Czy ktoś uwierzy Kamińskiemu i Wąsikowi?!

Gdy ktoś przez całe swoje dorosłe życie tkwi w permanentnym kłamstwie, oszustwie, manipulacjach i balansowaniu na granicy prawa, a nawet daleko poza jego granicami, to trudno się dziwić, że w końcu nikt mu już nie ufa. Nawet wtedy, gdy czasami, choćby przez przypadek, powie prawdę lub zrobi coś dobrze. Dlatego, że słowa prawdy w ustach takiego człowieka lub jakiś jego dobry uczynek są czymś zupełnie niecodziennym, wręcz niewyobrażalnym…

Tak jest z wieloma politykami PIS, a właściwie to ze wszystkimi, zaś Kaczyński i Cep są tego najlepszym dowodem. Ale teraz nie chodzi mi o wiarygodność Prezesa lub Cepa, tylko dwóch wszechmocnych szefów resortu MSW i „bezpieki”: Kamińskiego oraz Wąsika. Głównie o ich wiarygodność w sprawie Pegasusa i nagłej śmierci ich podwładnego, szefa departamentu technik operacyjnych CBA…

Dziś to już nawet 5 sekcji zwłok zmarłego Piotra K., ani 5 opinii biegłych powołanych przez Ziobrę lub Kamińskiego, nie rozwieje przekonania wielu obywateli, że dyrektorowi CBA ktoś pomógł w tym nagłym zgonie... Tak samo jak 80 lat temu nikt nie uwierzyłby w zapewnienia Himmlera, że jakiś więzień Gestapo zmarł na zawał serca lub zapalenie płuc. Bowiem Himmler kojarzył się wszystkim z terrorem oraz masowym mordowaniem ludzi i śmierć więźnia z rąk gestapowców każdemu człowiekowi wydawała się wtedy najbardziej naturalna i oczywista. Himmler i jego siepacze solidnie zapracowali sobie na swoją sławę ludobójców. A z kolei Kamiński i Wąsik solidnie zapracowali sobie na swoją sławę wielokrotnych przestępców i wyjątkowych kanalii. Gdyby dziś powiedzieli prawdę nt. Pegasusa i okoliczności śmierci Piotra K., to by wszyscy pomyśleli, że albo się upili, albo zwariowali… Himmlerowi zupełnie obojętna była śmierć nawet tysiąca więźniów Gestapo. A na niekorzyść Ziobry i szefów MSW przemawia to, że im z kolei bardzo na rękę była śmierć ich podwładnego, którego zasób wiedzy, z racji sprawowanej w CBA funkcji, musiał być olbrzymi.

Oglądałem ostatnio reportaż o śmierci młodego mężczyzny w Koninie. Zastrzelił go policjant, podobno podczas pościgu. Sprawca i ofiara znali się wcześniej, podobno policjant w różny sposób prześladował tego mężczyznę. Policjant do dziś pozostaje w służbie… Prokuratura wystąpiła do biegłych sądowych o wydanie opinii nt. przebiegu tego zdarzenia. Konkretnie chodziło o stwierdzenie, czy policjant strzelał do chłopaka, gdy ten był zwrócony do niego przodem, czy też strzelił mu w plecy… Pierwsza opinia biegłych potwierdzała wersję, że strzał padł z tyłu, kiedy uciekający chłopak nie stanowił żadnego zagrożenia dla strzelającego policjanta. Świadczyły o tym rany wlotowa oraz wylotowa, a także ślady prochu właśnie na plecach zabitego. Ale taka wersja była niezgodna z oczekiwaniami dowódców Policji i prokuratorów Ziobry, bo zmusiłaby ich do postawienia policjantowi bardzo ciężkiego zarzutu nieumyślnego zabójstwa. Prokuratorzy szybko powołali więc drugiego biegłego – niejakiego Jarosława Berenta z Zakładu Medycyny Sądowej w Łodzi. Człowieka, którego postawa moralna i wiarygodność są takie same, jak moralność i wiarygodność Kamińskiego oraz Wąsika.

Nie dość, że dla podkomisji smoleńskiej Macierewicza pisał on przekonujące i żarliwe opinie opisujące szczegóły wymyślonego zamachu w Smoleńsku, to jeszcze sam ma teraz poważne prokuratorskie zarzuty w związku z jego pracą na stanowisku szefa ZMS w Łodzi: fałszowania czasu pracy, niejasności finansowe, przekraczania uprawnień, dorabiania sobie kosztem innych ekspertów itd. Ale zasłynął nie dzięki tym kantom i oszustwom w instytucji, którą do niedawna kierował. Tylko dzięki temu, że od kilku lat, ilekroć jakiś funkcjonariusz PIS-owskiego aparatu represji ma duże kłopoty z prawem, to właśnie Berentowi zlecane jest sporządzenie opinii, która by tego funkcjonariusza wybieliła… A już szczególnie „zasłużył” się w pomaganiu policjantom, którym podczas interwencji zdarzyło się zabić człowieka. Berent stał się dla nich takim niezawodnym „biegłym kołem ratunkowym”, jak było trzeba, to ślepym na jedno oko lub głuchym. Tak było m.in. przypadku zabójstwa na komisariacie Igora Stachowiaka, kiedy to Berent nie dopatrzył się żadnej winy funkcjonariuszy i za powód śmierci mężczyzny podał jakiś wyimaginowany "epizod excited delirium".

Nic więc dziwnego, że prokuratorzy z Konina, by ratować swojego kolesia policjanta, w te pędy zwrócili się o kolejną opinię właśnie do biegłego Berenta. No i biegły sądowy Berent nie zawiódł oczekiwań prokuratorów oraz samego policjanta… Ranę wlotową pocisku „przerobił” na wylotową, wylotową zaś na wlotową, nie zauważył także śladów prochu na plecach zabitego. I stworzył wspaniałą ekspertyzę, wg której chłopak miał się podczas ucieczki nagle odwrócić w stronę ścigającego go policjanta i go zaatakować! Czyli biedny policjant strzelał w samoobronie… Oszustwo było tak chamskie i bezczelne (m.in. sprzeczne z zeznaniami świadków), że nawet dla prokuratorów z Konina okazało się nie do strawienia. Tym bardziej, że po apelu rodziny zamordowanego podniósł się krzyk w mediach. Bo media już zdążyły wywęszyć, że nie była to pierwsza opinia biegłego Berenta, która z ofiary robi winnego, a z umundurowanych morderców – niewiniątka. Dziennikarze zaczęli wyciągać na światło dzienne kolejne taki przypadki i okazało się, że gdy chodziło o śmierć człowieka w wyniku działania funkcjonariuszy reżimu, spośród ponad 100 biegłych sądowych w Polsce, dziwnym trafem wybierano bardzo często właśnie tego jednego. I zawsze jego ekspertyzy były bardzo korzystne dla podejrzanych. Rozszedł się smród, którego nie dało się już ukryć… Koniec końców zwrócono się do kolejnego sądowego biegłego i jego ocena sytuacji była zgodna z pierwszą opinią, policjant będzie więc odpowiadać za nieumyślne zabójstwo i przekroczenie uprawnień. A ta menda Berent skompromitował się już ostatecznie.

Opisałem dość dokładnie przypadek pewnego biegłego sądowego, który, gdy tego sobie tylko zażyczyła Nowogrodzka, potrafił nawet „pomylić” rany wlotową i wylotową w ciele ofiary, a ślady prochu po prostu... przeoczył. Skoro dla zatuszowania zbrodni zwykłych policyjnych „krawężników” (z Konina, Wrocławia, Lubina itd.) władza ucieka się do takich obrzydliwych fałszerstw i przestępczych szwindli, to co się będzie dziać, gdy organa ścigania „państwa PIS” zaczną zajmować się (związanymi z wykorzystywaniem Pegasusa) przestępstwami członków politycznej "wierchuszki": Kamińskiego, Wąsika, Ziobry, Wosia i innych? Przecież jest oczywiste, że na ekspertów (biegłych) powołają właśnie takich "berentów", a na świadków osoby, na które Kamiński lub Ziobro mają mocne "haki". W dodatku do oczyszczania przestępców z zarzutów zaangażowana zostanie cała propagandowa machina państwa z "Kurwskim", Holecką, Adamczykiem i Rachoniem na czele...

Można być pewnym, że osób, które uzyskają potwierdzenie, że je inwigilowano, będzie przybywać. I nie będą to osoby mało znane, tylko takie z pierwszych stron gazet i to wcale nie z rubryk kryminalnych. Może się okazać, że wśród tych inwigilowanych prawie w ogóle nie ma prawdziwych przestępców! Tylko politycy, sędziowie, samorządowcy... Mam wrażenie, że pewnego dnia wybuchnie kolejna bomba i dowiemy się, że zhakowano także telefony niektórych czołowych polityków Nowogrodzkiej. Okaże się, że Pegasus służył nie tylko do inwigilowania opozycji i wygrywania wyborów, ale również do walki o władzę i wpływy w samym PIS. Trudno będzie się wytłumaczyć Kamińskiemu i Wąsikowi z faktu inwigilowania np. Cepa, Dworczyka lub Szydłowej... Już zresztą dziś największym problemem Nowogrodzkiej nie jest to, że Pegasusem inwigilowano Brejzę i Giertycha, Misiewicza i Jackiewicza. Bo w ich sprawach PIS-owska prokuratura prowadzi od dawna śledztwa, więc od biedy Kamiński i Wąsik mogą się tłumaczyć, że Pegasus miał tylko dostarczyć niezbite dowody popełnienia przez nich przestępstw. Dużo większym problemem PIS-u jest to, że nielegalnie inwigilowali także prokurator Wrzosek, wobec której nikt nigdy nie wysnuwał żadnych zarzutów lub choćby sugestii złamania przez nią prawa...

Kamiński i Wąsik od 15 lat są Kaczyńskiemu niezbędni. To filary jego dyktatury. Jego „oczy”, jego „uszy” i tysiące "haków" zarówno na swoich, jak i na przeciwników politycznych. Skoro w 2015r. "główka prącia Prezesa", w jednej z pierwszych(!) swoich decyzji jako głowy państwa, zdecydował się złamać prawo ułaskawiając ich obu, to o czymś świadczy... Kamiński może się upijać w trupa nawet dwa razy dziennie, a i tak pozostaje niezatapialny. Bo Kaczyński trzyma go na czele aparatu terroru nie po to, by był trzeźwy. Kamiński i Wąsik mają być bezwzględnie lojalni, a także bezwzględni w zwalczaniu przeciwników Prezesa i partii. Jako wielokrotni przestępcy nadają się do tego celu idealnie, bo im jest już ganc egal, czy mają na koncie 10 przestępstw, czy 50... Popełnianie przestępstw stało się ich żywiołem. Podejmą się więc każdego świństwa, prowokacji i fałszerstwa, bo dla tych degeneratów to już codzienna rutyna. Tak jak dla Himmlera zwykłą rutyną było wysyłanie milionów ludzi do komór gazowych.

PIS-owcy, obsadzając swoimi ludźmi CBA, Policję i prokuraturę, sami sprowadzili do zera wiarygodność ich śledztw w sprawach, w których podejrzanymi są wysocy funkcjonariusze partii. Pokazały to choćby pozorowane prokuratorskie postępowania w sprawach: „dwóch wież”, zakupu respiratorów, organizacji wyborów kopertowych lub afery hejterskiej w ministerstwie Ziobry. Równa zeru jest również wiara w bezstronność i rzetelność powoływanych przez PIS ekspertów (patrz - opinie rzekomych „pięciu prawników” po decyzji Witek o reasumpcji sejmowego głosowania lub w sprawie zgodności z Konstytucją wyborów kopertowych). Ale także wiarygodność świadków (patrz – śledztwo w sprawie Marszałka Grodzkiego). Tak samo będzie w sprawie Pegasusa, w której przecież fakt popełnienia ciężkich przestępstw nie podlega dyskusji. Wszystko zresztą zaczęło się od przestępstwa, jakim było bezprawne przelanie przez Ziobrę milionów z konta Funduszu Sprawiedliwości na konto CBA. Ale przecież śledczy, czy to z prokuratury, czy ze służb, nie będą dążyć do zebrania dowodów i ujawnienia szokującej prawdy. Szybko zostaliby odsunięci od prowadzenia śledztwa i złamałoby to ich kariery. Będą więc dążyć do zaspokojenia oczekiwań swoich szefów… A ci szefowie oczekują, że zostaną oczyszczeni z zarzutów i całej aferze zostanie ukręcony łeb już na etapie postępowania prokuratorskiego! Sprawa Pegasusa nie może trafić na salę sądową, bo z sędziami nigdy nie wiadomo, jaki numer wywiną… I nie będzie mieć dla śledczych żadnego znaczenia, że te oczekiwania ich szefów są dokładnie odwrotne do oczekiwań polskiego społeczeństwa.

Nadzieje na powołanie komisji śledczej i wyjaśnienie tej gigantycznej afery są dziś bardzo duże. Ale wcale nie wygranie głosowania w Sejmie i utworzenie komisji będą najtrudniejsze. Nawet jeśli ona powstanie, to będzie musiała działać w warunkach „państwa PIS”! Tak więc od pierwszego dnia będzie mieć przeciwko sobie cały aparat państwa, z mediami włącznie. A istotą takich komisji jest nie tylko wyjaśnienie okoliczności afery, ale także ich nagłośnienie. To rozgłos medialny, jaki towarzyszył badaniu afery Rywina, stał się gwoździem do trumny rządów SLD, a nie tylko jej raport końcowy. Można się zatem spodziewać, w najlepszym wypadku, bojkotowania lub ignorowania prac komisji przez aparat „państwa PIS” i reżimową propagandę. A w najgorszym wypadku sabotowania jej działań, zasłaniania się tajnością materiałów, rzucania kłód pod nogi polegającego na dezorganizowaniu i maksymalnym opóźnianiu jej prac. Koniec końców zresztą materiały zebrane przez komisję trafią do… prokuratury. Co rusz trafiają do niej miażdżące dla Nowogrodzkiej raporty NIK i co z tego? Prokuratorzy Ziobry wrzucają je do najgłębszej szuflady i tyle jest z nich jak na razie pożytku…

Już dziś trwa z pewnością gorączkowe usuwanie kompromitujących materiałów z komputerów oraz archiwów MSW, CBA i ministerstwa Ziobry. Ale nie wszystko można usunąć… Są dokumenty, które muszą być na miejscu, choćby faktury, wykazy osób inwigilowanych, czas trwania inwigilacji, protokoły z tej inwigilacji, zgoda sądu na użycie Pegasusa itd. Część z nich da się sfałszować, ale część nie. Nie można, ot tak, usunąć kilku nazwisk z listy osób inwigilowanych, bo a nuż ci ludzie wejdą w posiadanie dowodów, że byli inwigilowani i wówczas fałszerstwo wyjdzie na jaw. I wtedy bekną nie tylko ci, którzy ich inwigilowali, ale także ci, którzy usunęli ich nazwiska z wykazu. Więc ten, kto teraz będzie niszczyć lub fałszować materiały z Pegasusa, musi się liczyć z tym, że kiedyś to zostanie odkryte. Każde kolejne przestępstwo zwiększa ryzyko przyszłej wpadki. No i dużo łatwiej jest sfałszować lub zniszczyć materiały, niż sfałszować lub zniszczyć… ludzką pamięć. Gdy kiedyś ci obecnie niszczący dowody przestępstw sami zostaną oskarżeni o niszczenie tych dowodów, wtedy niemal na pewno, byle tylko zrzucić z siebie odpowiedzialność, wyjawią, kto wydał im polecenie niszczenia dowodów...

[CC] Jacek Nikodem

Czy ktoś uwierzy Kamińskiemu i Wąsikowi?!

Gdy ktoś przez całe swoje dorosłe życie tkwi w permanentnym kłamstwie, oszustwie, manipulacjach i balansowaniu na granicy prawa, a nawet daleko poza jego granicami, to trudno się dziwić, że w końcu nikt mu już nie ufa. Nawet wtedy, gdy czasami, choćby przez przypadek, powie prawdę lub zrobi coś dobrze. Dlatego, że słowa prawdy w ustach takiego człowieka lub jakiś jego dobry uczynek są czymś zupełnie niecodziennym, wręcz niewyobrażalnym…

Tak jest z wieloma politykami PIS, a właściwie to ze wszystkimi, zaś Kaczyński i Cep są tego najlepszym dowodem. Ale teraz nie chodzi mi o wiarygodność Prezesa lub Cepa, tylko dwóch wszechmocnych szefów resortu MSW i „bezpieki”: Kamińskiego oraz Wąsika. Głównie o ich wiarygodność w sprawie Pegasusa i nagłej śmierci ich podwładnego, szefa departamentu technik operacyjnych CBA…

Dziś to już nawet 5 sekcji zwłok zmarłego Piotra K., ani 5 opinii biegłych powołanych przez Ziobrę lub Kamińskiego, nie rozwieje przekonania wielu obywateli, że dyrektorowi CBA ktoś pomógł w tym nagłym zgonie... Tak samo jak 80 lat temu nikt nie uwierzyłby w zapewnienia Himmlera, że jakiś więzień Gestapo zmarł na zawał serca lub zapalenie płuc. Bowiem Himmler kojarzył się wszystkim z terrorem oraz masowym mordowaniem ludzi i śmierć więźnia z rąk gestapowców każdemu człowiekowi wydawała się wtedy najbardziej naturalna i oczywista. Himmler i jego siepacze solidnie zapracowali sobie na swoją sławę ludobójców. A z kolei Kamiński i Wąsik solidnie zapracowali sobie na swoją sławę wielokrotnych przestępców i wyjątkowych kanalii. Gdyby dziś powiedzieli prawdę nt. Pegasusa i okoliczności śmierci Piotra K., to by wszyscy pomyśleli, że albo się upili, albo zwariowali… Himmlerowi zupełnie obojętna była śmierć nawet tysiąca więźniów Gestapo. A na niekorzyść Ziobry i szefów MSW przemawia to, że im z kolei bardzo na rękę była śmierć ich podwładnego, którego zasób wiedzy, z racji sprawowanej w CBA funkcji, musiał być olbrzymi.

Oglądałem ostatnio reportaż o śmierci młodego mężczyzny w Koninie. Zastrzelił go policjant, podobno podczas pościgu. Sprawca i ofiara znali się wcześniej, podobno policjant w różny sposób prześladował tego mężczyznę. Policjant do dziś pozostaje w służbie… Prokuratura wystąpiła do biegłych sądowych o wydanie opinii nt. przebiegu tego zdarzenia. Konkretnie chodziło o stwierdzenie, czy policjant strzelał do chłopaka, gdy ten był zwrócony do niego przodem, czy też strzelił mu w plecy… Pierwsza opinia biegłych potwierdzała wersję, że strzał padł z tyłu, kiedy uciekający chłopak nie stanowił żadnego zagrożenia dla strzelającego policjanta. Świadczyły o tym rany wlotowa oraz wylotowa, a także ślady prochu właśnie na plecach zabitego. Ale taka wersja była niezgodna z oczekiwaniami dowódców Policji i prokuratorów Ziobry, bo zmusiłaby ich do postawienia policjantowi bardzo ciężkiego zarzutu nieumyślnego zabójstwa. Prokuratorzy szybko powołali więc drugiego biegłego – niejakiego Jarosława Berenta z Zakładu Medycyny Sądowej w Łodzi. Człowieka, którego postawa moralna i wiarygodność są takie same, jak moralność i wiarygodność Kamińskiego oraz Wąsika.

Nie dość, że dla podkomisji smoleńskiej Macierewicza pisał on przekonujące i żarliwe opinie opisujące szczegóły wymyślonego zamachu w Smoleńsku, to jeszcze sam ma teraz poważne prokuratorskie zarzuty w związku z jego pracą na stanowisku szefa ZMS w Łodzi: fałszowania czasu pracy, niejasności finansowe, przekraczania uprawnień, dorabiania sobie kosztem innych ekspertów itd. Ale zasłynął nie dzięki tym kantom i oszustwom w instytucji, którą do niedawna kierował. Tylko dzięki temu, że od kilku lat, ilekroć jakiś funkcjonariusz PIS-owskiego aparatu represji ma duże kłopoty z prawem, to właśnie Berentowi zlecane jest sporządzenie opinii, która by tego funkcjonariusza wybieliła… A już szczególnie „zasłużył” się w pomaganiu policjantom, którym podczas interwencji zdarzyło się zabić człowieka. Berent stał się dla nich takim niezawodnym „biegłym kołem ratunkowym”, jak było trzeba, to ślepym na jedno oko lub głuchym. Tak było m.in. przypadku zabójstwa na komisariacie Igora Stachowiaka, kiedy to Berent nie dopatrzył się żadnej winy funkcjonariuszy i za powód śmierci mężczyzny podał jakiś wyimaginowany "epizod excited delirium".

Nic więc dziwnego, że prokuratorzy z Konina, by ratować swojego kolesia policjanta, w te pędy zwrócili się o kolejną opinię właśnie do biegłego Berenta. No i biegły sądowy Berent nie zawiódł oczekiwań prokuratorów oraz samego policjanta… Ranę wlotową pocisku „przerobił” na wylotową, wylotową zaś na wlotową, nie zauważył także śladów prochu na plecach zabitego. I stworzył wspaniałą ekspertyzę, wg której chłopak miał się podczas ucieczki nagle odwrócić w stronę ścigającego go policjanta i go zaatakować! Czyli biedny policjant strzelał w samoobronie… Oszustwo było tak chamskie i bezczelne (m.in. sprzeczne z zeznaniami świadków), że nawet dla prokuratorów z Konina okazało się nie do strawienia. Tym bardziej, że po apelu rodziny zamordowanego podniósł się krzyk w mediach. Bo media już zdążyły wywęszyć, że nie była to pierwsza opinia biegłego Berenta, która z ofiary robi winnego, a z umundurowanych morderców – niewiniątka. Dziennikarze zaczęli wyciągać na światło dzienne kolejne taki przypadki i okazało się, że gdy chodziło o śmierć człowieka w wyniku działania funkcjonariuszy reżimu, spośród ponad 100 biegłych sądowych w Polsce, dziwnym trafem wybierano bardzo często właśnie tego jednego. I zawsze jego ekspertyzy były bardzo korzystne dla podejrzanych. Rozszedł się smród, którego nie dało się już ukryć… Koniec końców zwrócono się do kolejnego sądowego biegłego i jego ocena sytuacji była zgodna z pierwszą opinią, policjant będzie więc odpowiadać za nieumyślne zabójstwo i przekroczenie uprawnień. A ta menda Berent skompromitował się już ostatecznie.

Opisałem dość dokładnie przypadek pewnego biegłego sądowego, który, gdy tego sobie tylko zażyczyła Nowogrodzka, potrafił nawet „pomylić” rany wlotową i wylotową w ciele ofiary, a ślady prochu po prostu... przeoczył. Skoro dla zatuszowania zbrodni zwykłych policyjnych „krawężników” (z Konina, Wrocławia, Lubina itd.) władza ucieka się do takich obrzydliwych fałszerstw i przestępczych szwindli, to co się będzie dziać, gdy organa ścigania „państwa PIS” zaczną zajmować się (związanymi z wykorzystywaniem Pegasusa) przestępstwami członków politycznej "wierchuszki": Kamińskiego, Wąsika, Ziobry, Wosia i innych? Przecież jest oczywiste, że na ekspertów (biegłych) powołają właśnie takich "berentów", a na świadków osoby, na które Kamiński lub Ziobro mają mocne "haki". W dodatku do oczyszczania przestępców z zarzutów zaangażowana zostanie cała propagandowa machina państwa z "Kurwskim", Holecką, Adamczykiem i Rachoniem na czele...

Można być pewnym, że osób, które uzyskają potwierdzenie, że je inwigilowano, będzie przybywać. I nie będą to osoby mało znane, tylko takie z pierwszych stron gazet i to wcale nie z rubryk kryminalnych. Może się okazać, że wśród tych inwigilowanych prawie w ogóle nie ma prawdziwych przestępców! Tylko politycy, sędziowie, samorządowcy... Mam wrażenie, że pewnego dnia wybuchnie kolejna bomba i dowiemy się, że zhakowano także telefony niektórych czołowych polityków Nowogrodzkiej. Okaże się, że Pegasus służył nie tylko do inwigilowania opozycji i wygrywania wyborów, ale również do walki o władzę i wpływy w samym PIS. Trudno będzie się wytłumaczyć Kamińskiemu i Wąsikowi z faktu inwigilowania np. Cepa, Dworczyka lub Szydłowej... Już zresztą dziś największym problemem Nowogrodzkiej nie jest to, że Pegasusem inwigilowano Brejzę i Giertycha, Misiewicza i Jackiewicza. Bo w ich sprawach PIS-owska prokuratura prowadzi od dawna śledztwa, więc od biedy Kamiński i Wąsik mogą się tłumaczyć, że Pegasus miał tylko dostarczyć niezbite dowody popełnienia przez nich przestępstw. Dużo większym problemem PIS-u jest to, że nielegalnie inwigilowali także prokurator Wrzosek, wobec której nikt nigdy nie wysnuwał żadnych zarzutów lub choćby sugestii złamania przez nią prawa...

Kamiński i Wąsik od 15 lat są Kaczyńskiemu niezbędni. To filary jego dyktatury. Jego „oczy”, jego „uszy” i tysiące "haków" zarówno na swoich, jak i na przeciwników politycznych. Skoro w 2015r. "główka prącia Prezesa", w jednej z pierwszych(!) swoich decyzji jako głowy państwa, zdecydował się złamać prawo ułaskawiając ich obu, to o czymś świadczy... Kamiński może się upijać w trupa nawet dwa razy dziennie, a i tak pozostaje niezatapialny. Bo Kaczyński trzyma go na czele aparatu terroru nie po to, by był trzeźwy. Kamiński i Wąsik mają być bezwzględnie lojalni, a także bezwzględni w zwalczaniu przeciwników Prezesa i partii. Jako wielokrotni przestępcy nadają się do tego celu idealnie, bo im jest już ganc egal, czy mają na koncie 10 przestępstw, czy 50... Popełnianie przestępstw stało się ich żywiołem. Podejmą się więc każdego świństwa, prowokacji i fałszerstwa, bo dla tych degeneratów to już codzienna rutyna. Tak jak dla Himmlera zwykłą rutyną było wysyłanie milionów ludzi do komór gazowych.

PIS-owcy, obsadzając swoimi ludźmi CBA, Policję i prokuraturę, sami sprowadzili do zera wiarygodność ich śledztw w sprawach, w których podejrzanymi są wysocy funkcjonariusze partii. Pokazały to choćby pozorowane prokuratorskie postępowania w sprawach: „dwóch wież”, zakupu respiratorów, organizacji wyborów kopertowych lub afery hejterskiej w ministerstwie Ziobry. Równa zeru jest również wiara w bezstronność i rzetelność powoływanych przez PIS ekspertów (patrz - opinie rzekomych „pięciu prawników” po decyzji Witek o reasumpcji sejmowego głosowania lub w sprawie zgodności z Konstytucją wyborów kopertowych). Ale także wiarygodność świadków (patrz – śledztwo w sprawie Marszałka Grodzkiego). Tak samo będzie w sprawie Pegasusa, w której przecież fakt popełnienia ciężkich przestępstw nie podlega dyskusji. Wszystko zresztą zaczęło się od przestępstwa, jakim było bezprawne przelanie przez Ziobrę milionów z konta Funduszu Sprawiedliwości na konto CBA. Ale przecież śledczy, czy to z prokuratury, czy ze służb, nie będą dążyć do zebrania dowodów i ujawnienia szokującej prawdy. Szybko zostaliby odsunięci od prowadzenia śledztwa i złamałoby to ich kariery. Będą więc dążyć do zaspokojenia oczekiwań swoich szefów… A ci szefowie oczekują, że zostaną oczyszczeni z zarzutów i całej aferze zostanie ukręcony łeb już na etapie postępowania prokuratorskiego! Sprawa Pegasusa nie może trafić na salę sądową, bo z sędziami nigdy nie wiadomo, jaki numer wywiną… I nie będzie mieć dla śledczych żadnego znaczenia, że te oczekiwania ich szefów są dokładnie odwrotne do oczekiwań polskiego społeczeństwa.

Nadzieje na powołanie komisji śledczej i wyjaśnienie tej gigantycznej afery są dziś bardzo duże. Ale wcale nie wygranie głosowania w Sejmie i utworzenie komisji będą najtrudniejsze. Nawet jeśli ona powstanie, to będzie musiała działać w warunkach „państwa PIS”! Tak więc od pierwszego dnia będzie mieć przeciwko sobie cały aparat państwa, z mediami włącznie. A istotą takich komisji jest nie tylko wyjaśnienie okoliczności afery, ale także ich nagłośnienie. To rozgłos medialny, jaki towarzyszył badaniu afery Rywina, stał się gwoździem do trumny rządów SLD, a nie tylko jej raport końcowy. Można się zatem spodziewać, w najlepszym wypadku, bojkotowania lub ignorowania prac komisji przez aparat „państwa PIS” i reżimową propagandę. A w najgorszym wypadku sabotowania jej działań, zasłaniania się tajnością materiałów, rzucania kłód pod nogi polegającego na dezorganizowaniu i maksymalnym opóźnianiu jej prac. Koniec końców zresztą materiały zebrane przez komisję trafią do… prokuratury. Co rusz trafiają do niej miażdżące dla Nowogrodzkiej raporty NIK i co z tego? Prokuratorzy Ziobry wrzucają je do najgłębszej szuflady i tyle jest z nich jak na razie pożytku…

Już dziś trwa z pewnością gorączkowe usuwanie kompromitujących materiałów z komputerów oraz archiwów MSW, CBA i ministerstwa Ziobry. Ale nie wszystko można usunąć… Są dokumenty, które muszą być na miejscu, choćby faktury, wykazy osób inwigilowanych, czas trwania inwigilacji, protokoły z tej inwigilacji, zgoda sądu na użycie Pegasusa itd. Część z nich da się sfałszować, ale część nie. Nie można, ot tak, usunąć kilku nazwisk z listy osób inwigilowanych, bo a nuż ci ludzie wejdą w posiadanie dowodów, że byli inwigilowani i wówczas fałszerstwo wyjdzie na jaw. I wtedy bekną nie tylko ci, którzy ich inwigilowali, ale także ci, którzy usunęli ich nazwiska z wykazu. Więc ten, kto teraz będzie niszczyć lub fałszować materiały z Pegasusa, musi się liczyć z tym, że kiedyś to zostanie odkryte. Każde kolejne przestępstwo zwiększa ryzyko przyszłej wpadki. No i dużo łatwiej jest sfałszować lub zniszczyć materiały, niż sfałszować lub zniszczyć… ludzką pamięć. Gdy kiedyś ci obecnie niszczący dowody przestępstw sami zostaną oskarżeni o niszczenie tych dowodów, wtedy niemal na pewno, byle tylko zrzucić z siebie odpowiedzialność, wyjawią, kto wydał im polecenie niszczenia dowodów...

[CC] Jacek Nikodem
(562/25-01-2022)

Pobierz PDF Wydrukuj