Armia w PIS-burdelu czyli burdel w armii

KIEDYŚ ARMIA, DZIŚ BURDEL W MUNDURZE

Spoglądając na stan naszej armii zobaczyć można jak w soczewce wszystkie ciężkie grzechy oraz konsekwencje 7 lat "dobrej zmiany". Chyba w żadnym innym resorcie nie ujawniono aż tylu afer, nieprawidłowości, niegospodarności, złodziejstwa, chaosu, nepotyzmu i braku kompetencji, co właśnie w MON, naszej armii i przemyśle zbrojeniowym. A ponieważ właściwie wszystko, co związane jest z obronnością państwa jest w mniejszym lub większym stopniu utajnione i dziennikarze mają bardzo utrudniony dostęp do tych informacji, więc możemy mieć pewność, że ujawniony został tylko wierzchołek olbrzymiej góry lodowej. Z szafy z napisem "MON" trupy będą wypadać długo po tym, jak PIS przestanie rządzić w Polsce. I nie chodzi tylko o zakupy bardzo kosztownego uzbrojenia, które z punktu widzenia naszej strategii obronnej i stanu finansów państwa były zupełnie bez sensu, nie tylko o przetargi, które powinny się odbyć, a się nie odbyły, i nie tylko o prawdziwą przestępczą pajęczynę, którą najpierw Macierewicz z Misiewiczem, a potem Błaszczak z Chwałkiem opletli cały nasz przemysł obronny. Chodzi mi bardziej o takie szkody wyrządzone naszej armii i zdolnościom obronnym, które na pierwszy rzut oka są na ogół trudno zauważalne. Bowiem są to szkody, jakie zostały wyrządzone w umysłach i mentalności żołnierzy oraz kadry oficerskiej, ich morale, przekonaniu o sensowności ich służby i zaufaniu do własnych dowódców...

Pisząc ten post przejrzałem materiały o aferach, aferkach i skandalach związanych z MON, wojskiem i przemysłem obronnym w ostatnich latach. Doliczyłem się 65 takich faktów... Skoro my o nich wiemy, to tym bardziej wiedzą o nich żołnierze i ich rodziny. Oni na co dzień widzą nie tylko żenujące braki w uzbrojeniu, wielką prowizorkę i robienie wszystkiego na pokaz, ale także zwykłą głupotę, amatorszczyznę, łamanie prawa i regulaminów oraz prywatę ludzi kierujących armią, którzy nie mają ani kwalifikacji, ani zielonego pojęcia o wojskowości. Do dziś mam w oczach obraz dowódcy batalionu strzelców podhalańskich (niegdysiejszej elity armii), prężącego się przed przygłupim, prymitywnym byłym pomocnikiem aptekarza Misiewiczem, oddającego mu honory (osobie cywilnej!), tytułującego go "ministrem" i usłużnie trzymającego nad przygłupem parasol... Żołnierze, którzy wtedy salutowali prężąc się przed Misiewiczem na baczność, wiedzieli oczywiście, że stoi przed nimi zwykły arogancki, PIS-owski kmiot, nie odróżniający czołgu od kuchni polowej. Ale po kilkunastu miesiącach dowiedzieli się także, że ten kmiot, choć w MON zarabiał krocie, to jeszcze kradł i wyłudzał pieniądze w spółkach zbrojeniowych. A dla morale żołnierza nie ma nic gorszego, niż widok przełożonych niekompetentnych, durnych i myślących tylko o własnych korzyściach. Bo to ci przełożeni, nawet w czasach pokoju, wciąż decydują o życiu i zdrowiu żołnierzy. Pomijam już fakt ośmieszania i upadku prestiżu wojska oraz etosu munduru, podobnie jak to ma miejsce w przypadku Policji. Generał Skrzypczak, jeden z najlepszych, najbardziej cenionych i lubianych wysokich dowódców WP, skomentował to wydarzenie słowami: "Nadszedł czas pogardy dla munduru". W zemście obrażony były pomocnik aptekarza zmusił generała do definitywnego pożegnania się z armią.

Oglądając w TV relacje z bohaterskiego stawiania przez armię ukraińską oporu barbarzyńskiemu najeźdźcy wielokrotnie zadawałem sobie pytanie: jak długo byłaby w stanie bronić się przed ruskimi dywizjami nasza armia? I odszedłem do wniosku, że najdalej po 2 tygodniach zaciętych, aczkolwiek bardzo chaotycznych walk, wszelki nasz zorganizowany opór by ustał, siły zbrojne RP przestałyby istnieć, a Ruscy doszliby do Odry. W czasie wojskowych ćwiczeń "Zima 2020" całkowite zniszczenie naszej armii zajęło armii rosyjskiej raptem 5 dni. Nie mieliśmy już ani żadnych samolotów, ani czołgów. A śmigłowców oraz floty nie mamy i bez inwazji Putina. Co nie przeszkodziło potem Błaszczakowi ocenić postawę armii i jej dowódców w czasie trwania tych manewrów na "6". Dając im maksymalną ocenę za błyskawiczne przegranie wojny obronnej mimowolnie przyznał, że stawania oporu przez zaledwie kilka dni to szczyt możliwości naszych sił zbrojnych… No ale skoro tymi siłami zbrojnymi rządzą "misiewicze", "błaszczaki" i "skurkiewicze", to czego innego można się po nich spodziewać?

Armia, jeszcze przed nastaniem „dobrej zmiany” nie prezentująca się zbyt dobrze, przez ekipę Macierewicza, a potem ekipę Błaszczaka została poddana wielopłaszczyznowej destrukcji i konsekwentnemu ośmieszaniu. Było kolejne już rozwalenie przez Macierewicza służby kontrwywiadu wojskowego i nocne włamywanie się Misiewicza do CEK NATO. Były czystki polityczne wśród kadry oficerskiej, było pozbycie się 90% generałów (w większości absolwentów zachodnich akademii wojskowych) i zastąpienie ich jakimś pajacami po przyspieszonych, 3-miesięcznych „kursach generalskich”. Było powierzanie kryminalistom (z wyrokami sądowymi za rozboje) rekrutacji do WOT i kuriozalne awanse (np. z kaprala na porucznika lub z sierżanta na majora) w tej formacji, podlegającej nie Sztabowi Generalnemu, tylko Nowogrodzkiej.

Pamiętacie idiotyczne pomysły z zakupem 1.000 umundurowanych misiów i „taktycznych długopisów” z logo MON (wyposażonych w ostrze, latarkę, zbijak do szyb i mających pisać w temp. od -37ºC do 120ºC), „sprzęt wojskowy” (prod. chińskiej) nabywany za setki tysięcy zł od znajomego sprzedawcy wiader, grabi, grillów i węży ogrodowych? Pamiętacie wielki blamaż z karabinkiem Grot? W jakiej pogardzie i lekceważeniu trzeba mieć własnych żołnierzy, by wyposażać ich w „broń”, z której wypadają części i z której nie da się strzelać dłużej niż kilka sekund? „Może być największy chłam, byleby tylko było czym się pochwalić w mediach”. Uwielbiającemu rozgłos wokół własnej osoby Macierewiczowi potrzebny był sukces medialny. Nie tylko wymusił więc dopuszczenie do produkcji broni bez obowiązkowych testów, ale w dodatku zrobił to wiedząc doskonale, że jest to broń niesprawna. Dopiero po 2 latach udało się w niej usunąć większość wad.

Pamiętacie wyciek dziesiątek tysięcy niejawnych informacji z bazy danych zarządzanej przez MON? Twierdzono wówczas, że były to informacje zupełnie jawne i ogólnodostępne. Eksperci od wojskowości wyśmiali to tłumaczenie. Gdy ze skrzynki mailowej Dworczyka hakerzy ściągnęli setki dokumentów (o klauzuli „niejawne” lub „poufne”) dotyczących wojska, też usłyszeliśmy, że nic się nie stało. A były tam m.in. informacje o tym, że batalion X ma tylko po 2 szt. pocisków do wyrzutni ppanc. Spike (prod. izraelskiej) i że zakłady Mesko w Skarżysku-Kamiennej mają notoryczne problemy z  produkcją amunicji, brakiem surowców do produkcji rakiet i ich kiepską jakością, zaś moździerze RAD-3 rażą niecelnością. Były informacje o tak olbrzymim bałaganie organizacyjnym w zakładzie, że produkcja amunicji nie będzie w nim możliwa nawet po mobilizacji gospodarki w czasie wojny. Były informacje o planach budowy linii produkcyjnej nadchloranu amonu (kluczowego składnika paliw rakietowych) i wadach zestawów rakietowych Piorun… To wszystko są pilnie strzeżone tajemnice państwowe i wojskowe, a ich ujawnianie określane jest mianem „zdrady”. Po co Kreml ma utrzymywać w Polsce kosztowną siatkę wywiadowczą, skoro mają w polskim rządzie Dworczyka i Olgę Semeniuk, wielbicielkę Putina? Oboje swego czasu byli zresztą najbliższymi współpracownikami szefa MON Macierewicza…

Był skandal z tłumaczeniem dokumentacji czołgów Leopard 2PL, kiedy to Błaszczak, za przetłumaczenie w zasadzie 750 stron tekstu, zapłacił swoim znajomkom… 10,3 miliona zł! W dodatku tłumaczenie zlecił ludziom, którzy nie mieli nawet prawa wglądu w dokumenty niejawne! Było doprowadzenie zakładu Bumar-Łabędy na skraj upadłości... Były buńczuczne obietnice Macierewicza i beczki zjełczałego łoju Szydłowej szybkiego zakupu całych eskadr śmigłowców, dumnie pokazywano nam nawet ich plastikowe modele. Były plany budowy 3 łodzi podwodnych w Radomiu i "wyposażenia" armii w 300 mobilnych ołtarzy wojskowych. Były zapewnienia o rozpoczęciu produkcji tysięcy dronów bojowych… Była kompromitacja Błaszczaka podczas ewakuacji Kabulu, brak decyzji, chaos i karygodne wystawienia na niebezpieczeństwo żołnierzy sił specjalnych. Była „podkomisja smoleńska”, na którą to właśnie MON wyłożyło ok. 50 mln zł, a które to MON nawet nie wiedziało, kto jeszcze był, a kto już nie był członkiem tego zacnego gremium...

Była żenująca awantura o Westerplatte oraz skandale z odczytywaniem "apelu smoleńskiego" i odmowy udziału asysty wojskowej w obchodach rocznicy wybuchu Powstania i innych uroczystości państwowych. Jest mega skandal z budową Muzeum Bitwy Warszawskiej, które wg zapewnień Błaszczaka miało być otwarte w... 2020r.! Projekt Muzeum opracował (za ciężkie miliony) nie kto inny, tylko PIS-dzielec Czesław Bielecki. Roiło się w nim jednak od błędów, zmieniła się również koncepcja Muzeum, więc rozpisano przetarg na poprawienie tego projektu. Przetarg był bezczelnie ustawiony, nawet nie starano się stworzyć pozorów uczciwości. Wygrać go mogła tylko pracownia architekta... Czesława Bieleckiego! No i wygrała. I za poprawianie własnego bubla wystawiła rachunek na następne 3,4 miliona zł! Po co więc kończyć tę inwestycję, skoro PIS-owcy najlepiej zarabiają na niej wtedy, gdy jest ona w fazie wiecznej budowy?

Było obsadzanie władz spółek zbrojeniowych niedojdami i przygłupami, nie mającymi nawet średniego wykształcenia i żadnego doświadczenia w "zbrojeniówce". Od 7 lat trwa tam prawdziwa karuzela stanowisk. W czasie „dobrej zmiany” aż 7 razy zmieniał się skład Zarządu PGZ! O jakiej spójnej i konsekwentnej strategii rozwoju można w tej sytuacji mówić?! „Spójne i konsekwentne” były tylko wykresy zysków zbrojeniowego giganta – co rok o 40% mniejszych. Tak jak MON jest "folwarkiem Błaszczaka", tak przemysł zbrojeniowy jest dziś "księstwem" Sebastiana Chwałka, przydupasa i wspólnika Błaszczaka. Kreatury, która nigdy nie zajmowała się wojskowością ani biznesem, bo całe swoje dorosłe życie była wyłącznie działaczem i politykiem PIS. No i złodziejem. Chwałek od co najmniej 2018r. powinien siedzieć w pierdlu. Aż dziw, że go do dziś pracownicy "zbrojeniówki" nie zlinczowali, szczególnie ci z Bumaru-Łabędy, bo to właśnie Chwałkowi, Błaszczakowi i ich "koleżance od interesów" Wawrzynkiewicz zawdzięczają 90% obecnych problemów - ponad 1.000 pracowników, kilkaset milionów rocznego "dofinansowania" i przez 3 lata zmodernizowanych 12 przedpotopowych czołgów T-72, które z dumą pokazywano we wszystkich PIS-owskich mediach. To również Chwałek do spółki z Błaszczakiem zatopili projekt "Miecznik", który był ostatnią nadzieją na odbudowanie naszej floty. Doszli do wniosku, że lepiej zarobią kupując używane okręty od Brytyjczyków. No i pewnie zarobili. Brytyjskich okrętów oczywiście nie ma i nigdy nie będzie, podobnie jak nie ma już właściwie szans na realizację projektu "Miecznik". Chodzą słuchy, że dowództwo rosyjskiej Floty Bałtyckiej oraz GRU wystąpiły do Putina o nadanie Błaszczakowi i Chwałkowi honorowych tytułów "Bohatera Federacji Rosyjskiej". Takiego samego, jaki już od kilku lat ma Macierewicz...

Kontynuuję więc temat afer i skandali w armii. Było zniszczenie przez Błaszczaka, i to w przededniu pandemii(!), elitarnego Wojskowego Instytutu Higieny i Epidemiologii, jedynej takiej placówki w armii. Błaszczak postawił na czele WIHiE swojego przydupasa, pułkownika Adama Z. A ten rozpoczął "pracę" od czystek kadrowych, wyrzucił m.in. wykształconych w USA specjalistów z zakresu epidemiologii i wirusologii, mających za sobą udział w misjach lekarskich w Iraku. Zapoczątkowało to masowe zwalnianie się z pracy innych pracowników Instytutu oraz laboratorium. Spośród ok. 50 osób kadry kierowniczej odeszło ponad 80%! W ten sposób Instytut i jego laboratorium w przededniu 2 fali pandemii przestały w zasadzie funkcjonować. Bardzo skutecznie i wszechstronnie "funkcjonował" natomiast przydupas Błaszczaka. Wprawdzie ten sku*wiel nie znał się zbyt dobrze na epidemiach i wirusach, ale potrafił kraść to, co było wtedy najbardziej poszukiwanym towarem: wszelki sprzęt ochronny, płyny dezynfekujące, testy na COVID-19 itd. Kilka miesięcy po objęciu stanowiska CBA wyprowadziło go skutego kajdankami. Ale znacznie większą szkodą niż przywłaszczenie mienia WIHiE o wartości kilkuset tysięcy zł było zniszczenie utworzonego 60 lat temu Instytutu, który dziś istnieje właściwie wyłącznie na papierze...

Po 1989r. tylko raz zdarzyła się sytuacja, że partia rządząca w Polsce całkiem poważnie rozważała możliwość użycia wojska do pacyfikowania społecznych protestów. Było to 2 lata temu, podczas masowych demonstracji Strajku Kobiet. W stworzeniu atmosfery prawdziwej histerii, jaka wtedy zapanowała na Nowogrodzkiej, największy udział miał Błaszczak. I to on (oraz Ziobro) był wtedy największym zwolennikiem wysłania wojska przeciw protestującym kobietom. Niemal na pewno nie kierował się wcale strachem przed upadkiem rządu. Bardziej chodziło mu o wzmocnienie swojej pozycji w partii, jako tego, który swoją zdecydowaną postawą i podległą mu armią zażegnał grożące władzy PIS niebezpieczeństwo. Pamiętajmy, że w zasadzie od 2 lat wszystkie poczynania najważniejszych polityków PIS są podporządkowane ich ambicjom przejęcia w przyszłości władzy w partii i przypodobania się konserwatywnemu elektoratowi. Plan Błaszczaka nie został wtedy zaaprobowany przez Kaczyńskiego i Komitet Polityczny partii. Ryzyko rozlewu krwi było spore, a skojarzenia ze stanem wojennym (wprowadzonym przeciwko kobietom!) i katastrofa wizerunkowa PIS oczywiste. Ale diabli wiedzą, jak skończyłyby się protesty Strajku Kobiet, gdyby nie zdecydowana odmowa wyprowadzenia armii na ulice ze strony generała Andrzejczaka (Szefa Sztabu Generalnego). Co się jednak odwlecze, to nie uciecze… Rok później Błaszczak już postawił na swoim w czasie kryzysu migracyjnego i zamknięcia przez wojsko granicy z Białorusią. To Błaszczak, Kamiński i Wąsik byli również największymi zwolennikami wybudowania muru na granicy.

Permanentny konflikt Błaszczaka właśnie z generałem Andrzejczakiem i z niemal całym Sztabem Generalnym WP to następny kamyczek ogródka o nazwie "siły zbrojne RP". Dla nikogo w armii nie jest tajemnicą, że Błaszczak od dawna chce się pozbyć generała i zastąpić go jednym ze swoich generalskich przydupasów, najchętniej Kukułą z WOT-u. Apogeum konfliktu przypadło na koniec 2020r., kiedy to Błaszczak wydał rozporządzenie, którym de facto pozbawiał Sztab Generalny realnego dowództwa nad siłami zbrojnymi i przyznawał te kompetencje samemu sobie. Czyli Kaczyńskiemu. Kompromitacja, jaką zakończyły się manewry "Zima 2020" (o których pisałem ostatnio), była podobno sprokurowana właśnie przez Błaszczaka, który chciał w ten sposób ośmieszyć swojego oponenta... Fakt, że generał Andrzejczak nadal stoi na czele Sztabu Generalnego, to głównie zasługa "główki prącia Prezesa", który nie godzi się na zdymisjonowanie generała. Ale i on nie kieruje się wcale dobrem armii i stabilnością jej dowództwa, tylko nie chce dopuścić, by ten śmieć Błaszczak przejął pełną władzę nad siłami zbrojnymi. Od miesięcy trwa więc sytuacja patowa, konflikt nie traci na intensywności, a najlepszym na to dowodem są koszmarnie drogie zakupy uzbrojenia, jakich Błaszczak dokonuje bez żadnych konsultacji ze Sztabem Generalnym WP. Ale o tym za chwilę...

To, czego my się właściwie tylko domyślamy, nie jest żadną tajemnicą dla żołnierzy i oficerów. Błaszczak i cały MON mają głęboko w dupie ich życie oraz zdrowie. Szefostwo resortu udowodniło to wielokrotnie w sytuacjach, gdy na jednej szali było właśnie dobro i zdrowie żołnierzy, a na drugiej... budżet MON. Tak było po katastrofie myśliwca MIG-29 i śmierci pilota kpt. Sobańskiego. Choć właściwie od początku wiedziano, że pilot zginął z powodu wadliwej konstrukcji fotela, to jednak Błaszczak nakazał dalsze latanie tymi maszynami i buńczucznie zapewniał, że będą one używane w naszych siłach powietrznych jeszcze przez 10-15 lat. Śledztwo początkowo prowadzono zresztą pod kątem wykazania błędu pilota, co oburzało innych pilotów tych „latających trumien”. A potem przez 3 lata wdowa po kapitanie (mająca dwójkę małych dzieci) musiała toczyć batalię z całą wojskową machiną biurokratyczną. Nikt z MON ani dowództwa sił zbrojnych nie pomógł tej kobiecie. Mało tego, by uniknąć konieczności wypłacenia jej odszkodowania, Błaszczak i jego ministerialne przydupasy chwytali się najbrudniejszych, chamskich metod. Kazali wdowie przedłożyć zaświadczenie(?!), że jej mąż świadomie nie popełnił samobójstwa! I że nie cierpiał na żadną chorobę psychiczną... Kto miał wystawić takie zaświadczenia, skoro jej mąż już nie żył, urzędnicy MON nie powiedzieli.

Błaszczak zrobił w bambuko także weteranów, którzy odnieśli rany w czasie misji w Iraku i Afganistanie. Na jego polecenie MON tak interpretowało przepisy, by nawet ci żołnierze z 90% uszczerbku na zdrowiu nie dostali od wojska odszkodowań. Pozostawała im tylko droga sądowa, no i w sądach procesy z MON przegrywali raz za razem. Dlaczego? Bo ich roszczenia się... przedawniły! Dopóki trwało ich leczenie i rehabilitacja nie mogli uzyskać zaświadczeń o stopniu inwalidztwa. A potem dochodziły niekończące się wojskowe oraz sądowe procedury i w ten sposób mijały 3 lata od chwili odniesienia ran. I dupa... W 2019r. Błaszczak w bardzo emocjonalnym wpisie na TT zapewnił, że sprawy odszkodowań dla naszych żołnierzy nie mogą ulegać przedawnieniu. I to było wszystko, co ta menda zrobiła jako szef MON. Poinformował, że wystąpił z wnioskiem do reprezentującej MON Prokuratorii Generalnej o niestosowanie tego przepisu. Kłamał. Do PG nigdy jego wniosek nie dotarł, więc wszystkie sprawy o odszkodowania dla rannych weteranów były uwalane. W chwaleniu siebie, składaniu obietnic, wygadywaniu frazesów o trosce o dobro żołnierzy to Błaszczak jest pierwszy. A najbardziej bulwersujące jest to, że Błaszczak skąpił 2-3 mln zł na odszkodowania i renty inwalidzkie dla weteranów, a lekką ręką wyrzucał w błoto dziesiątki milionów na realizację jakichś swoich kompletnie idiotycznych pomysłów. Słynne 300 „mobilnych ołtarzy” miało kosztować prawie 9 mln zł…

Miejsca do pisania mam coraz mniej, a do powiedzenia nadal bardzo dużo. Więc w telegraficznym skrócie przypomnę kilka innych afer i skandali z udziałem Błaszczaka i MON, które w większości zostały zatuszowane, a konsekwencje poniosły na ogół ofiary, a nie przestępcy w mundurach. Niegospodarność i malwersacje finansowe b. rektora Akademii Sił Lądowych we Wrocławiu, czystki kadrowe, zamordyzm i donosicielstwo, bunt podchorążych i samobójstwo jednego z nich, masowe zwalnianie się z pracy wykładowców. Gdyby nie to, że studenci AWL w chwili rezygnacji ze studiów muszą zwrócić pieniądze, jakie zostały przez MON wyłożone na ich kształcenie, to dziś ta niegdyś elitarna wojskowa uczelnia byłaby już w stanie likwidacji z powodu braku chętnych do nauki.

Mobbing, nękanie i molestowanie seksualne w mazowieckiej Żandarmerii Wojskowej. Sprawa umorzona. To samo w ŻW na Lubelszczyźnie. Tuszowanie skandali, zastraszanie ofiar i zmuszanie świadków do składania fałszywych zeznań, aż wreszcie zwalnianie kobiet-oficerów z wojska, a ich prześladowców-przełożonych pozostawianie na stanowiskach. Afera korupcyjna w 6 batalionie dowodzenia w Krakowie, podejrzanych ok. 40 osób. Nepotyzm w pomorskiej 7 brygadzie WOT, gdzie na specjalnych zasadach (także w przyznawaniu premii) zatrudnieni są żona, zięć i córeczka dowódcy brygady ppłk. Burzyńskiego. Nepotyzm w dolnośląskiej 16 brygadzie WOT, gdzie z kolei „świętymi krowami” są syn i córeczka dowódcy płk. Barańskiego. Praktycznie we wszystkich jednostkach WOT są wielomiesięczne zaległości w wypłatach pensji i żołdów, a premie uznaniowe otrzymują tylko "krewni i znajomi królika", wciąż ci sami...

Kilka miesięcy temu specjalna JW "Nil", zajmująca się zakupami dla wojska i oczko w głowie Błaszczaka, ta sama, która kupowała chińskie kompasy i latarki dla "specjalsów" od handlarza grillami, grabiami i wiadrami, za 2 mln zł kupiła spadochrony dla naszych komandosów z 6 DPD z Krakowa. Przetarg na spadochrony był ustawiony pod jedną konkretną firmę, prowadzoną notabene też przez wojskowych. Przedstawili oni sfałszowane certyfikaty, potwierdzające przeprowadzenie badań oferowanego sprzętu i jego możliwości techniczne. JW "Nil" nie tylko zakupiła spadochrony bez wymaganych atestów, ale w dodatku były to spadochrony cywilne (sportowe), a nie specjalistyczne wojskowe!

ZAKUPY. Jeden z ekspertów ds. wojskowości tak skomentował podpisywanie przez Błaszczaka kontraktów na zakup uzbrojenia: "To zakupoholik, zachowuje się jak dziecko, które weszło do olbrzymiego sklepu z zabawkami i kupuje wszystko, co się świeci"... Od siebie dodam, że to „dziecko” ma komfortową sytuację, bo „rodzice” nie wyznaczyli mu żadnego limitu wydatków. Wszyscy szefowie MON przed nastaniem „dobrej zmiany” mieli ten sam wielki ból głowy – skąd wziąć pieniądze na zakupy uzbrojenia i modernizację armii? Zawsze było ich za mało, zawsze były to wydatki pokrywane z budżetu, zatwierdzone przez rząd i parlament. Kaczyński i Błaszczak natomiast poszli na skróty. Najpierw wykorzystali niespokojną sytuację na Białorusi, a potem wzrost napięcia pomiędzy Kremlem i Kijowem. I stwierdzili, że konieczność natychmiastowego „zwiększenia zdolności obronnych państwa” upoważnia ich do działań niestandardowych. I po prostu włamali się do naszych kieszeni, ale tak, byśmy to spostrzegli dopiero za kilka lat… Choć wydatki na obronność to zawsze największa kwota w budżecie (ok. 55 mld zł), to postanowili dokonywać zakupów uzbrojenia także ze „środków pozabudżetowych”. Czyli na kredyt. Szybko okazało się, że te kredyty, które mały być w założeniu tylko uzupełnieniem środków budżetowych, stały się głównym źródłem finansowania dokonywanych zakupów uzbrojenia. Począwszy od zakontraktowanych 2,5 roku temu myśliwców F-35 (za ok. 16,5 mld zł) wszystkie następne większe zakupy robione są „na krechę”. I nikt tego w dodatku nie kontroluje!

Ale Kaczyński, Cep i Błaszczak posunęli się jeszcze dalej. Stwierdzili mianowicie, konieczność szybkiego „zwiększenia zdolności obronnych państwa” wymaga zmian w prawie dotyczącym zamówień publicznych. Uznali po prostu, że procedura przetargowa jest zbyt skomplikowana i czasochłonna, więc należy wprowadzić możliwość odstępowania od organizowania przetargów. Miało to być rozwiązanie stosowane tylko w wyjątkowych, nagłych sytuacjach, a stało się szybko standardem. No ale dziwne by było, gdyby Błaszczak, mając możliwość kupowania za dowolną kwotę każdego zbrojeniowego „cacka”, sam sobie tę możliwość ograniczał organizując jakieś kretyńskie przetargi… Błaszczak chce przecież maksymalne zaciemnić i utajnić okoliczności zawierania miliardowych kontraktów, a nie uczynić je transparentnymi i kontrolowanymi przez kogokolwiek! To, że zakupy F-35, Abramsów, HIMARSÓW, koreańskich czołgów K2, armatohubic i samolotów FA-50 w drodze przetargów, a więc w warunkach konkurencji, byłyby z pewnością o 10-20% tańsze i niemal na pewno towarzyszyłby im jakiś offset, dla Błaszczaka nie ma żadnego znaczenia.

JARMARK RÓŻNOŚCI” BŁASZCZAKA

Błaszczak jest intelektualnym niedorozwojem i zwykłą niedojdą, ale nawet on nie jest tak durny, by wierzyć, że samymi tylko (czynionymi od przypadku do przypadku) zakupami uzbrojenia w krótkim czasie zmieni diametralnie oblicze naszej armii. Pierwsze miesiące wojny w Ukrainie pokazały aż nadto dobitnie, jak złudna i niebezpieczna może okazać się ślepa wiara we własną miażdżącą przewagę w technologii, liczbie sprzętu wojskowego i żołnierzy. Zanim na dużą skalę ruszyły dostawy zachodniego uzbrojenia dla Kijowa Rosjanie powinni byli (teoretycznie!) zająć Ukrainę nie jeden raz, a ze 3 razy... W powietrzu mieli przewagę 25:1, w broni pancernej 20:1, a w wojskach rakietowych i artylerii to chyba 50:1. Nawet jeśli chodzi o wsparcie ze strony ludności cywilnej sytuacja nie była jednoznacznie na korzyść Ukrainy, gdyż walki toczyły się na terenach zamieszkanych głównie przez ludność rosyjskojęzyczną. Poza tym wojsko ukraińskie musiało bronić się tak, by straty wśród ludności i w infrastrukturze były jak najmniejsze. Rosjanie nie mieli tego typu problemów. Oni nawet gdy nie musieli, to i tak mordowali, palili i burzyli. I co? Ukrainę w tym pierwszym okresie wojny uratował nie sprzęt i technologia, tylko zdolni dowódcy armii i jej planiści, organizacja obrony i rozpoznanie oraz oczywiście wysokie morale, walory bojowe, odwaga i poświęcenie zwykłych żołnierzy. Czyli to wszystko, czego w naszej armii próżno szukać…

Błaszczak jest debilem i niedojdą, ale nawet on nie jest również tak durny, by wierzyć w swoje (oraz Prezesa Kaczyńskiego) zapewnienia, że wkrótce Polską będzie mieć armię licząca 300 tys. żołnierzy... To nie jest już nawet mrzonka a’la Macierewicz. Takie deklaracje to kompletny absurd i pośmiewisko. Pomijając już fakt, że tak liczna armia jest nam po prostu niepotrzebna, to Polski nie stać nawet na armię 200-tysięczną. Nie stać na nią będzie budżetu państwa, tym bardziej, że MON musiałby nowo wstępującym żołnierzom zagwarantować dużo lepsze warunki finansowe i socjalne, niż obecne. Chyba że Błaszczak planuje zaciąg tysięcy Wietnamczyków, Birmańczyków, Koreańczyków z północy, jakichś Buriatów lub Czeczeńców… Którzy w dodatku musieliby na własny koszt uzbroić się i od czasu do czasu sami sobie wypłacać żołd. No i musieliby przyjąć polskie obywatelstwo, bo tak nakazuje Konstytucja.

Zakupy uzbrojenia dokonywane ad hoc, tak jakby samoloty i czołgi to były dania typu fast food, oraz brednie najwyższych urzędników państwowych o 300-tysięcznej armii pokazują, w jakich oparach absurdu, paranoi i zakłamania tkwi nasze państwo. Przecież Błaszczak doskonale wie, że jak na razie to ma wielki problem z utrzymaniem liczebności armii na poziomie sprzed 2-3 lat. Bo co roku więcej ludzi odchodzi ze służby zawodowej, niż do niej wstępuje. I tego trendu na pewno nie powstrzyma zakup myśliwców F-35 ani 250 Abramsów. Kto przy zdrowych zmysłach i jakim takim ilorazie inteligencji da się z własnej woli zamknąć w domu wariatów, w którym rządzą Błaszczak ze Skurkiewiczem?! Każdego roku armia zawodowa zmniejsza się o kilkuset ludzi, a za kilka miesięcy kadrowcy MON spodziewają się prawdziwej fali odejść (m.in. w związku ze zmianami w sposobie naliczania odprawy mieszkaniowej). O wkurzeniu, zawodzie i determinacji odchodzących żołnierzy świadczy fakt, że wielu z nich decyduje się na ten krok na kilka lat przed nabyciem uprawnień emerytalnych… W MON-owskich statystykach ten ubytek nie jest widoczny, bo powstałą lukę łatają nowo przyjmowani żołnierze WOT. Tyle, że są to tacy „żołnierze weekendowi”, po zaledwie 16-dniowych ćwiczeniach. Ale dla MON liczy się „sztuka”…

Przez 5 lat najpierw Macierewicz, a potem Błaszczak nie zrobili dla bezpieczeństwa naszego państwa i podwyższenia zdolności bojowych naszej armii dosłownie nic dobrego. Konsekwentnie osłabiali ją i dezorganizowali, całą energię poświęcając na lansowanie siebie, zwiększanie zakresu swojej władzy nad armią (kosztem generalicji) i obsadzanie kluczowych stanowisk w wojsku oraz przemyśle zbrojeniowym swoimi protegowanymi. Kompetencje tych jego przydupasów, ich doświadczenie oraz przydatność dla armii nie miały żadnego znaczenia. Błaszczak potrafi łącznościowca zrobić dowódcą pułku zmechanizowanego, a sapera szefem służby kwatermistrzowskiej. Kilka miesięcy temu głośno było o prawdziwej kompromitacji, gdy słynna amerykańska 82 dywizja powietrzno-desantowa skakała z samolotów razem z naszymi spadochroniarzami. Jako jeden z pierwszych lądował na ziemi amerykański dowódca-generał. Ale Jankesi nie dostrzegli na lądowisku jego polskiego odpowiednika. Nie mogli go dostrzec, gdyż w tym czasie siedział on na trybunie dla VIP-ów i obserwował pokaz skoków z ziemi. Sam nie skoczył, bo on nawet nie wie, na jakiej zasadzie działa spadochron. Błaszczak dowódcą polskich spadochroniarzy zrobił bowiem oficera... Żandarmerii Wojskowej.

I raptem 2 lata temu Błaszczaka dopadła prawdziwa mania zakupów uzbrojenia i to tego najdroższego. Może ktoś powiedzieć, że lepiej późno, niż wcale… Tylko jest jeden szkopuł, a właściwe kilka. Błaszczak kupuje czołgi i samoloty nie kierując się żadną logiką, rzeczywistymi priorytetami armii ani długofalową strategią. Nasze siły zbrojne są w tak fatalnym stanie, że każdy zakup nowoczesnego uzbrojenia stanowi dla nich znaczące wzmocnienie. Ale to, co wyprawia Błaszczak, trudno nazwać sensownym, racjonalnym dozbrajaniem lub modernizowaniem. Bowiem w każdym zakupie Błaszczaka pierwszoplanowe znaczenie ma wydźwięk propagandowy i korzyści polityczne PIS, a dopiero potem dobro armii i względy bezpieczeństwa państwa. Widać to było jak na dłoni, gdy Błaszczak z Kaczyńskim, ni z gruszki, ni z pietruszki, wyskoczyli z deklaracją zakupu 250 Abramsów. I stało się to, jak na ironię, akurat w chwili wybuchu potężnej awantury wokół "lex TVN", gdy nasze stosunki z USA były najgorsze od czasów "zimnej wojny"! Decyzji o zakupie czołgów nie poprzedziły żadne analizy lub choćby konsultacje z dowództwem armii! Generałowie byli kompletnie zaskoczeni. A dla chyba wszystkich Polaków było oczywiste, że jest to desperacka, bezczelna i wyjątkowo prostacka próba przekupienia i obłaskawienia Amerykanów, którzy również byli kompletnie zaskoczeni. Biały Dom miał w planach Kaczyńskiego i Błaszczaka przymknąć oko na zniszczenie TVN-u, a w zamian PIS da nieźle zarobić producentowi czołgów. Jeśli zaś chodzi o biznesową stronę tej "transakcji wiązanej", to była ona zaiste kuriozalna. Błaszczak najpierw składa milionom Polaków obietnicę, że kupi (oczywiście bez przetargu) właśnie czołgi Abramsy, potem pyta Amerykanów, czy w ogóle będą skłonni je sprzedać, a na końcu jedzie do USA negocjować cenę tych czołgów. Czyli wszystko w odwrotnej kolejności, niż powinno być...

Ale tylko takimi spektakularnymi zakupami Błaszczak jest w stanie komukolwiek zaimponować. Wielu Polaków nie zadaje sobie pytania, skąd rząd weźmie pieniądze na te astronomiczne zakupy. Wielu nie zastanawia się, dlaczego PIS-owi tak bardzo zależało na zlikwidowaniu przetargów przy zakupach broni. Przecież przetargi są rozwiązaniem korzystnym dla kupującego i to producentom są na ogół nie w smak, bo trzeba wtedy konkurować z innymi. Ale Błaszczak woli kupować broń "z półki" i od tego producenta, którego sam sobie wybierze. Taki zakup jest znacznie droższy, ale przecież to nie Błaszczak płaci...

Kupujemy bardzo drogie samoloty F-35, które w dodatku nawet w USA wzbudzają sporo kontrowersji, bo są cholernie kosztowne w eksploatacji i bardziej usterkowe, niż choćby F-15 lub F-16. Myśliwce F-35 kupiło już wiele państw, ale są to państwa znacznie od nas bogatsze: Japonia, Kanada, UK, Dania, Holandia, Norwegia, Australia, Korea Płd., Izrael itd. A nawet one przed zakupem tych maszyn długo się zastanawiały. Duńczykom aż 8 lat zajęło to zastanawianie się i negocjowanie kontraktu. No i kupili F-35 znacznie taniej, niż Błaszczak, a ponadto wywalczyli olbrzymi offset wyższy nawet od wysokości kontraktu! A Błaszczak zastanawiał się raptem 4 tygodnie i jedyne, co wywalczył, to zdjęcia siebie na tle F-35 i (ewentualnie) sowitą łapówkę. Ale mu to wystarczyło, bo on chciał przede wszystkim zrobić wrażenie na suwerenie. A zakup kolejnych F-16 na nikim wrażenia by już nie zrobił… Na nikim wrażenia nie zrobiłby również zakup broni przeciwlotniczej, która zdaniem wszystkich bez wyjątku speców od wojskowości jest Polsce potrzebna o niebo bardziej, niż nowe samoloty, bo nie mamy jej praktycznie w ogóle.

Nie mniejsze kontrowersje wzbudza podpisany ostatnio kontrakt na koreańskie czołgi K2, też jedne z najdroższych na świecie. Jakość tych maszyn nie budzi wprawdzie zastrzeżeń, natomiast kompletnym zaskoczeniem było wybranie przez Błaszczaka wersji koreańskiej czołgu, zamiast polskiej (K2PL). Wyglądało to tak, jakby Błaszczak cholernie się spieszył z tym zakupem i nie chciał poczekać nawet kilkunastu miesięcy. Ten pośpiech jest niezrozumiały i aż podejrzany, bo po łomocie, jaki armia Putina dostaje w Ukrainie wiadomo już, że przez najbliższe 20 lat Rosja nie będzie zdolna do prowadzenia żadnej kolejnej wojny. Po co więc się spieszyć i kupować wersję czołgu zupełnie nie przystosowaną do potrzeb naszych sił pancernych?! Błaszczak wprawdzie zapewnia, że te czołgi zostaną zmodernizowane. Tylko nikt nie wie, jak on sobie wyobraża wydłużenie ich kadłubów o niemal 1 metr(!) i zamontowanie dodatkowej pary kół nośnych! Eksperci ds. uzbrojenia pokładają się ze śmiechu, gdy słyszą te bzdury. I pytają, czy Błaszczak chce rozciągnąć kadłuby tych czołgów końmi, czy może dospawać do nich ten brakujący 1 metr. Prawda jest taka, że w obu wersjach podwozie oraz tzw. wanna czołgu są zupełnie inne! Błaszczak kupił więc za kilkanaście mld zł czołgi po to, by je od razu przerobić na inne czołgi…

Ale w transakcji z Koreańczykami ten zakup budzi akurat najmniej zastrzeżeń, choć jeśli chodzi o różnorodność czołgów w naszej armii bijemy światowe rekordy. Już dziś mamy 3 ich typy w 4 wersjach. Wkrótce dojdą Abramsy w 2 różnych wersjach. A chwilę potem „koreańczyki”, też w 2 wersjach. Tymczasem potężna armia USA ma tylko 2 wersje Abramsów, Niemcy - 2 wersje Leopardów, a Francuzi w zasadzie jedną wersję czołgu „Leclerc”. Bo im więcej typów i wersji czołgów, tym więcej problemów ze szkoleniem ich załóg i wyższe koszty obsługi, więcej warsztatów i mechaników, magazynów części itd. Dziś wielkim zmartwieniem dowódców ukraińskiej armii jest olbrzymia różnorodność broni, jaką ma na wyposażeniu ta armia. A u nas nie potrzeba było wojny. Wystarczył Błaszczak, który zmienił armię w „jarmark różności”. Przy okazji udowodnił, że w zarządzaniu naszymi siłami zbrojnymi nie ma żadnej spójnej koncepcji, żadnej ciągłości ani konsekwencji w planowaniu i zakupach uzbrojenia. To nie jest tak, że zmienia się ekipa rządząca, przychodzą nowi szefowie MON i dowódcy armii. Tu w czasie kadencji jednego ministra następują fundamentalne zmiany w wizji i strategii rozwoju sił zbrojnych! Jeszcze 4 miesiące temu wydawało się, że naszym czołgiem podstawowym będzie Abrams (250 szt.). Ale teraz to „koreańczyk” się nim stanie, skoro Błaszczak zamówił ich aż 1.000 sztuk…

W prawdziwe osłupienie wprawiła jednak wszystkich informacja, że Błaszczak siłą rozpędu podpisał także w Korei kontrakty na dostawy armatohaubic i samolotów. Gdyby Koreańczycy mieli „na półce” lotniskowiec, to pewnie ten kretyn też by go kupił. A po powrocie triumfalnym tonem oznajmiłby, że właśnie dzięki niemu (i oczywiście Prezesowi Kaczyńskiemu) staliśmy się potęgą morską… Zakup armatohaubic to przede wszystkim cios w nasz przemysł zbrojeniowy. Nie ma tygodnia, by w mediach nie pojawiły się entuzjastyczne opinie fachowców o naszych Krabach walczących w Ukrainie. No to teraz Błaszczak właśnie położył kres programowi Krab… W normalnym państwie wykorzystano by ich świetną autopromocję (oraz towarzyszących im doskonałych wozów dowódczo-sztabowych), jaką umożliwiła im wojna z armią rosyjską. W jeden rok zwiększono by kilkukrotnie ich produkcję, uzbrojono nimi armię i jeszcze stałyby się naszym hitem eksportowym. A Błaszczak postąpił dokładnie odwrotnie. Kupił niemal identyczną broń od Koreańczyków! Załoga zakładów w Stalowej Woli (notabene bastionie wyborczym PIS) jest z pewnością zachwycona. Z przodującego producenta uzbrojenia staną się wkrótce podwykonawcą koreańskiego koncernu…

A jeszcze bardziej niezrozumiały jest zakup koreańskich samolotów FA-50.

BOMBY Z OPÓŹNIONYM ZAPŁONEM…

BOMBA I.
Zacznę od pewnej rażącej sprzeczności. Choć Błaszczak co roku chwali się tym, że na obronność rząd przeznacza coraz więcej pieniędzy, to na większość wydatków MON ten wzrost przekłada się w stopniu minimalnym. Tak jak 2-3 lata temu, tak i teraz MON oszczędza na żołnierzach wszędzie, gdzie tylko się da. Pensje wprawdzie rosną, ale głównie kosztem środków przeznaczanych na szkolenia, ćwiczenia poligonowe, a przede wszystkim na osobiste wyposażenie żołnierzy. Głośno było rok temu o skandalicznej decyzji MON o odnowieniu 35 tys. muzealnych hełmów wz. 67 ("orzeszków") i tak "odrestaurowanych" przekazaniu do jednostek. Aby uniknąć totalnej kompromitacji urzędnicy MON na zdjęciach przedstawiających np. ćwiczenia żołnierzy Garnizonu Warszawa kazali "domalować" w Photoshopie na głowach tych żołnierzy współczesne, kompozytowe hełmy. Afera wybuchła, bo nawet to "domalowanie" hełmów przydupasom Błaszczaka nie wyszło i szwindel był dla wszystkich widoczny.

Z oszczędzaniem nawet na niezbędnym wyposażeniu żołnierzy związana była inna głośna afera zakupu od handlarza taczek, grillów, trampolin i węży ogrodowych kilkunastu tysięcy plastikowych kompasów "made in China". Tu to w ogóle mieliśmy takie 3 w 1, jak w reklamie szamponu do włosów.
  1. Przetarg był ustawiony, a opisy kompasów w ofercie dostarczonej przez handlarza dokładnie pokrywały się opisem zamieszczonym w specyfikacji przetargowej MON. Nawet błędy w pisowni były te same...
  2. Nikomu w MON nie wydało się podejrzane, że handlarz grillów oferuje kompasy w cenie ok. 60 zł/szt., choć najtańszy wojskowy kompas kosztuje od 200 zł wzwyż.
  3. Kompasy okazały się plastikowym badziewiem, które na chińskim portalu aukcyjnym można (przy zakupie hurtowym) nabyć za kwotę 1 zł/szt. Czyli handlarz, który wyciągnął z kasy MON ok. 770 tys. zł, miał przebitkę 60 do 1! Z pewnością musiał odpalić sporą działkę swoim wspólnikom w ministerstwie, ale i tak był to świetny interes. Kompasy trafiły do żołnierzy jak gdyby nigdy nic. A powinny trafić do przedszkoli lub na śmietnik... A jakby tego było mało, to kilka miesięcy później powtórzono ten "numer". Ten sam handlarz grabiami i taczkami sprzedał tym samym podwładnym Błaszczaka "wojskowe latarki". Też plastikowe, też chińskie i też z olbrzymią przebitką.
Gdyby media nie wywęszyły tych przekrętów i nie rozpętała się burza, to do dziś ludzie Błaszczaka kupili by od handlarza także plastikowe, chińskie czołgi, samoloty, wyrzutnie ppanc. i haubice...

Mamy na ustach uśmiech politowania, szyderstwa i satysfakcji, gdy widzimy w mediach, jak Rosjanie wiozą na front w Donbasie swoje archaiczne czołgi T-62 i zmuszeni są używać rakiet wyprodukowanych 60 lat temu, wygrzebanych teraz z jakichś składnic złomu. Jest to dla nas oczywiste świadectwo, że armia Putina goni już resztkami rezerw. No to popsuję Wam humor... Choć my nie prowadzimy żadnej wojny i nasza armia nie ma żadnych strat w sprzęcie, to wcale aż tak bardzo nie różni się w tym względzie od rosyjskiej. U nas również, i to nie na jakichś głębokich tyłach, tylko na strategicznie dziś najważniejszej rubieży w Przesmyku Suwalskim żołnierze polscy muszą się posługiwać sprzętem pamiętającym czasy Gomułki i Cyrankiewicza np. pociskami kierowanymi Malutka lub moździerzami... Niewiele młodsze są wciąż eksploatowane wozy BWP, a konstrukcji Mi-8, który nadal jest podstawowym śmigłowcem w naszych siłach zbrojnych, właśnie stuknęło 55 lat. Zamiast więc śmiać się i drwić z Rusków powinniśmy raczej rozpaczać nad sobą.

Oszczędności na sprzęcie to oczywiście nie wszystko. Błaszczak oszczędza na wydatkach socjalnych, nieobsadzonych etatach, premiach... Szczególnie dotyczy to żołnierzy WOT. Tak jak Macierewicz był dla nich jak "ojciec", tak Błaszczak nie przejmuje się w ogóle "terytorialsami", bo WOT to nie jego dziecko. Ale nie to jest najważniejsze. Najważniejsze jest to, że Błaszczak z jednej strony oszczędza po kilka milionów zł na hełmach, kompasach, latarkach lub goglach, w z drugiej strony jest cholernie rozrzutny i dokonuje koszmarnie drogich, na ogół nieprzemyślanych i niepotrzebnych zakupów uzbrojenia dla armii. Czy nie jest to rażąca sprzeczność?! Ano nie jest... Jest to chłodna i bardzo perfidna kalkulacja! Bieżące wydatki na hełmy, latarki lub obsadę etatów pokrywane są bowiem z budżetu MON! Który trzeszczy w szwach tak samo, jak budżet państwa. Błaszczak ma tu bardzo ograniczone pole manewru. A koszty kredytów zaciąganych na zakup koreańskich czołgów lub samolotów polscy podatnicy ponosić będą dopiero w przyszłości! Będzie to problem następnych rządów. Więc Błaszczak zupełnie się tymi kosztami nie przejmuje. I to jest ta pierwsza bomba z opóźnionym zapłonem, której wybuchowi nie będziemy w stanie zapobiec...

BOMBA II.
Drugą bombę Błaszczak podrzuca swoim następcom w MON i nowemu dowództwu armii. Dostawy uzbrojenia, które tak namiętnie kontraktuje teraz Błaszczak, zaczną się przecież najwcześniej za 2 lata. A punkt kulminacyjny tych dostaw nastąpi w latach 2026-2027. Wtedy od dawna PIS nie będzie już rządzić w Polsce, a Błaszczak nie będzie ministrem obrony. Tak więc Błaszczak dziś generuje tylko problemy techniczne, jakościowe oraz przydatności bojowej sprzętu, które rozwiązywać będą musieli za kilka lat jego następcy. To oni będą musieli się głowić, jak wydłużyć o metr koreańskie czołgi i zrewolucjonizować ich podwozia, choć Błaszczak zapewnia obecnie, że to on tego dokona. W 2019r., kosztem naprawdę ciężkich milionów zł uruchomiono wojskowe Centrum Serwisowo-Logistyczne. Jego cała infrastruktura i wyposażenie zostały dostosowane do obsługi technicznej polskich czołgów Leopard. To był podstawowy cel utworzenia Centrum - zmodernizowanie ich wersji 2A4 do wersji 2PL. I teraz dowiadujemy się, że jednym podpisem na kontrakcie Błaszczak przekreślił sens wydania kilkunastu milionów zł na budowę Centrum i w ogóle modernizacji Leopardów. Bo po zakupach Abramsów i czołgów koreańskich dla Leopardów nie będzie już miejsca w naszych siłach zbrojnych. Zostaną za kilka lat sprzedane.

To następni dowódcy lotnictwa będą mieć zagwozdkę, jak z koreańskich samolotów FA-50 (szkolno-bojowych) zrobić samoloty bojowe. Do szkoleń bowiem pilotom wystarczają w zupełności nasze samoloty Bielik, potrzebują natomiast maszyn zbliżonych właściwościami do F-16. A FA-50 wszystkie bez wyjątku parametry bojowe ma o 50% gorsze, niż F-16. Czyli do szkoleń go nie potrzebujemy, a do walki nie bardzo się nadaje. Przyszłe szefostwo MON i PGZ będzie z kolei miało problem z odtworzeniem działalności produkcyjnej naszych zakładów zbrojeniowych, przede wszystkim Bumaru-Łabędy i Stalowej Woli. Bo po podpisaniu przez Błaszczaka kontraktów ich działalność sprowadzi się chyba do serwisowania i +konserwacji importowanego uzbrojenia…

TAKI MAŁY PUTIN. Błaszczak swoim sposobem myślenia i stosunkiem do podlegającej mu armii coraz bardziej przypomina... Putina. Możliwe, że Błaszczak doskonale zdaje sobie sprawę ze słabości i zacofania technologicznego naszych sił zbrojnych, ale rżnie głupa i próbuje suwerenowi wcisną kity o sile naszej armii i snuje całkowicie nierealistyczne wizje jej świetlanej przyszłości. Ale możliwe również, że sam uległ już całkowicie magii liczb samolotów, czołgów i rakiet. Podobnie jak Putin. Bo i w naszej armii powszechną praktyką stało się manipulowanie statystykami, koloryzowanie stanu faktycznego, zatajanie przed przełożonymi braków i różnych patologii, wyolbrzymianie osiągnięć.Nikt z dowódców średniego i wyższego szczebla nie chce się wychylać, mówić prawdy, wskazywać błędów swoich szefów i zbierać potem cięgów, które zaważą kiedyś na jego karierze. Dowódca kompanii nie informuje więc dowódcy batalionu, a dowódca pułku zataja kompromitujące fakty przed dowódcą dywizji. I taki całkowicie fałszywy przekaz płynie na końcu do MON. A już na pewno nikt z oficerów i żołnierzy nie zacznie się skarżyć przed swoim ministrem. Gdy przyjeżdża on na jakąś "niezapowiedzianą" inspekcję w jednostce, wcześniej jest tradycyjne malowanie trawy, mycie asfaltu, sadzenie ozdobnych drzewek (patrz „Alternatywy 4”), a w stołówce żołnierskiej pojawia się lepsze żarcie... Wszyscy kłaniają się ministrowi w pas i wszyscy wszystkim się zachwycają.

Armia rosyjska dość powszechnie uznawana jest za drugą, w najgorszym przypadku za trzecią potęgę militarną świata. Dlaczego? Bo jest postrzegana przez pryzmat liczby posiadanych czołgów, samolotów, rakiet oraz żołnierzy. A także tego, co widać podczas defilad na Placu Czerwonym. Putin też do niedawna znał tylko to "defiladowe" oblicze swojej armii. Jak bardzo mylny był ten osąd przekonał się w ostatnich miesiącach. Gdyby rzeczywistość tej niby 2 potęgi militarnej świata była tak różowa, jak się wydaje podczas defilad, to by Ukrainy już od 3 miesięcy nie było na żadnej mapie. Tyle, że defilady są organizowane głównie z myślą o opinii publicznej (jako "igrzyska” dla gawiedzi) i tworzeniu mitu silnego państwa. Prawie nic nie jest w nich więc prawdziwe. Armia Zanzibaru też z pewnością organizuje imponujące defilady. Trochę farby i szpachli, atrapa większego działa i po tygodniu zabiegów pielęgnacyjnych nawet „Rudy” wyglądałby tak groźnie, jak Abrams…

Bardzo możliwe, że Błaszczak również ocenia stan i gotowość bojową naszej armii na podstawie tego, co mu mówią jego podwładni z MON i tego, co widzi wizytując najlepsze jednostki. Nie wiem doprawdy, co sobie myśli ten przygłup i w co wierzy, a w co nie wierzy. Wiem natomiast, że próbuje milionom Polaków wcisnąć banialuki nie mające żadnego odzwierciedlenia w stanie faktycznym! Każe nam widzieć nasza armię taką, jak ona wygląda na defiladach, a nie taką, jaka jest na co dzień. I to w przypadku wielu Polaków działa. Jak mawiał klasyk: "ludzie są tak durni, że w to wierzą"... I gdy potem nagle zaczynają wybuchać w armii kolejne afery, opinia publiczna dowiaduje się o olbrzymich zaniedbaniach i wyrzuconych w błoto milionach zł, gdy w 5 dni przegrywamy symulacyjną wojnę z armią rosyjską, większość z tych naiwnych, którzy uwierzyli w potęgę naszych sił zbrojnych rozdziawia usta ze zdumienia. Tak jak rozdziawił Putin na wieść o kolejnych klęskach swojej „2 potęgi militarnej świata”…

ŻOŁNIERZE. To, że Błaszczak zaczyna przypominać Putina, to pół biedy. Znacznie gorzej, że także nasza armia zaczyna przypominać armię rosyjską, oczywiście mam na myśli jej zdolności bojowe i atmosferę… Podstawą każdej nowoczesnej armii jest kształcenie się dowódców i ciągłe, intensywne szkolenie żołnierzy. Sama technologia nie wystarczy, jeśli jest obsługiwana przez ludzi nie potrafiących wykorzystać wszystkich jej możliwości. W polskiej armii, podobnie jak w rosyjskiej, kształcenie się kadry to dziś fikcja. I nie ma co się kadrze dziwić. Kadra dokładnie widziała, co się w czasach „dobrej zmiany” stało z setkami naszych najlepiej wykształconych generałów i wysokich rangą oficerów. Wyrzucono ich na bruk i nie pomogły im żadne studia, kursy i dyplomy najbardziej renomowanych uczelni wojskowych West Point i Sandhurst. Wystarczyły dwie kanalie: Macierewicz i Błaszczak. Te dwie kanalie, dokonując czystek w korpusie oficerskim, kierowały się identyczną zasadą, jaka 100 lat temu przyświecała bolszewikom w czasie ich rewolucji. Jeśli ktoś dosłużył się wysokiego stanowiska lub stopnia w czasach poprzednich rządów, to znaczy, że im się dobrze przysłużył. Więc on jest „ich” i trzeba go poniżyć, szykanować, oskarżyć i jak najszybciej pozbyć się go z armii. A w jego miejsce trzeba przyjąć lub awansować jakiegoś „swojego”, choćby był wyjątkowym tępakiem i miernotą. Bo dla PIS-dzielców ważniejsze od tego, czy armia jest silna i nowoczesna, jest to, by była „politycznie czysta”…

Kadra oficerska na własnej skórze przekonała się, że wyższe kwalifikacje, inicjatywa i zdolność samodzielnego myślenia nie gwarantują ani atrakcyjnego przydziału, ani błyskotliwej kariery w wojsku. Do zdobycia uznania PIS-owskich przełożonych w MON wystarcza w zupełności poprawność polityczna i włażenie im w dupę, służalstwo, potulne wykonywanie poleceń, trzymanie gęby na kłódkę i bycie ślepym na wszelkie „błędy i wypaczenia”. Toczka w toczkę jak w armii rosyjskiej.

I podobne zasady postępowania obowiązują wśród szeregowych żołnierzy i podoficerów. Oni nawet gdyby chcieli doskonalić swoje wojskowe umiejętności, to nie mają gdzie tego robić, bo program szkolenia w armii leży i kwiczy od kilku lat. Oszczędza się na kursach, oszczędza się na ćwiczeniach poligonowych. Tylko ulubione jednostki Błaszczaka, te „defiladowe”, uznawane za wizytówki armii, są zadbane i jako tako wyposażone. Ale o sile i sprawności bojowej armii nie decydują 2 lub 3 elitarne pułki. Jeśli pod względem wyszkolenia, wyposażenia, kwalifikacji kadry oficerskiej i obsady etatów pomiędzy tymi kilkoma elitarnymi jednostkami a resztą armii jest przepaść, to jest to armia do dupy. Ani GROM, ani Formoza, ani w ogóle nasze siły specjalne nie wygrają żadnej wojny, choć są to świetne jednostki. I nie wygra wojny słynna „Czarna Dywizja”, jeśli będzie ona jedyną pełnowartościową dywizją w naszych siłach zbrojnych. Nie wygrają również wojny myśliwce F-35. Wojny wygrywają jednostki drugiego lub nawet trzeciego rzutu. Nieprzypadkowo w armii mówi się, że „wojny wygrywa rezerwa”. Bo pierwszy rzut po tygodniu walk już nie istnieje. A drugi rzut w naszej armii to obraz nędzy i rozpaczy… On też nie wygra żadnej wojny.

I na zakończenie tych moich trzech „armijnych” postów… Jeśli myślicie, że to Błaszczak jest rzeczywistym szefem MON, to jesteście w błędzie. Prawdziwym szefem resortu obrony jest niejaka Agnieszka Glapiak, „prawa ręka i mózg” Błaszczaka. Ma ona w MON taką pozycję i władzę, jaką w czasach ministrowania Macierewicza miał były pomocnik aptekarza Misiewicz. Możliwe, że to się wkrótce zmieni, bo Glapiak, w nagrodę za swoje zasługi dla Nowogrodzkiej, ma stać się wkrótce członkiem Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji… Pewnie z pensją 5 razy wyższą, niż w MON.

[CC] Jacek Nikodem

Armia w PIS-burdelu czyli burdel w armii.

KIEDYŚ ARMIA, DZIŚ BURDEL W MUNDURZE

Spoglądając na stan naszej armii zobaczyć można jak w soczewce wszystkie ciężkie grzechy oraz konsekwencje 7 lat "dobrej zmiany". Chyba w żadnym innym resorcie nie ujawniono aż tylu afer, nieprawidłowości, niegospodarności, złodziejstwa, chaosu, nepotyzmu i braku kompetencji, co właśnie w MON, naszej armii i przemyśle zbrojeniowym. A ponieważ właściwie wszystko, co związane jest z obronnością państwa jest w mniejszym lub większym stopniu utajnione i dziennikarze mają bardzo utrudniony dostęp do tych informacji, więc możemy mieć pewność, że ujawniony został tylko wierzchołek olbrzymiej góry lodowej. Z szafy z napisem "MON" trupy będą wypadać długo po tym, jak PIS przestanie rządzić w Polsce. I nie chodzi tylko o zakupy bardzo kosztownego uzbrojenia, które z punktu widzenia naszej strategii obronnej i stanu finansów państwa były zupełnie bez sensu, nie tylko o przetargi, które powinny się odbyć, a się nie odbyły, i nie tylko o prawdziwą przestępczą pajęczynę, którą najpierw Macierewicz z Misiewiczem, a potem Błaszczak z Chwałkiem opletli cały nasz przemysł obronny. Chodzi mi bardziej o takie szkody wyrządzone naszej armii i zdolnościom obronnym, które na pierwszy rzut oka są na ogół trudno zauważalne. Bowiem są to szkody, jakie zostały wyrządzone w umysłach i mentalności żołnierzy oraz kadry oficerskiej, ich morale, przekonaniu o sensowności ich służby i zaufaniu do własnych dowódców...

Pisząc ten post przejrzałem materiały o aferach, aferkach i skandalach związanych z MON, wojskiem i przemysłem obronnym w ostatnich latach. Doliczyłem się 65 takich faktów... Skoro my o nich wiemy, to tym bardziej wiedzą o nich żołnierze i ich rodziny. Oni na co dzień widzą nie tylko żenujące braki w uzbrojeniu, wielką prowizorkę i robienie wszystkiego na pokaz, ale także zwykłą głupotę, amatorszczyznę, łamanie prawa i regulaminów oraz prywatę ludzi kierujących armią, którzy nie mają ani kwalifikacji, ani zielonego pojęcia o wojskowości. Do dziś mam w oczach obraz dowódcy batalionu strzelców podhalańskich (niegdysiejszej elity armii), prężącego się przed przygłupim, prymitywnym byłym pomocnikiem aptekarza Misiewiczem, oddającego mu honory (osobie cywilnej!), tytułującego go "ministrem" i usłużnie trzymającego nad przygłupem parasol... Żołnierze, którzy wtedy salutowali prężąc się przed Misiewiczem na baczność, wiedzieli oczywiście, że stoi przed nimi zwykły arogancki, PIS-owski kmiot, nie odróżniający czołgu od kuchni polowej. Ale po kilkunastu miesiącach dowiedzieli się także, że ten kmiot, choć w MON zarabiał krocie, to jeszcze kradł i wyłudzał pieniądze w spółkach zbrojeniowych. A dla morale żołnierza nie ma nic gorszego, niż widok przełożonych niekompetentnych, durnych i myślących tylko o własnych korzyściach. Bo to ci przełożeni, nawet w czasach pokoju, wciąż decydują o życiu i zdrowiu żołnierzy. Pomijam już fakt ośmieszania i upadku prestiżu wojska oraz etosu munduru, podobnie jak to ma miejsce w przypadku Policji. Generał Skrzypczak, jeden z najlepszych, najbardziej cenionych i lubianych wysokich dowódców WP, skomentował to wydarzenie słowami: "Nadszedł czas pogardy dla munduru". W zemście obrażony były pomocnik aptekarza zmusił generała do definitywnego pożegnania się z armią.

Oglądając w TV relacje z bohaterskiego stawiania przez armię ukraińską oporu barbarzyńskiemu najeźdźcy wielokrotnie zadawałem sobie pytanie: jak długo byłaby w stanie bronić się przed ruskimi dywizjami nasza armia? I odszedłem do wniosku, że najdalej po 2 tygodniach zaciętych, aczkolwiek bardzo chaotycznych walk, wszelki nasz zorganizowany opór by ustał, siły zbrojne RP przestałyby istnieć, a Ruscy doszliby do Odry. W czasie wojskowych ćwiczeń "Zima 2020" całkowite zniszczenie naszej armii zajęło armii rosyjskiej raptem 5 dni. Nie mieliśmy już ani żadnych samolotów, ani czołgów. A śmigłowców oraz floty nie mamy i bez inwazji Putina. Co nie przeszkodziło potem Błaszczakowi ocenić postawę armii i jej dowódców w czasie trwania tych manewrów na "6". Dając im maksymalną ocenę za błyskawiczne przegranie wojny obronnej mimowolnie przyznał, że stawania oporu przez zaledwie kilka dni to szczyt możliwości naszych sił zbrojnych… No ale skoro tymi siłami zbrojnymi rządzą "misiewicze", "błaszczaki" i "skurkiewicze", to czego innego można się po nich spodziewać?

Armia, jeszcze przed nastaniem „dobrej zmiany” nie prezentująca się zbyt dobrze, przez ekipę Macierewicza, a potem ekipę Błaszczaka została poddana wielopłaszczyznowej destrukcji i konsekwentnemu ośmieszaniu. Było kolejne już rozwalenie przez Macierewicza służby kontrwywiadu wojskowego i nocne włamywanie się Misiewicza do CEK NATO. Były czystki polityczne wśród kadry oficerskiej, było pozbycie się 90% generałów (w większości absolwentów zachodnich akademii wojskowych) i zastąpienie ich jakimś pajacami po przyspieszonych, 3-miesięcznych „kursach generalskich”. Było powierzanie kryminalistom (z wyrokami sądowymi za rozboje) rekrutacji do WOT i kuriozalne awanse (np. z kaprala na porucznika lub z sierżanta na majora) w tej formacji, podlegającej nie Sztabowi Generalnemu, tylko Nowogrodzkiej.

Pamiętacie idiotyczne pomysły z zakupem 1.000 umundurowanych misiów i „taktycznych długopisów” z logo MON (wyposażonych w ostrze, latarkę, zbijak do szyb i mających pisać w temp. od -37ºC do 120ºC), „sprzęt wojskowy” (prod. chińskiej) nabywany za setki tysięcy zł od znajomego sprzedawcy wiader, grabi, grillów i węży ogrodowych? Pamiętacie wielki blamaż z karabinkiem Grot? W jakiej pogardzie i lekceważeniu trzeba mieć własnych żołnierzy, by wyposażać ich w „broń”, z której wypadają części i z której nie da się strzelać dłużej niż kilka sekund? „Może być największy chłam, byleby tylko było czym się pochwalić w mediach”. Uwielbiającemu rozgłos wokół własnej osoby Macierewiczowi potrzebny był sukces medialny. Nie tylko wymusił więc dopuszczenie do produkcji broni bez obowiązkowych testów, ale w dodatku zrobił to wiedząc doskonale, że jest to broń niesprawna. Dopiero po 2 latach udało się w niej usunąć większość wad.

Pamiętacie wyciek dziesiątek tysięcy niejawnych informacji z bazy danych zarządzanej przez MON? Twierdzono wówczas, że były to informacje zupełnie jawne i ogólnodostępne. Eksperci od wojskowości wyśmiali to tłumaczenie. Gdy ze skrzynki mailowej Dworczyka hakerzy ściągnęli setki dokumentów (o klauzuli „niejawne” lub „poufne”) dotyczących wojska, też usłyszeliśmy, że nic się nie stało. A były tam m.in. informacje o tym, że batalion X ma tylko po 2 szt. pocisków do wyrzutni ppanc. Spike (prod. izraelskiej) i że zakłady Mesko w Skarżysku-Kamiennej mają notoryczne problemy z  produkcją amunicji, brakiem surowców do produkcji rakiet i ich kiepską jakością, zaś moździerze RAD-3 rażą niecelnością. Były informacje o tak olbrzymim bałaganie organizacyjnym w zakładzie, że produkcja amunicji nie będzie w nim możliwa nawet po mobilizacji gospodarki w czasie wojny. Były informacje o planach budowy linii produkcyjnej nadchloranu amonu (kluczowego składnika paliw rakietowych) i wadach zestawów rakietowych Piorun… To wszystko są pilnie strzeżone tajemnice państwowe i wojskowe, a ich ujawnianie określane jest mianem „zdrady”. Po co Kreml ma utrzymywać w Polsce kosztowną siatkę wywiadowczą, skoro mają w polskim rządzie Dworczyka i Olgę Semeniuk, wielbicielkę Putina? Oboje swego czasu byli zresztą najbliższymi współpracownikami szefa MON Macierewicza…

Był skandal z tłumaczeniem dokumentacji czołgów Leopard 2PL, kiedy to Błaszczak, za przetłumaczenie w zasadzie 750 stron tekstu, zapłacił swoim znajomkom… 10,3 miliona zł! W dodatku tłumaczenie zlecił ludziom, którzy nie mieli nawet prawa wglądu w dokumenty niejawne! Było doprowadzenie zakładu Bumar-Łabędy na skraj upadłości... Były buńczuczne obietnice Macierewicza i beczki zjełczałego łoju Szydłowej szybkiego zakupu całych eskadr śmigłowców, dumnie pokazywano nam nawet ich plastikowe modele. Były plany budowy 3 łodzi podwodnych w Radomiu i "wyposażenia" armii w 300 mobilnych ołtarzy wojskowych. Były zapewnienia o rozpoczęciu produkcji tysięcy dronów bojowych… Była kompromitacja Błaszczaka podczas ewakuacji Kabulu, brak decyzji, chaos i karygodne wystawienia na niebezpieczeństwo żołnierzy sił specjalnych. Była „podkomisja smoleńska”, na którą to właśnie MON wyłożyło ok. 50 mln zł, a które to MON nawet nie wiedziało, kto jeszcze był, a kto już nie był członkiem tego zacnego gremium...

Była żenująca awantura o Westerplatte oraz skandale z odczytywaniem "apelu smoleńskiego" i odmowy udziału asysty wojskowej w obchodach rocznicy wybuchu Powstania i innych uroczystości państwowych. Jest mega skandal z budową Muzeum Bitwy Warszawskiej, które wg zapewnień Błaszczaka miało być otwarte w... 2020r.! Projekt Muzeum opracował (za ciężkie miliony) nie kto inny, tylko PIS-dzielec Czesław Bielecki. Roiło się w nim jednak od błędów, zmieniła się również koncepcja Muzeum, więc rozpisano przetarg na poprawienie tego projektu. Przetarg był bezczelnie ustawiony, nawet nie starano się stworzyć pozorów uczciwości. Wygrać go mogła tylko pracownia architekta... Czesława Bieleckiego! No i wygrała. I za poprawianie własnego bubla wystawiła rachunek na następne 3,4 miliona zł! Po co więc kończyć tę inwestycję, skoro PIS-owcy najlepiej zarabiają na niej wtedy, gdy jest ona w fazie wiecznej budowy?

Było obsadzanie władz spółek zbrojeniowych niedojdami i przygłupami, nie mającymi nawet średniego wykształcenia i żadnego doświadczenia w "zbrojeniówce". Od 7 lat trwa tam prawdziwa karuzela stanowisk. W czasie „dobrej zmiany” aż 7 razy zmieniał się skład Zarządu PGZ! O jakiej spójnej i konsekwentnej strategii rozwoju można w tej sytuacji mówić?! „Spójne i konsekwentne” były tylko wykresy zysków zbrojeniowego giganta – co rok o 40% mniejszych. Tak jak MON jest "folwarkiem Błaszczaka", tak przemysł zbrojeniowy jest dziś "księstwem" Sebastiana Chwałka, przydupasa i wspólnika Błaszczaka. Kreatury, która nigdy nie zajmowała się wojskowością ani biznesem, bo całe swoje dorosłe życie była wyłącznie działaczem i politykiem PIS. No i złodziejem. Chwałek od co najmniej 2018r. powinien siedzieć w pierdlu. Aż dziw, że go do dziś pracownicy "zbrojeniówki" nie zlinczowali, szczególnie ci z Bumaru-Łabędy, bo to właśnie Chwałkowi, Błaszczakowi i ich "koleżance od interesów" Wawrzynkiewicz zawdzięczają 90% obecnych problemów - ponad 1.000 pracowników, kilkaset milionów rocznego "dofinansowania" i przez 3 lata zmodernizowanych 12 przedpotopowych czołgów T-72, które z dumą pokazywano we wszystkich PIS-owskich mediach. To również Chwałek do spółki z Błaszczakiem zatopili projekt "Miecznik", który był ostatnią nadzieją na odbudowanie naszej floty. Doszli do wniosku, że lepiej zarobią kupując używane okręty od Brytyjczyków. No i pewnie zarobili. Brytyjskich okrętów oczywiście nie ma i nigdy nie będzie, podobnie jak nie ma już właściwie szans na realizację projektu "Miecznik". Chodzą słuchy, że dowództwo rosyjskiej Floty Bałtyckiej oraz GRU wystąpiły do Putina o nadanie Błaszczakowi i Chwałkowi honorowych tytułów "Bohatera Federacji Rosyjskiej". Takiego samego, jaki już od kilku lat ma Macierewicz...

Kontynuuję więc temat afer i skandali w armii. Było zniszczenie przez Błaszczaka, i to w przededniu pandemii(!), elitarnego Wojskowego Instytutu Higieny i Epidemiologii, jedynej takiej placówki w armii. Błaszczak postawił na czele WIHiE swojego przydupasa, pułkownika Adama Z. A ten rozpoczął "pracę" od czystek kadrowych, wyrzucił m.in. wykształconych w USA specjalistów z zakresu epidemiologii i wirusologii, mających za sobą udział w misjach lekarskich w Iraku. Zapoczątkowało to masowe zwalnianie się z pracy innych pracowników Instytutu oraz laboratorium. Spośród ok. 50 osób kadry kierowniczej odeszło ponad 80%! W ten sposób Instytut i jego laboratorium w przededniu 2 fali pandemii przestały w zasadzie funkcjonować. Bardzo skutecznie i wszechstronnie "funkcjonował" natomiast przydupas Błaszczaka. Wprawdzie ten sku*wiel nie znał się zbyt dobrze na epidemiach i wirusach, ale potrafił kraść to, co było wtedy najbardziej poszukiwanym towarem: wszelki sprzęt ochronny, płyny dezynfekujące, testy na COVID-19 itd. Kilka miesięcy po objęciu stanowiska CBA wyprowadziło go skutego kajdankami. Ale znacznie większą szkodą niż przywłaszczenie mienia WIHiE o wartości kilkuset tysięcy zł było zniszczenie utworzonego 60 lat temu Instytutu, który dziś istnieje właściwie wyłącznie na papierze...

Po 1989r. tylko raz zdarzyła się sytuacja, że partia rządząca w Polsce całkiem poważnie rozważała możliwość użycia wojska do pacyfikowania społecznych protestów. Było to 2 lata temu, podczas masowych demonstracji Strajku Kobiet. W stworzeniu atmosfery prawdziwej histerii, jaka wtedy zapanowała na Nowogrodzkiej, największy udział miał Błaszczak. I to on (oraz Ziobro) był wtedy największym zwolennikiem wysłania wojska przeciw protestującym kobietom. Niemal na pewno nie kierował się wcale strachem przed upadkiem rządu. Bardziej chodziło mu o wzmocnienie swojej pozycji w partii, jako tego, który swoją zdecydowaną postawą i podległą mu armią zażegnał grożące władzy PIS niebezpieczeństwo. Pamiętajmy, że w zasadzie od 2 lat wszystkie poczynania najważniejszych polityków PIS są podporządkowane ich ambicjom przejęcia w przyszłości władzy w partii i przypodobania się konserwatywnemu elektoratowi. Plan Błaszczaka nie został wtedy zaaprobowany przez Kaczyńskiego i Komitet Polityczny partii. Ryzyko rozlewu krwi było spore, a skojarzenia ze stanem wojennym (wprowadzonym przeciwko kobietom!) i katastrofa wizerunkowa PIS oczywiste. Ale diabli wiedzą, jak skończyłyby się protesty Strajku Kobiet, gdyby nie zdecydowana odmowa wyprowadzenia armii na ulice ze strony generała Andrzejczaka (Szefa Sztabu Generalnego). Co się jednak odwlecze, to nie uciecze… Rok później Błaszczak już postawił na swoim w czasie kryzysu migracyjnego i zamknięcia przez wojsko granicy z Białorusią. To Błaszczak, Kamiński i Wąsik byli również największymi zwolennikami wybudowania muru na granicy.

Permanentny konflikt Błaszczaka właśnie z generałem Andrzejczakiem i z niemal całym Sztabem Generalnym WP to następny kamyczek ogródka o nazwie "siły zbrojne RP". Dla nikogo w armii nie jest tajemnicą, że Błaszczak od dawna chce się pozbyć generała i zastąpić go jednym ze swoich generalskich przydupasów, najchętniej Kukułą z WOT-u. Apogeum konfliktu przypadło na koniec 2020r., kiedy to Błaszczak wydał rozporządzenie, którym de facto pozbawiał Sztab Generalny realnego dowództwa nad siłami zbrojnymi i przyznawał te kompetencje samemu sobie. Czyli Kaczyńskiemu. Kompromitacja, jaką zakończyły się manewry "Zima 2020" (o których pisałem ostatnio), była podobno sprokurowana właśnie przez Błaszczaka, który chciał w ten sposób ośmieszyć swojego oponenta... Fakt, że generał Andrzejczak nadal stoi na czele Sztabu Generalnego, to głównie zasługa "główki prącia Prezesa", który nie godzi się na zdymisjonowanie generała. Ale i on nie kieruje się wcale dobrem armii i stabilnością jej dowództwa, tylko nie chce dopuścić, by ten śmieć Błaszczak przejął pełną władzę nad siłami zbrojnymi. Od miesięcy trwa więc sytuacja patowa, konflikt nie traci na intensywności, a najlepszym na to dowodem są koszmarnie drogie zakupy uzbrojenia, jakich Błaszczak dokonuje bez żadnych konsultacji ze Sztabem Generalnym WP. Ale o tym za chwilę...

To, czego my się właściwie tylko domyślamy, nie jest żadną tajemnicą dla żołnierzy i oficerów. Błaszczak i cały MON mają głęboko w dupie ich życie oraz zdrowie. Szefostwo resortu udowodniło to wielokrotnie w sytuacjach, gdy na jednej szali było właśnie dobro i zdrowie żołnierzy, a na drugiej... budżet MON. Tak było po katastrofie myśliwca MIG-29 i śmierci pilota kpt. Sobańskiego. Choć właściwie od początku wiedziano, że pilot zginął z powodu wadliwej konstrukcji fotela, to jednak Błaszczak nakazał dalsze latanie tymi maszynami i buńczucznie zapewniał, że będą one używane w naszych siłach powietrznych jeszcze przez 10-15 lat. Śledztwo początkowo prowadzono zresztą pod kątem wykazania błędu pilota, co oburzało innych pilotów tych „latających trumien”. A potem przez 3 lata wdowa po kapitanie (mająca dwójkę małych dzieci) musiała toczyć batalię z całą wojskową machiną biurokratyczną. Nikt z MON ani dowództwa sił zbrojnych nie pomógł tej kobiecie. Mało tego, by uniknąć konieczności wypłacenia jej odszkodowania, Błaszczak i jego ministerialne przydupasy chwytali się najbrudniejszych, chamskich metod. Kazali wdowie przedłożyć zaświadczenie(?!), że jej mąż świadomie nie popełnił samobójstwa! I że nie cierpiał na żadną chorobę psychiczną... Kto miał wystawić takie zaświadczenia, skoro jej mąż już nie żył, urzędnicy MON nie powiedzieli.

Błaszczak zrobił w bambuko także weteranów, którzy odnieśli rany w czasie misji w Iraku i Afganistanie. Na jego polecenie MON tak interpretowało przepisy, by nawet ci żołnierze z 90% uszczerbku na zdrowiu nie dostali od wojska odszkodowań. Pozostawała im tylko droga sądowa, no i w sądach procesy z MON przegrywali raz za razem. Dlaczego? Bo ich roszczenia się... przedawniły! Dopóki trwało ich leczenie i rehabilitacja nie mogli uzyskać zaświadczeń o stopniu inwalidztwa. A potem dochodziły niekończące się wojskowe oraz sądowe procedury i w ten sposób mijały 3 lata od chwili odniesienia ran. I dupa... W 2019r. Błaszczak w bardzo emocjonalnym wpisie na TT zapewnił, że sprawy odszkodowań dla naszych żołnierzy nie mogą ulegać przedawnieniu. I to było wszystko, co ta menda zrobiła jako szef MON. Poinformował, że wystąpił z wnioskiem do reprezentującej MON Prokuratorii Generalnej o niestosowanie tego przepisu. Kłamał. Do PG nigdy jego wniosek nie dotarł, więc wszystkie sprawy o odszkodowania dla rannych weteranów były uwalane. W chwaleniu siebie, składaniu obietnic, wygadywaniu frazesów o trosce o dobro żołnierzy to Błaszczak jest pierwszy. A najbardziej bulwersujące jest to, że Błaszczak skąpił 2-3 mln zł na odszkodowania i renty inwalidzkie dla weteranów, a lekką ręką wyrzucał w błoto dziesiątki milionów na realizację jakichś swoich kompletnie idiotycznych pomysłów. Słynne 300 „mobilnych ołtarzy” miało kosztować prawie 9 mln zł…

Miejsca do pisania mam coraz mniej, a do powiedzenia nadal bardzo dużo. Więc w telegraficznym skrócie przypomnę kilka innych afer i skandali z udziałem Błaszczaka i MON, które w większości zostały zatuszowane, a konsekwencje poniosły na ogół ofiary, a nie przestępcy w mundurach. Niegospodarność i malwersacje finansowe b. rektora Akademii Sił Lądowych we Wrocławiu, czystki kadrowe, zamordyzm i donosicielstwo, bunt podchorążych i samobójstwo jednego z nich, masowe zwalnianie się z pracy wykładowców. Gdyby nie to, że studenci AWL w chwili rezygnacji ze studiów muszą zwrócić pieniądze, jakie zostały przez MON wyłożone na ich kształcenie, to dziś ta niegdyś elitarna wojskowa uczelnia byłaby już w stanie likwidacji z powodu braku chętnych do nauki.

Mobbing, nękanie i molestowanie seksualne w mazowieckiej Żandarmerii Wojskowej. Sprawa umorzona. To samo w ŻW na Lubelszczyźnie. Tuszowanie skandali, zastraszanie ofiar i zmuszanie świadków do składania fałszywych zeznań, aż wreszcie zwalnianie kobiet-oficerów z wojska, a ich prześladowców-przełożonych pozostawianie na stanowiskach. Afera korupcyjna w 6 batalionie dowodzenia w Krakowie, podejrzanych ok. 40 osób. Nepotyzm w pomorskiej 7 brygadzie WOT, gdzie na specjalnych zasadach (także w przyznawaniu premii) zatrudnieni są żona, zięć i córeczka dowódcy brygady ppłk. Burzyńskiego. Nepotyzm w dolnośląskiej 16 brygadzie WOT, gdzie z kolei „świętymi krowami” są syn i córeczka dowódcy płk. Barańskiego. Praktycznie we wszystkich jednostkach WOT są wielomiesięczne zaległości w wypłatach pensji i żołdów, a premie uznaniowe otrzymują tylko "krewni i znajomi królika", wciąż ci sami...

Kilka miesięcy temu specjalna JW "Nil", zajmująca się zakupami dla wojska i oczko w głowie Błaszczaka, ta sama, która kupowała chińskie kompasy i latarki dla "specjalsów" od handlarza grillami, grabiami i wiadrami, za 2 mln zł kupiła spadochrony dla naszych komandosów z 6 DPD z Krakowa. Przetarg na spadochrony był ustawiony pod jedną konkretną firmę, prowadzoną notabene też przez wojskowych. Przedstawili oni sfałszowane certyfikaty, potwierdzające przeprowadzenie badań oferowanego sprzętu i jego możliwości techniczne. JW "Nil" nie tylko zakupiła spadochrony bez wymaganych atestów, ale w dodatku były to spadochrony cywilne (sportowe), a nie specjalistyczne wojskowe!

ZAKUPY. Jeden z ekspertów ds. wojskowości tak skomentował podpisywanie przez Błaszczaka kontraktów na zakup uzbrojenia: "To zakupoholik, zachowuje się jak dziecko, które weszło do olbrzymiego sklepu z zabawkami i kupuje wszystko, co się świeci"... Od siebie dodam, że to „dziecko” ma komfortową sytuację, bo „rodzice” nie wyznaczyli mu żadnego limitu wydatków. Wszyscy szefowie MON przed nastaniem „dobrej zmiany” mieli ten sam wielki ból głowy – skąd wziąć pieniądze na zakupy uzbrojenia i modernizację armii? Zawsze było ich za mało, zawsze były to wydatki pokrywane z budżetu, zatwierdzone przez rząd i parlament. Kaczyński i Błaszczak natomiast poszli na skróty. Najpierw wykorzystali niespokojną sytuację na Białorusi, a potem wzrost napięcia pomiędzy Kremlem i Kijowem. I stwierdzili, że konieczność natychmiastowego „zwiększenia zdolności obronnych państwa” upoważnia ich do działań niestandardowych. I po prostu włamali się do naszych kieszeni, ale tak, byśmy to spostrzegli dopiero za kilka lat… Choć wydatki na obronność to zawsze największa kwota w budżecie (ok. 55 mld zł), to postanowili dokonywać zakupów uzbrojenia także ze „środków pozabudżetowych”. Czyli na kredyt. Szybko okazało się, że te kredyty, które mały być w założeniu tylko uzupełnieniem środków budżetowych, stały się głównym źródłem finansowania dokonywanych zakupów uzbrojenia. Począwszy od zakontraktowanych 2,5 roku temu myśliwców F-35 (za ok. 16,5 mld zł) wszystkie następne większe zakupy robione są „na krechę”. I nikt tego w dodatku nie kontroluje!

Ale Kaczyński, Cep i Błaszczak posunęli się jeszcze dalej. Stwierdzili mianowicie, konieczność szybkiego „zwiększenia zdolności obronnych państwa” wymaga zmian w prawie dotyczącym zamówień publicznych. Uznali po prostu, że procedura przetargowa jest zbyt skomplikowana i czasochłonna, więc należy wprowadzić możliwość odstępowania od organizowania przetargów. Miało to być rozwiązanie stosowane tylko w wyjątkowych, nagłych sytuacjach, a stało się szybko standardem. No ale dziwne by było, gdyby Błaszczak, mając możliwość kupowania za dowolną kwotę każdego zbrojeniowego „cacka”, sam sobie tę możliwość ograniczał organizując jakieś kretyńskie przetargi… Błaszczak chce przecież maksymalne zaciemnić i utajnić okoliczności zawierania miliardowych kontraktów, a nie uczynić je transparentnymi i kontrolowanymi przez kogokolwiek! To, że zakupy F-35, Abramsów, HIMARSÓW, koreańskich czołgów K2, armatohubic i samolotów FA-50 w drodze przetargów, a więc w warunkach konkurencji, byłyby z pewnością o 10-20% tańsze i niemal na pewno towarzyszyłby im jakiś offset, dla Błaszczaka nie ma żadnego znaczenia.

JARMARK RÓŻNOŚCI” BŁASZCZAKA

Błaszczak jest intelektualnym niedorozwojem i zwykłą niedojdą, ale nawet on nie jest tak durny, by wierzyć, że samymi tylko (czynionymi od przypadku do przypadku) zakupami uzbrojenia w krótkim czasie zmieni diametralnie oblicze naszej armii. Pierwsze miesiące wojny w Ukrainie pokazały aż nadto dobitnie, jak złudna i niebezpieczna może okazać się ślepa wiara we własną miażdżącą przewagę w technologii, liczbie sprzętu wojskowego i żołnierzy. Zanim na dużą skalę ruszyły dostawy zachodniego uzbrojenia dla Kijowa Rosjanie powinni byli (teoretycznie!) zająć Ukrainę nie jeden raz, a ze 3 razy... W powietrzu mieli przewagę 25:1, w broni pancernej 20:1, a w wojskach rakietowych i artylerii to chyba 50:1. Nawet jeśli chodzi o wsparcie ze strony ludności cywilnej sytuacja nie była jednoznacznie na korzyść Ukrainy, gdyż walki toczyły się na terenach zamieszkanych głównie przez ludność rosyjskojęzyczną. Poza tym wojsko ukraińskie musiało bronić się tak, by straty wśród ludności i w infrastrukturze były jak najmniejsze. Rosjanie nie mieli tego typu problemów. Oni nawet gdy nie musieli, to i tak mordowali, palili i burzyli. I co? Ukrainę w tym pierwszym okresie wojny uratował nie sprzęt i technologia, tylko zdolni dowódcy armii i jej planiści, organizacja obrony i rozpoznanie oraz oczywiście wysokie morale, walory bojowe, odwaga i poświęcenie zwykłych żołnierzy. Czyli to wszystko, czego w naszej armii próżno szukać…

Błaszczak jest debilem i niedojdą, ale nawet on nie jest również tak durny, by wierzyć w swoje (oraz Prezesa Kaczyńskiego) zapewnienia, że wkrótce Polską będzie mieć armię licząca 300 tys. żołnierzy... To nie jest już nawet mrzonka a’la Macierewicz. Takie deklaracje to kompletny absurd i pośmiewisko. Pomijając już fakt, że tak liczna armia jest nam po prostu niepotrzebna, to Polski nie stać nawet na armię 200-tysięczną. Nie stać na nią będzie budżetu państwa, tym bardziej, że MON musiałby nowo wstępującym żołnierzom zagwarantować dużo lepsze warunki finansowe i socjalne, niż obecne. Chyba że Błaszczak planuje zaciąg tysięcy Wietnamczyków, Birmańczyków, Koreańczyków z północy, jakichś Buriatów lub Czeczeńców… Którzy w dodatku musieliby na własny koszt uzbroić się i od czasu do czasu sami sobie wypłacać żołd. No i musieliby przyjąć polskie obywatelstwo, bo tak nakazuje Konstytucja.

Zakupy uzbrojenia dokonywane ad hoc, tak jakby samoloty i czołgi to były dania typu fast food, oraz brednie najwyższych urzędników państwowych o 300-tysięcznej armii pokazują, w jakich oparach absurdu, paranoi i zakłamania tkwi nasze państwo. Przecież Błaszczak doskonale wie, że jak na razie to ma wielki problem z utrzymaniem liczebności armii na poziomie sprzed 2-3 lat. Bo co roku więcej ludzi odchodzi ze służby zawodowej, niż do niej wstępuje. I tego trendu na pewno nie powstrzyma zakup myśliwców F-35 ani 250 Abramsów. Kto przy zdrowych zmysłach i jakim takim ilorazie inteligencji da się z własnej woli zamknąć w domu wariatów, w którym rządzą Błaszczak ze Skurkiewiczem?! Każdego roku armia zawodowa zmniejsza się o kilkuset ludzi, a za kilka miesięcy kadrowcy MON spodziewają się prawdziwej fali odejść (m.in. w związku ze zmianami w sposobie naliczania odprawy mieszkaniowej). O wkurzeniu, zawodzie i determinacji odchodzących żołnierzy świadczy fakt, że wielu z nich decyduje się na ten krok na kilka lat przed nabyciem uprawnień emerytalnych… W MON-owskich statystykach ten ubytek nie jest widoczny, bo powstałą lukę łatają nowo przyjmowani żołnierze WOT. Tyle, że są to tacy „żołnierze weekendowi”, po zaledwie 16-dniowych ćwiczeniach. Ale dla MON liczy się „sztuka”…

Przez 5 lat najpierw Macierewicz, a potem Błaszczak nie zrobili dla bezpieczeństwa naszego państwa i podwyższenia zdolności bojowych naszej armii dosłownie nic dobrego. Konsekwentnie osłabiali ją i dezorganizowali, całą energię poświęcając na lansowanie siebie, zwiększanie zakresu swojej władzy nad armią (kosztem generalicji) i obsadzanie kluczowych stanowisk w wojsku oraz przemyśle zbrojeniowym swoimi protegowanymi. Kompetencje tych jego przydupasów, ich doświadczenie oraz przydatność dla armii nie miały żadnego znaczenia. Błaszczak potrafi łącznościowca zrobić dowódcą pułku zmechanizowanego, a sapera szefem służby kwatermistrzowskiej. Kilka miesięcy temu głośno było o prawdziwej kompromitacji, gdy słynna amerykańska 82 dywizja powietrzno-desantowa skakała z samolotów razem z naszymi spadochroniarzami. Jako jeden z pierwszych lądował na ziemi amerykański dowódca-generał. Ale Jankesi nie dostrzegli na lądowisku jego polskiego odpowiednika. Nie mogli go dostrzec, gdyż w tym czasie siedział on na trybunie dla VIP-ów i obserwował pokaz skoków z ziemi. Sam nie skoczył, bo on nawet nie wie, na jakiej zasadzie działa spadochron. Błaszczak dowódcą polskich spadochroniarzy zrobił bowiem oficera... Żandarmerii Wojskowej.

I raptem 2 lata temu Błaszczaka dopadła prawdziwa mania zakupów uzbrojenia i to tego najdroższego. Może ktoś powiedzieć, że lepiej późno, niż wcale… Tylko jest jeden szkopuł, a właściwe kilka. Błaszczak kupuje czołgi i samoloty nie kierując się żadną logiką, rzeczywistymi priorytetami armii ani długofalową strategią. Nasze siły zbrojne są w tak fatalnym stanie, że każdy zakup nowoczesnego uzbrojenia stanowi dla nich znaczące wzmocnienie. Ale to, co wyprawia Błaszczak, trudno nazwać sensownym, racjonalnym dozbrajaniem lub modernizowaniem. Bowiem w każdym zakupie Błaszczaka pierwszoplanowe znaczenie ma wydźwięk propagandowy i korzyści polityczne PIS, a dopiero potem dobro armii i względy bezpieczeństwa państwa. Widać to było jak na dłoni, gdy Błaszczak z Kaczyńskim, ni z gruszki, ni z pietruszki, wyskoczyli z deklaracją zakupu 250 Abramsów. I stało się to, jak na ironię, akurat w chwili wybuchu potężnej awantury wokół "lex TVN", gdy nasze stosunki z USA były najgorsze od czasów "zimnej wojny"! Decyzji o zakupie czołgów nie poprzedziły żadne analizy lub choćby konsultacje z dowództwem armii! Generałowie byli kompletnie zaskoczeni. A dla chyba wszystkich Polaków było oczywiste, że jest to desperacka, bezczelna i wyjątkowo prostacka próba przekupienia i obłaskawienia Amerykanów, którzy również byli kompletnie zaskoczeni. Biały Dom miał w planach Kaczyńskiego i Błaszczaka przymknąć oko na zniszczenie TVN-u, a w zamian PIS da nieźle zarobić producentowi czołgów. Jeśli zaś chodzi o biznesową stronę tej "transakcji wiązanej", to była ona zaiste kuriozalna. Błaszczak najpierw składa milionom Polaków obietnicę, że kupi (oczywiście bez przetargu) właśnie czołgi Abramsy, potem pyta Amerykanów, czy w ogóle będą skłonni je sprzedać, a na końcu jedzie do USA negocjować cenę tych czołgów. Czyli wszystko w odwrotnej kolejności, niż powinno być...

Ale tylko takimi spektakularnymi zakupami Błaszczak jest w stanie komukolwiek zaimponować. Wielu Polaków nie zadaje sobie pytania, skąd rząd weźmie pieniądze na te astronomiczne zakupy. Wielu nie zastanawia się, dlaczego PIS-owi tak bardzo zależało na zlikwidowaniu przetargów przy zakupach broni. Przecież przetargi są rozwiązaniem korzystnym dla kupującego i to producentom są na ogół nie w smak, bo trzeba wtedy konkurować z innymi. Ale Błaszczak woli kupować broń "z półki" i od tego producenta, którego sam sobie wybierze. Taki zakup jest znacznie droższy, ale przecież to nie Błaszczak płaci...

Kupujemy bardzo drogie samoloty F-35, które w dodatku nawet w USA wzbudzają sporo kontrowersji, bo są cholernie kosztowne w eksploatacji i bardziej usterkowe, niż choćby F-15 lub F-16. Myśliwce F-35 kupiło już wiele państw, ale są to państwa znacznie od nas bogatsze: Japonia, Kanada, UK, Dania, Holandia, Norwegia, Australia, Korea Płd., Izrael itd. A nawet one przed zakupem tych maszyn długo się zastanawiały. Duńczykom aż 8 lat zajęło to zastanawianie się i negocjowanie kontraktu. No i kupili F-35 znacznie taniej, niż Błaszczak, a ponadto wywalczyli olbrzymi offset wyższy nawet od wysokości kontraktu! A Błaszczak zastanawiał się raptem 4 tygodnie i jedyne, co wywalczył, to zdjęcia siebie na tle F-35 i (ewentualnie) sowitą łapówkę. Ale mu to wystarczyło, bo on chciał przede wszystkim zrobić wrażenie na suwerenie. A zakup kolejnych F-16 na nikim wrażenia by już nie zrobił… Na nikim wrażenia nie zrobiłby również zakup broni przeciwlotniczej, która zdaniem wszystkich bez wyjątku speców od wojskowości jest Polsce potrzebna o niebo bardziej, niż nowe samoloty, bo nie mamy jej praktycznie w ogóle.

Nie mniejsze kontrowersje wzbudza podpisany ostatnio kontrakt na koreańskie czołgi K2, też jedne z najdroższych na świecie. Jakość tych maszyn nie budzi wprawdzie zastrzeżeń, natomiast kompletnym zaskoczeniem było wybranie przez Błaszczaka wersji koreańskiej czołgu, zamiast polskiej (K2PL). Wyglądało to tak, jakby Błaszczak cholernie się spieszył z tym zakupem i nie chciał poczekać nawet kilkunastu miesięcy. Ten pośpiech jest niezrozumiały i aż podejrzany, bo po łomocie, jaki armia Putina dostaje w Ukrainie wiadomo już, że przez najbliższe 20 lat Rosja nie będzie zdolna do prowadzenia żadnej kolejnej wojny. Po co więc się spieszyć i kupować wersję czołgu zupełnie nie przystosowaną do potrzeb naszych sił pancernych?! Błaszczak wprawdzie zapewnia, że te czołgi zostaną zmodernizowane. Tylko nikt nie wie, jak on sobie wyobraża wydłużenie ich kadłubów o niemal 1 metr(!) i zamontowanie dodatkowej pary kół nośnych! Eksperci ds. uzbrojenia pokładają się ze śmiechu, gdy słyszą te bzdury. I pytają, czy Błaszczak chce rozciągnąć kadłuby tych czołgów końmi, czy może dospawać do nich ten brakujący 1 metr. Prawda jest taka, że w obu wersjach podwozie oraz tzw. wanna czołgu są zupełnie inne! Błaszczak kupił więc za kilkanaście mld zł czołgi po to, by je od razu przerobić na inne czołgi…

Ale w transakcji z Koreańczykami ten zakup budzi akurat najmniej zastrzeżeń, choć jeśli chodzi o różnorodność czołgów w naszej armii bijemy światowe rekordy. Już dziś mamy 3 ich typy w 4 wersjach. Wkrótce dojdą Abramsy w 2 różnych wersjach. A chwilę potem „koreańczyki”, też w 2 wersjach. Tymczasem potężna armia USA ma tylko 2 wersje Abramsów, Niemcy - 2 wersje Leopardów, a Francuzi w zasadzie jedną wersję czołgu „Leclerc”. Bo im więcej typów i wersji czołgów, tym więcej problemów ze szkoleniem ich załóg i wyższe koszty obsługi, więcej warsztatów i mechaników, magazynów części itd. Dziś wielkim zmartwieniem dowódców ukraińskiej armii jest olbrzymia różnorodność broni, jaką ma na wyposażeniu ta armia. A u nas nie potrzeba było wojny. Wystarczył Błaszczak, który zmienił armię w „jarmark różności”. Przy okazji udowodnił, że w zarządzaniu naszymi siłami zbrojnymi nie ma żadnej spójnej koncepcji, żadnej ciągłości ani konsekwencji w planowaniu i zakupach uzbrojenia. To nie jest tak, że zmienia się ekipa rządząca, przychodzą nowi szefowie MON i dowódcy armii. Tu w czasie kadencji jednego ministra następują fundamentalne zmiany w wizji i strategii rozwoju sił zbrojnych! Jeszcze 4 miesiące temu wydawało się, że naszym czołgiem podstawowym będzie Abrams (250 szt.). Ale teraz to „koreańczyk” się nim stanie, skoro Błaszczak zamówił ich aż 1.000 sztuk…

W prawdziwe osłupienie wprawiła jednak wszystkich informacja, że Błaszczak siłą rozpędu podpisał także w Korei kontrakty na dostawy armatohaubic i samolotów. Gdyby Koreańczycy mieli „na półce” lotniskowiec, to pewnie ten kretyn też by go kupił. A po powrocie triumfalnym tonem oznajmiłby, że właśnie dzięki niemu (i oczywiście Prezesowi Kaczyńskiemu) staliśmy się potęgą morską… Zakup armatohaubic to przede wszystkim cios w nasz przemysł zbrojeniowy. Nie ma tygodnia, by w mediach nie pojawiły się entuzjastyczne opinie fachowców o naszych Krabach walczących w Ukrainie. No to teraz Błaszczak właśnie położył kres programowi Krab… W normalnym państwie wykorzystano by ich świetną autopromocję (oraz towarzyszących im doskonałych wozów dowódczo-sztabowych), jaką umożliwiła im wojna z armią rosyjską. W jeden rok zwiększono by kilkukrotnie ich produkcję, uzbrojono nimi armię i jeszcze stałyby się naszym hitem eksportowym. A Błaszczak postąpił dokładnie odwrotnie. Kupił niemal identyczną broń od Koreańczyków! Załoga zakładów w Stalowej Woli (notabene bastionie wyborczym PIS) jest z pewnością zachwycona. Z przodującego producenta uzbrojenia staną się wkrótce podwykonawcą koreańskiego koncernu…

A jeszcze bardziej niezrozumiały jest zakup koreańskich samolotów FA-50.

BOMBY Z OPÓŹNIONYM ZAPŁONEM…

BOMBA I.
Zacznę od pewnej rażącej sprzeczności. Choć Błaszczak co roku chwali się tym, że na obronność rząd przeznacza coraz więcej pieniędzy, to na większość wydatków MON ten wzrost przekłada się w stopniu minimalnym. Tak jak 2-3 lata temu, tak i teraz MON oszczędza na żołnierzach wszędzie, gdzie tylko się da. Pensje wprawdzie rosną, ale głównie kosztem środków przeznaczanych na szkolenia, ćwiczenia poligonowe, a przede wszystkim na osobiste wyposażenie żołnierzy. Głośno było rok temu o skandalicznej decyzji MON o odnowieniu 35 tys. muzealnych hełmów wz. 67 ("orzeszków") i tak "odrestaurowanych" przekazaniu do jednostek. Aby uniknąć totalnej kompromitacji urzędnicy MON na zdjęciach przedstawiających np. ćwiczenia żołnierzy Garnizonu Warszawa kazali "domalować" w Photoshopie na głowach tych żołnierzy współczesne, kompozytowe hełmy. Afera wybuchła, bo nawet to "domalowanie" hełmów przydupasom Błaszczaka nie wyszło i szwindel był dla wszystkich widoczny.

Z oszczędzaniem nawet na niezbędnym wyposażeniu żołnierzy związana była inna głośna afera zakupu od handlarza taczek, grillów, trampolin i węży ogrodowych kilkunastu tysięcy plastikowych kompasów "made in China". Tu to w ogóle mieliśmy takie 3 w 1, jak w reklamie szamponu do włosów.
  1. Przetarg był ustawiony, a opisy kompasów w ofercie dostarczonej przez handlarza dokładnie pokrywały się opisem zamieszczonym w specyfikacji przetargowej MON. Nawet błędy w pisowni były te same...
  2. Nikomu w MON nie wydało się podejrzane, że handlarz grillów oferuje kompasy w cenie ok. 60 zł/szt., choć najtańszy wojskowy kompas kosztuje od 200 zł wzwyż.
  3. Kompasy okazały się plastikowym badziewiem, które na chińskim portalu aukcyjnym można (przy zakupie hurtowym) nabyć za kwotę 1 zł/szt. Czyli handlarz, który wyciągnął z kasy MON ok. 770 tys. zł, miał przebitkę 60 do 1! Z pewnością musiał odpalić sporą działkę swoim wspólnikom w ministerstwie, ale i tak był to świetny interes. Kompasy trafiły do żołnierzy jak gdyby nigdy nic. A powinny trafić do przedszkoli lub na śmietnik... A jakby tego było mało, to kilka miesięcy później powtórzono ten "numer". Ten sam handlarz grabiami i taczkami sprzedał tym samym podwładnym Błaszczaka "wojskowe latarki". Też plastikowe, też chińskie i też z olbrzymią przebitką.
Gdyby media nie wywęszyły tych przekrętów i nie rozpętała się burza, to do dziś ludzie Błaszczaka kupili by od handlarza także plastikowe, chińskie czołgi, samoloty, wyrzutnie ppanc. i haubice...

Mamy na ustach uśmiech politowania, szyderstwa i satysfakcji, gdy widzimy w mediach, jak Rosjanie wiozą na front w Donbasie swoje archaiczne czołgi T-62 i zmuszeni są używać rakiet wyprodukowanych 60 lat temu, wygrzebanych teraz z jakichś składnic złomu. Jest to dla nas oczywiste świadectwo, że armia Putina goni już resztkami rezerw. No to popsuję Wam humor... Choć my nie prowadzimy żadnej wojny i nasza armia nie ma żadnych strat w sprzęcie, to wcale aż tak bardzo nie różni się w tym względzie od rosyjskiej. U nas również, i to nie na jakichś głębokich tyłach, tylko na strategicznie dziś najważniejszej rubieży w Przesmyku Suwalskim żołnierze polscy muszą się posługiwać sprzętem pamiętającym czasy Gomułki i Cyrankiewicza np. pociskami kierowanymi Malutka lub moździerzami... Niewiele młodsze są wciąż eksploatowane wozy BWP, a konstrukcji Mi-8, który nadal jest podstawowym śmigłowcem w naszych siłach zbrojnych, właśnie stuknęło 55 lat. Zamiast więc śmiać się i drwić z Rusków powinniśmy raczej rozpaczać nad sobą.

Oszczędności na sprzęcie to oczywiście nie wszystko. Błaszczak oszczędza na wydatkach socjalnych, nieobsadzonych etatach, premiach... Szczególnie dotyczy to żołnierzy WOT. Tak jak Macierewicz był dla nich jak "ojciec", tak Błaszczak nie przejmuje się w ogóle "terytorialsami", bo WOT to nie jego dziecko. Ale nie to jest najważniejsze. Najważniejsze jest to, że Błaszczak z jednej strony oszczędza po kilka milionów zł na hełmach, kompasach, latarkach lub goglach, w z drugiej strony jest cholernie rozrzutny i dokonuje koszmarnie drogich, na ogół nieprzemyślanych i niepotrzebnych zakupów uzbrojenia dla armii. Czy nie jest to rażąca sprzeczność?! Ano nie jest... Jest to chłodna i bardzo perfidna kalkulacja! Bieżące wydatki na hełmy, latarki lub obsadę etatów pokrywane są bowiem z budżetu MON! Który trzeszczy w szwach tak samo, jak budżet państwa. Błaszczak ma tu bardzo ograniczone pole manewru. A koszty kredytów zaciąganych na zakup koreańskich czołgów lub samolotów polscy podatnicy ponosić będą dopiero w przyszłości! Będzie to problem następnych rządów. Więc Błaszczak zupełnie się tymi kosztami nie przejmuje. I to jest ta pierwsza bomba z opóźnionym zapłonem, której wybuchowi nie będziemy w stanie zapobiec...

BOMBA II.
Drugą bombę Błaszczak podrzuca swoim następcom w MON i nowemu dowództwu armii. Dostawy uzbrojenia, które tak namiętnie kontraktuje teraz Błaszczak, zaczną się przecież najwcześniej za 2 lata. A punkt kulminacyjny tych dostaw nastąpi w latach 2026-2027. Wtedy od dawna PIS nie będzie już rządzić w Polsce, a Błaszczak nie będzie ministrem obrony. Tak więc Błaszczak dziś generuje tylko problemy techniczne, jakościowe oraz przydatności bojowej sprzętu, które rozwiązywać będą musieli za kilka lat jego następcy. To oni będą musieli się głowić, jak wydłużyć o metr koreańskie czołgi i zrewolucjonizować ich podwozia, choć Błaszczak zapewnia obecnie, że to on tego dokona. W 2019r., kosztem naprawdę ciężkich milionów zł uruchomiono wojskowe Centrum Serwisowo-Logistyczne. Jego cała infrastruktura i wyposażenie zostały dostosowane do obsługi technicznej polskich czołgów Leopard. To był podstawowy cel utworzenia Centrum - zmodernizowanie ich wersji 2A4 do wersji 2PL. I teraz dowiadujemy się, że jednym podpisem na kontrakcie Błaszczak przekreślił sens wydania kilkunastu milionów zł na budowę Centrum i w ogóle modernizacji Leopardów. Bo po zakupach Abramsów i czołgów koreańskich dla Leopardów nie będzie już miejsca w naszych siłach zbrojnych. Zostaną za kilka lat sprzedane.

To następni dowódcy lotnictwa będą mieć zagwozdkę, jak z koreańskich samolotów FA-50 (szkolno-bojowych) zrobić samoloty bojowe. Do szkoleń bowiem pilotom wystarczają w zupełności nasze samoloty Bielik, potrzebują natomiast maszyn zbliżonych właściwościami do F-16. A FA-50 wszystkie bez wyjątku parametry bojowe ma o 50% gorsze, niż F-16. Czyli do szkoleń go nie potrzebujemy, a do walki nie bardzo się nadaje. Przyszłe szefostwo MON i PGZ będzie z kolei miało problem z odtworzeniem działalności produkcyjnej naszych zakładów zbrojeniowych, przede wszystkim Bumaru-Łabędy i Stalowej Woli. Bo po podpisaniu przez Błaszczaka kontraktów ich działalność sprowadzi się chyba do serwisowania i +konserwacji importowanego uzbrojenia…

TAKI MAŁY PUTIN. Błaszczak swoim sposobem myślenia i stosunkiem do podlegającej mu armii coraz bardziej przypomina... Putina. Możliwe, że Błaszczak doskonale zdaje sobie sprawę ze słabości i zacofania technologicznego naszych sił zbrojnych, ale rżnie głupa i próbuje suwerenowi wcisną kity o sile naszej armii i snuje całkowicie nierealistyczne wizje jej świetlanej przyszłości. Ale możliwe również, że sam uległ już całkowicie magii liczb samolotów, czołgów i rakiet. Podobnie jak Putin. Bo i w naszej armii powszechną praktyką stało się manipulowanie statystykami, koloryzowanie stanu faktycznego, zatajanie przed przełożonymi braków i różnych patologii, wyolbrzymianie osiągnięć.Nikt z dowódców średniego i wyższego szczebla nie chce się wychylać, mówić prawdy, wskazywać błędów swoich szefów i zbierać potem cięgów, które zaważą kiedyś na jego karierze. Dowódca kompanii nie informuje więc dowódcy batalionu, a dowódca pułku zataja kompromitujące fakty przed dowódcą dywizji. I taki całkowicie fałszywy przekaz płynie na końcu do MON. A już na pewno nikt z oficerów i żołnierzy nie zacznie się skarżyć przed swoim ministrem. Gdy przyjeżdża on na jakąś "niezapowiedzianą" inspekcję w jednostce, wcześniej jest tradycyjne malowanie trawy, mycie asfaltu, sadzenie ozdobnych drzewek (patrz „Alternatywy 4”), a w stołówce żołnierskiej pojawia się lepsze żarcie... Wszyscy kłaniają się ministrowi w pas i wszyscy wszystkim się zachwycają.

Armia rosyjska dość powszechnie uznawana jest za drugą, w najgorszym przypadku za trzecią potęgę militarną świata. Dlaczego? Bo jest postrzegana przez pryzmat liczby posiadanych czołgów, samolotów, rakiet oraz żołnierzy. A także tego, co widać podczas defilad na Placu Czerwonym. Putin też do niedawna znał tylko to "defiladowe" oblicze swojej armii. Jak bardzo mylny był ten osąd przekonał się w ostatnich miesiącach. Gdyby rzeczywistość tej niby 2 potęgi militarnej świata była tak różowa, jak się wydaje podczas defilad, to by Ukrainy już od 3 miesięcy nie było na żadnej mapie. Tyle, że defilady są organizowane głównie z myślą o opinii publicznej (jako "igrzyska” dla gawiedzi) i tworzeniu mitu silnego państwa. Prawie nic nie jest w nich więc prawdziwe. Armia Zanzibaru też z pewnością organizuje imponujące defilady. Trochę farby i szpachli, atrapa większego działa i po tygodniu zabiegów pielęgnacyjnych nawet „Rudy” wyglądałby tak groźnie, jak Abrams…

Bardzo możliwe, że Błaszczak również ocenia stan i gotowość bojową naszej armii na podstawie tego, co mu mówią jego podwładni z MON i tego, co widzi wizytując najlepsze jednostki. Nie wiem doprawdy, co sobie myśli ten przygłup i w co wierzy, a w co nie wierzy. Wiem natomiast, że próbuje milionom Polaków wcisnąć banialuki nie mające żadnego odzwierciedlenia w stanie faktycznym! Każe nam widzieć nasza armię taką, jak ona wygląda na defiladach, a nie taką, jaka jest na co dzień. I to w przypadku wielu Polaków działa. Jak mawiał klasyk: "ludzie są tak durni, że w to wierzą"... I gdy potem nagle zaczynają wybuchać w armii kolejne afery, opinia publiczna dowiaduje się o olbrzymich zaniedbaniach i wyrzuconych w błoto milionach zł, gdy w 5 dni przegrywamy symulacyjną wojnę z armią rosyjską, większość z tych naiwnych, którzy uwierzyli w potęgę naszych sił zbrojnych rozdziawia usta ze zdumienia. Tak jak rozdziawił Putin na wieść o kolejnych klęskach swojej „2 potęgi militarnej świata”…

ŻOŁNIERZE. To, że Błaszczak zaczyna przypominać Putina, to pół biedy. Znacznie gorzej, że także nasza armia zaczyna przypominać armię rosyjską, oczywiście mam na myśli jej zdolności bojowe i atmosferę… Podstawą każdej nowoczesnej armii jest kształcenie się dowódców i ciągłe, intensywne szkolenie żołnierzy. Sama technologia nie wystarczy, jeśli jest obsługiwana przez ludzi nie potrafiących wykorzystać wszystkich jej możliwości. W polskiej armii, podobnie jak w rosyjskiej, kształcenie się kadry to dziś fikcja. I nie ma co się kadrze dziwić. Kadra dokładnie widziała, co się w czasach „dobrej zmiany” stało z setkami naszych najlepiej wykształconych generałów i wysokich rangą oficerów. Wyrzucono ich na bruk i nie pomogły im żadne studia, kursy i dyplomy najbardziej renomowanych uczelni wojskowych West Point i Sandhurst. Wystarczyły dwie kanalie: Macierewicz i Błaszczak. Te dwie kanalie, dokonując czystek w korpusie oficerskim, kierowały się identyczną zasadą, jaka 100 lat temu przyświecała bolszewikom w czasie ich rewolucji. Jeśli ktoś dosłużył się wysokiego stanowiska lub stopnia w czasach poprzednich rządów, to znaczy, że im się dobrze przysłużył. Więc on jest „ich” i trzeba go poniżyć, szykanować, oskarżyć i jak najszybciej pozbyć się go z armii. A w jego miejsce trzeba przyjąć lub awansować jakiegoś „swojego”, choćby był wyjątkowym tępakiem i miernotą. Bo dla PIS-dzielców ważniejsze od tego, czy armia jest silna i nowoczesna, jest to, by była „politycznie czysta”…

Kadra oficerska na własnej skórze przekonała się, że wyższe kwalifikacje, inicjatywa i zdolność samodzielnego myślenia nie gwarantują ani atrakcyjnego przydziału, ani błyskotliwej kariery w wojsku. Do zdobycia uznania PIS-owskich przełożonych w MON wystarcza w zupełności poprawność polityczna i włażenie im w dupę, służalstwo, potulne wykonywanie poleceń, trzymanie gęby na kłódkę i bycie ślepym na wszelkie „błędy i wypaczenia”. Toczka w toczkę jak w armii rosyjskiej.

I podobne zasady postępowania obowiązują wśród szeregowych żołnierzy i podoficerów. Oni nawet gdyby chcieli doskonalić swoje wojskowe umiejętności, to nie mają gdzie tego robić, bo program szkolenia w armii leży i kwiczy od kilku lat. Oszczędza się na kursach, oszczędza się na ćwiczeniach poligonowych. Tylko ulubione jednostki Błaszczaka, te „defiladowe”, uznawane za wizytówki armii, są zadbane i jako tako wyposażone. Ale o sile i sprawności bojowej armii nie decydują 2 lub 3 elitarne pułki. Jeśli pod względem wyszkolenia, wyposażenia, kwalifikacji kadry oficerskiej i obsady etatów pomiędzy tymi kilkoma elitarnymi jednostkami a resztą armii jest przepaść, to jest to armia do dupy. Ani GROM, ani Formoza, ani w ogóle nasze siły specjalne nie wygrają żadnej wojny, choć są to świetne jednostki. I nie wygra wojny słynna „Czarna Dywizja”, jeśli będzie ona jedyną pełnowartościową dywizją w naszych siłach zbrojnych. Nie wygrają również wojny myśliwce F-35. Wojny wygrywają jednostki drugiego lub nawet trzeciego rzutu. Nieprzypadkowo w armii mówi się, że „wojny wygrywa rezerwa”. Bo pierwszy rzut po tygodniu walk już nie istnieje. A drugi rzut w naszej armii to obraz nędzy i rozpaczy… On też nie wygra żadnej wojny.

I na zakończenie tych moich trzech „armijnych” postów… Jeśli myślicie, że to Błaszczak jest rzeczywistym szefem MON, to jesteście w błędzie. Prawdziwym szefem resortu obrony jest niejaka Agnieszka Glapiak, „prawa ręka i mózg” Błaszczaka. Ma ona w MON taką pozycję i władzę, jaką w czasach ministrowania Macierewicza miał były pomocnik aptekarza Misiewicz. Możliwe, że to się wkrótce zmieni, bo Glapiak, w nagrodę za swoje zasługi dla Nowogrodzkiej, ma stać się wkrótce członkiem Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji… Pewnie z pensją 5 razy wyższą, niż w MON.

[CC] Jacek Nikodem
(615/15-09-2022)

Pobierz PDF Wydrukuj