Zmanipulowane sondaże, zmanipulowana ordynacja

Piszę ten post po zapoznaniu się z wynikami dwóch niedawnych sondaży poparcia dla partii politycznych, bardzo zresztą się różniących. Wspólne w tych wynikach jest to, że Zjednoczona Prawica wygrałaby zdobywając odpowiednio 35% i 39% głosów wyborców. I to, że Ruch 2050 zdobyłby ok. 8-9%. Reszta się różni i to diametralnie. W jednym sondażu PO uzyskała 17%, w drugim 27%. W jednym Lewica w ogóle nie dostałaby się do Sejmu, a w drugim uzyskała ponad 11%. W jednym do Sejmu wchodziłyby tylko 3 partie, a w drugim aż 6. Itd., itd… Nie będę tych wyników szczegółowo omawiać, bo one nie mają większego znaczenia. Podobnie jak wyniki niemal wszystkich sondaży poparcia dla partii, z wyjątkiem może tych przeprowadzanych przez renomowane ośrodki badawcze na tydzień przed wyborami. Pozostałe sondaże można o kant dupy potłuc, bo za wiele jest w takich badaniach możliwości manipulacji, a za mało rzeczywistych preferencji politycznych wyborców. Napisałem już kiedyś post nt. wielu możliwości wpływania przez ośrodki badania opinii publicznej na wynik sondażu, choćby przez tendencyjny dobór respondentów. Jeśli wśród ankietowanych jest np. 55% mężczyzn, a tylko 45% kobiet lub nie mająca żadnego uzasadnienia duża liczba osób 55+, to bardzo prawdopodobne, że wynik takiego sondażu jest zmanipulowany (na korzyść partii rządzącej). Tyle tylko, że nikt z nas nie ma ani czasu, ani ochoty zagłębiać się w szczegóły doboru respondentów. Poznajemy wyniki sondażu i wierzymy w ich prawdziwość lub nie. Reszta nas nie interesuje… A właśnie od tej „reszty” zależy bardzo wiele. Jeśli jednej z największych partii w sztuczny sposób zmniejszy się poparcie o 2-3% (co wcale trudne nie jest), a drugiej zwiększy o 2-3%, to różnica pomiędzy nimi rośnie dodatkowo aż o 4-6%.

Nie zamierzam więc wyrywać sobie włosów z głowy tylko dlatego, że w obu wspomnianych sondażach PIS miało wynik 35-39%. Nawet gdyby ich wyniki nie były zmanipulowane, trudno, by było inaczej, skoro w Ukrainie trwa wojna, a dodatkowo poparcie dla Konfederacji spadło z niedawnych 8-9%, do 5,5%, zaś w drugim sondażu do zaledwie 3%. Niby PIS i Konfederacja się nienawidzą i mają odmienne programy wyborcze oraz różny elektorat, ale jest pewna prawidłowość w tym, że jak jednym spada, to drugim rośnie i na odwrót. Podobna zależność istnieje pomiędzy poparciem dla PO i Ruchu 2050. Tu też mamy typowy system naczyń połączonych. Tyle tylko, że pomiędzy PO i Hołownią formalnie nie ma konfliktu, a programy polityczne i elektoraty są podobne. A wojna między Bosakiem i jego kolegami oraz Nowogrodzką jest faktem, choć jest to wojna przeplatana niespodziewanymi sojuszami i wspólnymi głosowaniami w Sejmie. Politycy PIS i „kurwizja” już niejednokrotnie dali zdrowo popalić Konfederatom np. przed wyborami w 2019r., nazywając ich m.in. ruskimi agentami. Ale wyborca o poglądach prawicowych to wyborca o poglądach prawicowych. Jeśli zrazi się do swojej partii, to albo nie będzie popierać nikogo, albo poprze inną partię prawicowo-kościelną. Toteż wysoki poziom poparcia dla PIS przy spadkach poparcia dla Konfederacji to zjawisko zupełnie normalne.

Partie polityczne same z przymrużeniem oka patrzą na wszelkie sondaże, o których wynikach jest informowana opinia publiczna. Bo to są sondaże robione właśnie z myślą o nas. Mają kształtować nasze poglądy, urabiać, manipulować nami lub straszyć. Natomiast wyników tych najważniejszych i najrzetelniejszych sondaży, bardzo szczegółowych i zlecanych przez partie na użytek wewnętrzny, my nie poznajemy nigdy. W mnogości tych "tajnych" sondaży PIS jest poza wszelką konkurencją, bo oni mają wprost obsesję sondaży. Tym bardziej, że to nie oni za nie płacą. Najczęściej zlecają ich wykonanie nie jako PIS, tylko jako rząd. Więc za ich partyjne sondaże płacimy my wszyscy. Podobnie jak my wszyscy płacimy wynagrodzenie setkom PIS-owskich internetowych hejterów, których rząd PIS zatrudnia jako swoich PR-owców.

A teraz najważniejsze. Gdyby Kaczyński rzeczywiście był dziś pewny poparcia dla PIS rzędu 36-39%, a dla Konfederacji 5%, to za najdalej 2-3 tygodnie mielibyśmy już wybory. Zaś od ponad miesiąca trwałby w najlepsze festiwal ich obietnic wyborczych. Nie tylko „trzynastka”, ale także 14. emerytura byłaby już wypłacone, rząd zapewniałby o zwiększeniu pensji minimalnej od lipca, a akcyza na paliwa ponownie zostałaby obniżona i etylina 95 kosztowałaby 6zł/l. Przede wszystkim zaś na zupełnie innym etapie byłby konflikt PIS-u z Brukselą. Kaczyński, mając w perspektywie wybory za miesiąc, nie musiałby się już oglądać na stanowcze protesty Ziobry. Ważne by było, by zawrzeć jakikolwiek kompromis z Unią i uzyskać od niej czarno na białym zapewnienie, że fundusze zostaną wkrótce wypłacone. Tymczasem w kwestii dostępu do miliardów Euro w ramach naszego KPO w rzeczywistości PIS jest w takim samym "lesie", w jakim było 10 miesięcy temu. Cep i ta wesz Müller, rzecznik rządu, mogą sobie zaklinać rzeczywistość i wciskać swojemu głupiemu elektoratowi, że pieniądze napłyną do Polski lada chwila, ale jest to zwykłe kłamstwo. Które zresztą słyszymy też od 10 miesięcy. Bo jak na razie, to PIS nie potrafi nawet "dopisać" do własnego KPO tych punktów-deklaracji, których dopisania wciąż domaga się Bruksela, a które przez propagandę PIS są teraz nazywane "kamieniami milowymi". Słyszymy jakieś brednie o bliskim zawarciu porozumienia, tymczasem tu nie chodzi o żadne porozumienie z Unią! Tylko o złamanie oporu Ziobry... Bowiem te "kamienie milowe" są znane od dawna, one się w ogóle nie zmieniły! To tylko PIS próbuje nam wmówić, że coś "utargowało".

Nie chcą się przyznać do własnej porażki, bo diabli wiedzą, jakby to przełknęli ich najbardziej konserwatywni wyborcy. PIS mami ich więc postępami w negocjacjach z Brukselą, które w rzeczywistości właściwie się nie toczą. Bruksela, co miała powiedzieć, to powiedziała już w październiku 2021 r. Teraz więc czeka, a to PIS kręci się wokół własnego ogona i nie potrafi złamać Ziobry. A przecież przegłosowanie likwidacji Izby Dyscyplinarnej SN i reformy sądownictwa to będzie zaledwie pierwszy krok do odblokowania unijnych funduszy. Nasz KPO zostanie zatwierdzony, ale do Polski wcale nie popłynie automatycznie rzeka pieniędzy. Bruksela już nie jest taka głupia, jaka była 3-4 lata temu. Już nie uwierzą Kaczyńskiemu i Cepowi na słowo. KE wie, że ma niepowtarzalną możliwość trzymania Kaczyńskiego w szachu i zmuszania go do realnego działania. Więc KE poczeka cierpliwie, kiedy wymagane zmiany PIS wprowadzi w życie. I właśnie przy okazji wprowadzania tych zmian przed Nowogrodzką zaczną się piętrzyć wielkie problemy. Bo jakoś nie potrafię sobie wyobrazić Ziobry przywracającego do pracy sędziów Tulei, Juszczyszyna lub Gąciarka... Tak samo, jak nie potrafię sobie wyobrazić sytuacji, że Ziobro spokojnie patrzy na poddawanie swoich sędziowskich protegowanych obowiązkowym testom na niezależność i bezstronność. Lub że rozpędza na cztery strony świata neo-KRS, do której dopiero co wybrano 15 jego przydupasów. Dziś Kaczyński i Ziobro może i zgodzą się na żądania Brukseli. Dużo gorzej będzie z realizacją tych żądań... A to właśnie od tej realizacji zależy odblokowanie unijnych funduszy.

Dopóki nie ma miliardów Euro Kaczyński nie zdecyduje się na przyspieszone wybory. Nawet wtedy, gdyby w sondażach PIS miało 40% poparcia. Bo nawet przy takim poparciu niemal na pewno musieliby oddać władzę. Poza tym Kaczyński musi jeszcze przed wyborami zdążyć rozpieprzyć Konfederację i osłabić Ziobrę. To pierwsze wydaje się zadaniem dość prostym, bo Konfederacja rozpieprza się właśnie sama. Dużo trudniejsze będzie rozbicie lub całkowite podporządkowanie sobie partii Ziobry... Bowiem posłowie Ziobry potrzebni będą Kaczyńskiemu właśnie do uzyskania tych miliardów Euro, ale także do realizacji innego bardzo ważnego projektu. Od pewnego czasu media informują o planowanej przez Kaczyńskiego zmianie ordynacji wyborczej. Byłoby to typowe dla tej kanalii świństwo. Pod kątem własnych interesów politycznych zmienił już kodeks karny, zmienił setki ustaw, próbował zmienić Konstytucję, a gdy to nie wypaliło, to ją po prostu łamał. Teraz chce przewrócić do góry nogami ordynację wyborczą, by pomóc jakoś szczęściu i sztucznie zwiększyć szanse swojej partii na kolejną kadencję. Planowane zmiany nie mają żadnego uzasadnienia merytorycznego. Co więcej, Kaczyński chce w ordynacji wyborczej do Sejmu dokonać zmian dokładnie odwrotnych do zmian, jakie chce wprowadzić w ordynacji wyborczej do Senatu.

Kaczyński chce doprowadzić do sytuacji takiej, jaka ma miejsce na... Węgrzech. Gdzie partia Orbana, nawet jeśliby nieznacznie przegrała wybory, to i tak nadal sprawowałaby władzę. Dotychczasowe 41 okręgów (w wyborach Do Sejmu) ma być zastąpione aż 100 okręgami. To nie przypadek, że PIS jest w tej chwili w trakcie reorganizacji swoich struktur terenowych. Też byli podzieleni na 41 okręgów, a teraz będą podzieleni akurat na... 100. W planach Kaczyńskiego nie będzie już tak, że wszędzie wybieramy posłów na takiej samej zasadzie proporcjonalności! Ta zasada obowiązywałaby tylko w największych okręgach czyli w dużych miastach, gdzie PIS dostaje tradycyjnie wpierdol. Partia Kaczyńskiego przerżnie w Warszawie, Łodzi lub Poznaniu, ale część mandatów w tych okręgach zdobędzie, tak jak dotychczas. Ale za to mniejsze okręgi wyborcze Kaczyński chce zrobić jednomandatowymi! Oni wygrywają w większości małych miejscowości i wygrają zapewne także w większości małych okręgów. Cały wic polega na tym, że w tej większości małych okręgów, gdzie wygra PIS, opozycja nie zdobędzie ani jednego mandatu, bo jedyny mandat weźmie zwycięzca! Z kolei w wyborach do Senatu Kaczyński chce dokonać zmian dokładnie odwrotnych! Chce zmniejszyć liczbę okręgów ze 100 do 41 i zlikwidować ordynację jednomandatową, zastępując ją okręgami 2 lub 3 mandatowymi oraz proporcjonalnym systemem podziału mandatów.

Rzadko się zdarzało, by jakaś partia rządząca tak na chama i bezczelnie próbowała zmieniać ordynację wyborczą „pod siebie”. Rzygać się chce, jak się widzi to kombinowanie i mieszanie zasad ordynacji proporcjonalnej z jednomandatową w zależności od tego, gdzie PIS ma duże poparcie, a gdzie go nie ma. Tylko patrzeć, jak wymyślą zmianę, że do parlamentu mogą się dostać tylko kandydaci tej partii, której Prezes nazywa się Jarosław Kaczyński. I wtedy byłoby uczciwie, sprawiedliwie i demokratycznie… Ein Volk, ein Reich, ein Fürer. Czyli jak w putinowskiej Rosji. Dzięki planowanym zmianom w ordynacji PIS miałoby nie tylko duże szanse „odbić” Senat, ale także w wyborach do Sejmu zdobyć ok. 20-30 mandatów więcej, niż w wyborach przeprowadzonych na obecnych zasadach. Ale fakt, że Kaczyński ucieka się do takich karkołomnych, chamskich sztuczek świadczy o tym, jak bardzo niedowierza tym optymistycznym dla jego partii sondażom i jednak wątpi w zwycięstwo wyborcze. Zachowuje się nie jak lider partii, który jest pewny przyszłej wygranej, tylko jak satrapa, który wie, że w uczciwej rywalizacji poniesie klęskę i stara się jej wszelkimi metodami zapobiec. Panicznie boi się porażki, choć ma w swoich rękach prawie wszystkie instrumenty konieczne do wygranej, w tym także PKW i Izbę Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych SN, zatwierdzającą ważność wyborów.

Oczywiście taka zmiana ordynacji nie podoba się nikomu poza PIS-em, bo tylko PIS ona premiuje. Nie są zachwyceni nawet „baronowie” PIS-u, bowiem wskutek zmian w swoich partyjnych strukturach wielu z nich przestanie być „baronami”. Dla Lewicy, Ruchu 2050 lub PSL-u nowa ordynacja mogłaby oznaczać wyborczą katastrofę, zaś Ziobro byłby całkowicie zdany na łaskę lub niełaskę Kaczyńskiego. Nikt nie jest zainteresowany poparciem propozycji Prezesa poza różnymi „kukizami” i „mejzami”. Ciekawe, jak ta menda Kukiz, niby największy w Polsce zwolennik JOW-ów, będzie tłumaczyć swoje głosowanie za częściową likwidacją właśnie ordynacji jednomandatowej. Ważniejsze jest jednak to, co zrobi Ziobro. Bo bez jego poparcia Kaczyński nie ma co marzyć o zmianie ordynacji, a ta zmiana byłaby dla partii Ziobry zabójcza. Jestem pewien, że Kaczyński ma już serdecznie dość koalicji ze znienawidzonym „zerem”, a „zero” z Kaczyńskim. Możliwe jednak, że będą na siebie skazani także w najbliższych wyborach. Ziobro poprze zmiany w ordynacji wyborczej, a w zamian Kaczyński ponownie „przytuli” jego polityków na swoich listach wyborczych. Tyle tylko, że taki deal z Kaczyńskim będzie dla Ziobry szalenie ryzykowny. Bo jego posłowie musieliby poprzeć zmiany proponowane przez Kaczyńskiego już za kilka miesięcy. A listy wyborcze będą układane dopiero przed wyborami. I Ziobro nie ma żadnej gwarancji, że, gdy wywiąże się ze swojej części umowy, Kaczyński dotrzyma danego mu słowa. Nikt zresztą nie wie, jak za rok będą się układać ich wzajemne relacje i czy Kaczyński będzie w ogóle jeszcze nadal kierować PIS-em. Możliwe więc, że Ziobro za mniej ryzykowne od sojuszu z Prezesem uzna mariaż z rozpadającą się Konfederacją, bo tylko w sojuszu z nią widzieć będzie szanse na pokonanie progu wyborczego. Dopóki Bosak & Company mieli poparcie 7-9% koalicja wyborcza z Ziobrą nie była dla nich atrakcyjnym rozwiązaniem. Ale dziś Konfederacji zagląda w oczy widmo klęski wyborczej i mogą wraz z partią Ziobry stać się dla siebie takimi wzajemnymi kołami ratunkowymi. A w takiej sytuacji PIS-owskie plany zmiany ordynacji wyborczej spalą na panewce. Cdn.

[CC] Jacek Nikodem

Zmanipulowane sondaże, zmanipulowana ordynacja

Piszę ten post po zapoznaniu się z wynikami dwóch niedawnych sondaży poparcia dla partii politycznych, bardzo zresztą się różniących. Wspólne w tych wynikach jest to, że Zjednoczona Prawica wygrałaby zdobywając odpowiednio 35% i 39% głosów wyborców. I to, że Ruch 2050 zdobyłby ok. 8-9%. Reszta się różni i to diametralnie. W jednym sondażu PO uzyskała 17%, w drugim 27%. W jednym Lewica w ogóle nie dostałaby się do Sejmu, a w drugim uzyskała ponad 11%. W jednym do Sejmu wchodziłyby tylko 3 partie, a w drugim aż 6. Itd., itd… Nie będę tych wyników szczegółowo omawiać, bo one nie mają większego znaczenia. Podobnie jak wyniki niemal wszystkich sondaży poparcia dla partii, z wyjątkiem może tych przeprowadzanych przez renomowane ośrodki badawcze na tydzień przed wyborami. Pozostałe sondaże można o kant dupy potłuc, bo za wiele jest w takich badaniach możliwości manipulacji, a za mało rzeczywistych preferencji politycznych wyborców. Napisałem już kiedyś post nt. wielu możliwości wpływania przez ośrodki badania opinii publicznej na wynik sondażu, choćby przez tendencyjny dobór respondentów. Jeśli wśród ankietowanych jest np. 55% mężczyzn, a tylko 45% kobiet lub nie mająca żadnego uzasadnienia duża liczba osób 55+, to bardzo prawdopodobne, że wynik takiego sondażu jest zmanipulowany (na korzyść partii rządzącej). Tyle tylko, że nikt z nas nie ma ani czasu, ani ochoty zagłębiać się w szczegóły doboru respondentów. Poznajemy wyniki sondażu i wierzymy w ich prawdziwość lub nie. Reszta nas nie interesuje… A właśnie od tej „reszty” zależy bardzo wiele. Jeśli jednej z największych partii w sztuczny sposób zmniejszy się poparcie o 2-3% (co wcale trudne nie jest), a drugiej zwiększy o 2-3%, to różnica pomiędzy nimi rośnie dodatkowo aż o 4-6%.

Nie zamierzam więc wyrywać sobie włosów z głowy tylko dlatego, że w obu wspomnianych sondażach PIS miało wynik 35-39%. Nawet gdyby ich wyniki nie były zmanipulowane, trudno, by było inaczej, skoro w Ukrainie trwa wojna, a dodatkowo poparcie dla Konfederacji spadło z niedawnych 8-9%, do 5,5%, zaś w drugim sondażu do zaledwie 3%. Niby PIS i Konfederacja się nienawidzą i mają odmienne programy wyborcze oraz różny elektorat, ale jest pewna prawidłowość w tym, że jak jednym spada, to drugim rośnie i na odwrót. Podobna zależność istnieje pomiędzy poparciem dla PO i Ruchu 2050. Tu też mamy typowy system naczyń połączonych. Tyle tylko, że pomiędzy PO i Hołownią formalnie nie ma konfliktu, a programy polityczne i elektoraty są podobne. A wojna między Bosakiem i jego kolegami oraz Nowogrodzką jest faktem, choć jest to wojna przeplatana niespodziewanymi sojuszami i wspólnymi głosowaniami w Sejmie. Politycy PIS i „kurwizja” już niejednokrotnie dali zdrowo popalić Konfederatom np. przed wyborami w 2019r., nazywając ich m.in. ruskimi agentami. Ale wyborca o poglądach prawicowych to wyborca o poglądach prawicowych. Jeśli zrazi się do swojej partii, to albo nie będzie popierać nikogo, albo poprze inną partię prawicowo-kościelną. Toteż wysoki poziom poparcia dla PIS przy spadkach poparcia dla Konfederacji to zjawisko zupełnie normalne.

Partie polityczne same z przymrużeniem oka patrzą na wszelkie sondaże, o których wynikach jest informowana opinia publiczna. Bo to są sondaże robione właśnie z myślą o nas. Mają kształtować nasze poglądy, urabiać, manipulować nami lub straszyć. Natomiast wyników tych najważniejszych i najrzetelniejszych sondaży, bardzo szczegółowych i zlecanych przez partie na użytek wewnętrzny, my nie poznajemy nigdy. W mnogości tych "tajnych" sondaży PIS jest poza wszelką konkurencją, bo oni mają wprost obsesję sondaży. Tym bardziej, że to nie oni za nie płacą. Najczęściej zlecają ich wykonanie nie jako PIS, tylko jako rząd. Więc za ich partyjne sondaże płacimy my wszyscy. Podobnie jak my wszyscy płacimy wynagrodzenie setkom PIS-owskich internetowych hejterów, których rząd PIS zatrudnia jako swoich PR-owców.

A teraz najważniejsze. Gdyby Kaczyński rzeczywiście był dziś pewny poparcia dla PIS rzędu 36-39%, a dla Konfederacji 5%, to za najdalej 2-3 tygodnie mielibyśmy już wybory. Zaś od ponad miesiąca trwałby w najlepsze festiwal ich obietnic wyborczych. Nie tylko „trzynastka”, ale także 14. emerytura byłaby już wypłacone, rząd zapewniałby o zwiększeniu pensji minimalnej od lipca, a akcyza na paliwa ponownie zostałaby obniżona i etylina 95 kosztowałaby 6zł/l. Przede wszystkim zaś na zupełnie innym etapie byłby konflikt PIS-u z Brukselą. Kaczyński, mając w perspektywie wybory za miesiąc, nie musiałby się już oglądać na stanowcze protesty Ziobry. Ważne by było, by zawrzeć jakikolwiek kompromis z Unią i uzyskać od niej czarno na białym zapewnienie, że fundusze zostaną wkrótce wypłacone. Tymczasem w kwestii dostępu do miliardów Euro w ramach naszego KPO w rzeczywistości PIS jest w takim samym "lesie", w jakim było 10 miesięcy temu. Cep i ta wesz Müller, rzecznik rządu, mogą sobie zaklinać rzeczywistość i wciskać swojemu głupiemu elektoratowi, że pieniądze napłyną do Polski lada chwila, ale jest to zwykłe kłamstwo. Które zresztą słyszymy też od 10 miesięcy. Bo jak na razie, to PIS nie potrafi nawet "dopisać" do własnego KPO tych punktów-deklaracji, których dopisania wciąż domaga się Bruksela, a które przez propagandę PIS są teraz nazywane "kamieniami milowymi". Słyszymy jakieś brednie o bliskim zawarciu porozumienia, tymczasem tu nie chodzi o żadne porozumienie z Unią! Tylko o złamanie oporu Ziobry... Bowiem te "kamienie milowe" są znane od dawna, one się w ogóle nie zmieniły! To tylko PIS próbuje nam wmówić, że coś "utargowało".

Nie chcą się przyznać do własnej porażki, bo diabli wiedzą, jakby to przełknęli ich najbardziej konserwatywni wyborcy. PIS mami ich więc postępami w negocjacjach z Brukselą, które w rzeczywistości właściwie się nie toczą. Bruksela, co miała powiedzieć, to powiedziała już w październiku 2021 r. Teraz więc czeka, a to PIS kręci się wokół własnego ogona i nie potrafi złamać Ziobry. A przecież przegłosowanie likwidacji Izby Dyscyplinarnej SN i reformy sądownictwa to będzie zaledwie pierwszy krok do odblokowania unijnych funduszy. Nasz KPO zostanie zatwierdzony, ale do Polski wcale nie popłynie automatycznie rzeka pieniędzy. Bruksela już nie jest taka głupia, jaka była 3-4 lata temu. Już nie uwierzą Kaczyńskiemu i Cepowi na słowo. KE wie, że ma niepowtarzalną możliwość trzymania Kaczyńskiego w szachu i zmuszania go do realnego działania. Więc KE poczeka cierpliwie, kiedy wymagane zmiany PIS wprowadzi w życie. I właśnie przy okazji wprowadzania tych zmian przed Nowogrodzką zaczną się piętrzyć wielkie problemy. Bo jakoś nie potrafię sobie wyobrazić Ziobry przywracającego do pracy sędziów Tulei, Juszczyszyna lub Gąciarka... Tak samo, jak nie potrafię sobie wyobrazić sytuacji, że Ziobro spokojnie patrzy na poddawanie swoich sędziowskich protegowanych obowiązkowym testom na niezależność i bezstronność. Lub że rozpędza na cztery strony świata neo-KRS, do której dopiero co wybrano 15 jego przydupasów. Dziś Kaczyński i Ziobro może i zgodzą się na żądania Brukseli. Dużo gorzej będzie z realizacją tych żądań... A to właśnie od tej realizacji zależy odblokowanie unijnych funduszy.

Dopóki nie ma miliardów Euro Kaczyński nie zdecyduje się na przyspieszone wybory. Nawet wtedy, gdyby w sondażach PIS miało 40% poparcia. Bo nawet przy takim poparciu niemal na pewno musieliby oddać władzę. Poza tym Kaczyński musi jeszcze przed wyborami zdążyć rozpieprzyć Konfederację i osłabić Ziobrę. To pierwsze wydaje się zadaniem dość prostym, bo Konfederacja rozpieprza się właśnie sama. Dużo trudniejsze będzie rozbicie lub całkowite podporządkowanie sobie partii Ziobry... Bowiem posłowie Ziobry potrzebni będą Kaczyńskiemu właśnie do uzyskania tych miliardów Euro, ale także do realizacji innego bardzo ważnego projektu. Od pewnego czasu media informują o planowanej przez Kaczyńskiego zmianie ordynacji wyborczej. Byłoby to typowe dla tej kanalii świństwo. Pod kątem własnych interesów politycznych zmienił już kodeks karny, zmienił setki ustaw, próbował zmienić Konstytucję, a gdy to nie wypaliło, to ją po prostu łamał. Teraz chce przewrócić do góry nogami ordynację wyborczą, by pomóc jakoś szczęściu i sztucznie zwiększyć szanse swojej partii na kolejną kadencję. Planowane zmiany nie mają żadnego uzasadnienia merytorycznego. Co więcej, Kaczyński chce w ordynacji wyborczej do Sejmu dokonać zmian dokładnie odwrotnych do zmian, jakie chce wprowadzić w ordynacji wyborczej do Senatu.

Kaczyński chce doprowadzić do sytuacji takiej, jaka ma miejsce na... Węgrzech. Gdzie partia Orbana, nawet jeśliby nieznacznie przegrała wybory, to i tak nadal sprawowałaby władzę. Dotychczasowe 41 okręgów (w wyborach Do Sejmu) ma być zastąpione aż 100 okręgami. To nie przypadek, że PIS jest w tej chwili w trakcie reorganizacji swoich struktur terenowych. Też byli podzieleni na 41 okręgów, a teraz będą podzieleni akurat na... 100. W planach Kaczyńskiego nie będzie już tak, że wszędzie wybieramy posłów na takiej samej zasadzie proporcjonalności! Ta zasada obowiązywałaby tylko w największych okręgach czyli w dużych miastach, gdzie PIS dostaje tradycyjnie wpierdol. Partia Kaczyńskiego przerżnie w Warszawie, Łodzi lub Poznaniu, ale część mandatów w tych okręgach zdobędzie, tak jak dotychczas. Ale za to mniejsze okręgi wyborcze Kaczyński chce zrobić jednomandatowymi! Oni wygrywają w większości małych miejscowości i wygrają zapewne także w większości małych okręgów. Cały wic polega na tym, że w tej większości małych okręgów, gdzie wygra PIS, opozycja nie zdobędzie ani jednego mandatu, bo jedyny mandat weźmie zwycięzca! Z kolei w wyborach do Senatu Kaczyński chce dokonać zmian dokładnie odwrotnych! Chce zmniejszyć liczbę okręgów ze 100 do 41 i zlikwidować ordynację jednomandatową, zastępując ją okręgami 2 lub 3 mandatowymi oraz proporcjonalnym systemem podziału mandatów.

Rzadko się zdarzało, by jakaś partia rządząca tak na chama i bezczelnie próbowała zmieniać ordynację wyborczą „pod siebie”. Rzygać się chce, jak się widzi to kombinowanie i mieszanie zasad ordynacji proporcjonalnej z jednomandatową w zależności od tego, gdzie PIS ma duże poparcie, a gdzie go nie ma. Tylko patrzeć, jak wymyślą zmianę, że do parlamentu mogą się dostać tylko kandydaci tej partii, której Prezes nazywa się Jarosław Kaczyński. I wtedy byłoby uczciwie, sprawiedliwie i demokratycznie… Ein Volk, ein Reich, ein Fürer. Czyli jak w putinowskiej Rosji. Dzięki planowanym zmianom w ordynacji PIS miałoby nie tylko duże szanse „odbić” Senat, ale także w wyborach do Sejmu zdobyć ok. 20-30 mandatów więcej, niż w wyborach przeprowadzonych na obecnych zasadach. Ale fakt, że Kaczyński ucieka się do takich karkołomnych, chamskich sztuczek świadczy o tym, jak bardzo niedowierza tym optymistycznym dla jego partii sondażom i jednak wątpi w zwycięstwo wyborcze. Zachowuje się nie jak lider partii, który jest pewny przyszłej wygranej, tylko jak satrapa, który wie, że w uczciwej rywalizacji poniesie klęskę i stara się jej wszelkimi metodami zapobiec. Panicznie boi się porażki, choć ma w swoich rękach prawie wszystkie instrumenty konieczne do wygranej, w tym także PKW i Izbę Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych SN, zatwierdzającą ważność wyborów.

Oczywiście taka zmiana ordynacji nie podoba się nikomu poza PIS-em, bo tylko PIS ona premiuje. Nie są zachwyceni nawet „baronowie” PIS-u, bowiem wskutek zmian w swoich partyjnych strukturach wielu z nich przestanie być „baronami”. Dla Lewicy, Ruchu 2050 lub PSL-u nowa ordynacja mogłaby oznaczać wyborczą katastrofę, zaś Ziobro byłby całkowicie zdany na łaskę lub niełaskę Kaczyńskiego. Nikt nie jest zainteresowany poparciem propozycji Prezesa poza różnymi „kukizami” i „mejzami”. Ciekawe, jak ta menda Kukiz, niby największy w Polsce zwolennik JOW-ów, będzie tłumaczyć swoje głosowanie za częściową likwidacją właśnie ordynacji jednomandatowej. Ważniejsze jest jednak to, co zrobi Ziobro. Bo bez jego poparcia Kaczyński nie ma co marzyć o zmianie ordynacji, a ta zmiana byłaby dla partii Ziobry zabójcza. Jestem pewien, że Kaczyński ma już serdecznie dość koalicji ze znienawidzonym „zerem”, a „zero” z Kaczyńskim. Możliwe jednak, że będą na siebie skazani także w najbliższych wyborach. Ziobro poprze zmiany w ordynacji wyborczej, a w zamian Kaczyński ponownie „przytuli” jego polityków na swoich listach wyborczych. Tyle tylko, że taki deal z Kaczyńskim będzie dla Ziobry szalenie ryzykowny. Bo jego posłowie musieliby poprzeć zmiany proponowane przez Kaczyńskiego już za kilka miesięcy. A listy wyborcze będą układane dopiero przed wyborami. I Ziobro nie ma żadnej gwarancji, że, gdy wywiąże się ze swojej części umowy, Kaczyński dotrzyma danego mu słowa. Nikt zresztą nie wie, jak za rok będą się układać ich wzajemne relacje i czy Kaczyński będzie w ogóle jeszcze nadal kierować PIS-em. Możliwe więc, że Ziobro za mniej ryzykowne od sojuszu z Prezesem uzna mariaż z rozpadającą się Konfederacją, bo tylko w sojuszu z nią widzieć będzie szanse na pokonanie progu wyborczego. Dopóki Bosak & Company mieli poparcie 7-9% koalicja wyborcza z Ziobrą nie była dla nich atrakcyjnym rozwiązaniem. Ale dziś Konfederacji zagląda w oczy widmo klęski wyborczej i mogą wraz z partią Ziobry stać się dla siebie takimi wzajemnymi kołami ratunkowymi. A w takiej sytuacji PIS-owskie plany zmiany ordynacji wyborczej spalą na panewce. Cdn.

[CC] Jacek Nikodem
(593/19-05-2022)

Pobierz PDF Wydrukuj