda i zagrożenie zewnętrzne.

Tym bardziej nie mogę się nadziwić galopadom dziennikarzy z różnych redakcji, w różnym wieku i zawodowej pozycji, po sejmowych korytarzach za jakimś szemranym bonzą, najczęściej po to, żeby się dowiedzieć, co też miał na myśli prezes Somdwiepcie – jak go trafnie nazwał niezawodny Stanisław Tym – gdy wygłaszał kolejne kretyniady na spotkaniu z ciemnym ludem. Niczego się nigdy nie dowiadują, albowiem genialne myśli wodza są nie do ogarnięcia dla zwykłego człowieka, a cóż dopiero dla prominentnego pisowca. Jak taki jeden z drugim nie dostanie na czas przekazu z centrali, co i jak ma mówić, to drepczącego obok dziennikarza z mikrofonem potraktuje wyniosłym milczeniem, pogardliwym gestem albo chamską odzywką.

Zaś prawda jest taka, że w tych wypowiedziach nie ma niczego, a zwłaszcza myśli, więc aż chciałoby się zaapelować do zalatanych żurnalistów, żeby dali sobie spokój z zainteresowaniem okazywanym chamskim przedstawicielom chamskiej władzy. Żeby się odwrócili do nich plecami i cierpliwie poczekali aż oni sami do nich podejdą i zaczną skamleć o uwagę mediów, bez której nie będą mieli najmniejszej szansy na jakieś głosy w wyborach.

O taką uwagę mediów nazywanych wolnymi, już zabiegają co cwańsi politycy, którym się zdarzyło wypaść z łask ciula rozmemłanego – to z kolei trafne określenie publicysty ukrywającego się pod kryptonimem D.O. – i teraz w strachu przed wypadnięciem z gry, pałętają się od studia do studia, żeby choć przez chwilę się pokazać i - o dziwo! - znajdują, kto wie, czy nie po prostu naiwnych wydawców, którzy takie produkty, jak nie przymierzając Girzyński, jednak zapraszają do swoich audycji, chyba tylko po to, żeby się przekonać, że choć może oni i wyszli z PiS-u, ale PiS w nich został na zawsze.

No, to jak walczyć z chamstwem spod znaku PiS? To oczywista oczywistość, że nie należy próbować stosować chamstwa wobec chama, bo będzie w tym zawsze lepszy. Ale najbardziej boli chama, gdy jest ignorowany. Oczywiście, trzeba go pilnować, żeby nie wszedł w niewyobrażalną szkodę, ale po co roztrząsać publicznie, co chciał wybełkotać cham nad chamy i kogo z kolei znów chciał obrazić? Lepiej go po prostu olać!

Ban na chama!

***** ***!

[CC] Michał Osiecimski
(631/29-10-2022)

Pobierz PDF Wydrukuj