Widmo Gierka

Widmo krąży nad Polską, widmo Edwarda Gierka. Kilkoro moich znajomych wrzuciło właśnie krótką, ilustrowaną hagiografię św. Edwarda, o tym jak to budował i budował, a Polska rosła w siłę, zaś ludziom żyło się dostatniej.

Przypomnijmy zatem jak to wyglądało. Rzeczywiście, w latach 1970-1976 stan polskiej gospodarki szybko się poprawiał, głównie za sprawą rosnących pensji oraz dużych inwestycji. Wtedy powstały m.in. Huta Katowice, Rafineria Gdańska, Port Północny; w TVP grała ABBA, fabryki w Tychach i Bielsku-Białej produkowały samochód dla Kowalskiego, a nowe osiedla powstawały jak grzyby po deszczu.

Tyle że wszystko finansowane było zachodnimi kredytami i wszystko było licencyjne. Jednocześnie w warunkach niskoinnowacyjnej, zarządzanej przez partyjnych sekretarzy gospodarki, przemysł miał niską wydajność, a produkty były kiepskiej jakości. Pomysł "kupujemy licencje, które spłacimy produktami eksportowanymi na Zachód" (Massey-Ferguson, Berliet, Fiat) nie wypalił - po kryzysie naftowym Zachód nie chciał przestarzałych, niskiej jakości produktów.

W 1976 wszystko się zachwiało. W całym kraju odbyły się demonstracje, gdy radykalnie w górę poszły ceny podstawowych towarów. Wykonano tzw. manewr ekonomiczny, zatrzymując niektóre wielkie, bezsensowne budowy, ale było za późno - gospodarka PRL-u zaczęła się zwijać. W 1979, po tzw. "zimie stulecia", gierkowski cud gospodarczy ostatecznie zbankrutował. W 1980 roku same odsetki od kredytów zaciągniętych przez Gierka wynosiły 40% polskich wpływów dewizowych, a te uzyskiwano głównie z surowców, przede wszystkim węgla. Wydobywanego coraz bardziej rabunkowymi metodami i z pogwałceniem zasad bezpieczeństwa. Na skutki nie trzeba było długo czekać - wybuchł kryzys, potem Solidarność, później stan wojenny, a potem miała miejsce "zmarnowana dekada" lat 80-tych. Którą zapamiętałem akurat bardzo dobrze, bo byłem wtedy nastolatkiem. Była to dekada represji, kolejek, kartek, szarzyzny, tępej propagandy i masowej emigracji Polaków. Trzeba na nią patrzeć jako na rachunek wystawiony przez ekonomię za politykę Gierka.

Po 1989 roku, dzięki amerykańskiemu sekretarzowi skarbu, Nicholasowi Brady'emu, dług z czasów Gierka został w połowie darowany, a w połowie zamieniony na długoterminowe, gwarantowane przez amerykański rząd obligacje. Gdyby Polacy rozumieli więcej z otaczającego ich świata, w miastach powinny stać pomniki nie Jana Pawła II, a George'a Busha (który do tej transakcji doprowadził), a filmy powinni kręcić nie o Gierku, a o Bradym właśnie.

Chude i ponure lata 80-te były więc prostą konsekwencją "złotych" lat 70-tych. A piszę to głównie dlatego, że gospodarka Morawieckiego, jako żywo przypomina gospodarkę Gierka. Finansowanie wzrostu długiem; wielkie, państwowe inwestycje prowadzone bez biznesplanu, za to z wielkim przytupem; partyjni Szmaciakowie na czele przedsiębiorstw; tajna policja podsłuchująca dysydentów. W telewizji festiwale, na które za wielkie pieniądze ściągane są zagraniczne gwiazdy, aby odwrócić uwagę od szalejącej drożyzny. A w TVP ta sama propaganda sukcesu i szczucie na "warchołów i wichrzycieli" z opozycji, jako żywo przypominające komentarze po wydarzeniach w 1976.

Ile warte był owe "wspaniałe" inwestycje, dobitnie pokazał rok 1989. Polska była wtedy bankrutem, przemysł był całkowicie zdekapitalizowany; wbrew temu, co mówi jedna (nacjonalistyczna) i druga (progresywna) lewica nie dało się utrzymać zatrudnienia i bolesne reformy Balcerowicza sprawiły, że Polska szybko wróciła na ścieżkę wzrostu, a zamożność społeczeństwa podniosła się we wszystkich grupach - choć jednocześnie powiększyły się nierówności. Kraje, gdzie takich reform nie przeprowadzono (Ukraina, Meksyk, Serbia, Wenezuela) dzisiaj są w znacznie gorszym miejscu niż kraje, które takie terapie wdrożyły (Polska, Rumunia, Chile).

Czas na analogie. Dług za PiS-u wzrósł dwukrotnie; oprocentowanie polskich obligacji wzrosło do 4%. Dla porównania, greckie "chodzą" po 1,5%, a mówimy o kraju, który niedawno przeszedł przez drastyczny program oszczędnościowy. Chorwackie po 0,7%. W miarę, jak będzie rolowany polski dług, drastycznie wzrosną koszty jego obsługi. Oficjalny dług Polski w PLN (ten niewyrzucony poza budżet, np. do funduszy celowych oraz PFR), wynosi 850 mld złotych, realny ponad bilion. 4% od biliona to 40 mld złotych rocznie. Za samą obsługę. Nie mówiąc o długu w walutach obcych, za który trzeba będzie płacić mniej więcej 1/4. Tych 60 mld rocznie nie będzie na szkoły, koleje, służbę zdrowia, programy społeczne, obronność. Tyle że gdyby miało się zatrzymać na 4%, już powinniśmy wdrażać reformy; tymczasem rząd udaje, że problemu nie ma.

Jeśli więc snuć analogie, po sześciu latach, dokładnie tak samo jak u Gierka, przyszły rachunki za (pozorny w dużej mierze) wzrost finansowany długiem i faraoniczne, zarządzane przez partyjnych sekretarzy, budowy socjalizmu w narodowo-katolickim wydaniu. Aktualnie mamy rok 1976 - drastycznie wzrosły ceny, ludzie mają dosyć, nawet twardy elektorat odwraca się od PiS. Nasz Edward Gierek, czyli Morawiecki, traci grunt pod nogami, ale nie może wyrzucić Jaroszewicza, bo sam jest Jaroszewiczem. Kaczyński - człowiek o horyzontach i mentalności Gomułki (tutaj analogia historyczna się załamuje) - nie ma pomysłu na ciąg dalszy, poza tym, że może będzie wojna i nie trzeba będzie płacić rachunków za złe rządy. Może jednak jej nie będzie, ale wtedy czeka nas bankructwo, potem rządy Jaruzelskiego (Ziobro już stoi w bloczkach, próbując wyprowadzić Polskę z Unii i urządzić tutaj prywatny folwark), a potem już z górki: kolejny Balcerowicz. Tyle że po drodze Polska stanie się krajem upadłym, jak dzisiaj np. Mołdawia.

No chyba że to uniemożliwimy. Ciągle jest szansa; geopolityka sprzyja nam teraz bardziej niż kiedyś i tlą się resztki instytucji demokratycznych, niezaoranych przez PiS. Nie wiem jak będzie, ale z całą pewnością nie należy Gierka i jego dekady (a de facto 6 lat) podawać jako wzoru do naśladowania.

[CC] Jakub Chabik

Widmo Gierka

Widmo krąży nad Polską, widmo Edwarda Gierka. Kilkoro moich znajomych wrzuciło właśnie krótką, ilustrowaną hagiografię św. Edwarda, o tym jak to budował i budował, a Polska rosła w siłę, zaś ludziom żyło się dostatniej.

Przypomnijmy zatem jak to wyglądało. Rzeczywiście, w latach 1970-1976 stan polskiej gospodarki szybko się poprawiał, głównie za sprawą rosnących pensji oraz dużych inwestycji. Wtedy powstały m.in. Huta Katowice, Rafineria Gdańska, Port Północny; w TVP grała ABBA, fabryki w Tychach i Bielsku-Białej produkowały samochód dla Kowalskiego, a nowe osiedla powstawały jak grzyby po deszczu.

Tyle że wszystko finansowane było zachodnimi kredytami i wszystko było licencyjne. Jednocześnie w warunkach niskoinnowacyjnej, zarządzanej przez partyjnych sekretarzy gospodarki, przemysł miał niską wydajność, a produkty były kiepskiej jakości. Pomysł "kupujemy licencje, które spłacimy produktami eksportowanymi na Zachód" (Massey-Ferguson, Berliet, Fiat) nie wypalił - po kryzysie naftowym Zachód nie chciał przestarzałych, niskiej jakości produktów.

W 1976 wszystko się zachwiało. W całym kraju odbyły się demonstracje, gdy radykalnie w górę poszły ceny podstawowych towarów. Wykonano tzw. manewr ekonomiczny, zatrzymując niektóre wielkie, bezsensowne budowy, ale było za późno - gospodarka PRL-u zaczęła się zwijać. W 1979, po tzw. "zimie stulecia", gierkowski cud gospodarczy ostatecznie zbankrutował. W 1980 roku same odsetki od kredytów zaciągniętych przez Gierka wynosiły 40% polskich wpływów dewizowych, a te uzyskiwano głównie z surowców, przede wszystkim węgla. Wydobywanego coraz bardziej rabunkowymi metodami i z pogwałceniem zasad bezpieczeństwa. Na skutki nie trzeba było długo czekać - wybuchł kryzys, potem Solidarność, później stan wojenny, a potem miała miejsce "zmarnowana dekada" lat 80-tych. Którą zapamiętałem akurat bardzo dobrze, bo byłem wtedy nastolatkiem. Była to dekada represji, kolejek, kartek, szarzyzny, tępej propagandy i masowej emigracji Polaków. Trzeba na nią patrzeć jako na rachunek wystawiony przez ekonomię za politykę Gierka.

Po 1989 roku, dzięki amerykańskiemu sekretarzowi skarbu, Nicholasowi Brady'emu, dług z czasów Gierka został w połowie darowany, a w połowie zamieniony na długoterminowe, gwarantowane przez amerykański rząd obligacje. Gdyby Polacy rozumieli więcej z otaczającego ich świata, w miastach powinny stać pomniki nie Jana Pawła II, a George'a Busha (który do tej transakcji doprowadził), a filmy powinni kręcić nie o Gierku, a o Bradym właśnie.

Chude i ponure lata 80-te były więc prostą konsekwencją "złotych" lat 70-tych. A piszę to głównie dlatego, że gospodarka Morawieckiego, jako żywo przypomina gospodarkę Gierka. Finansowanie wzrostu długiem; wielkie, państwowe inwestycje prowadzone bez biznesplanu, za to z wielkim przytupem; partyjni Szmaciakowie na czele przedsiębiorstw; tajna policja podsłuchująca dysydentów. W telewizji festiwale, na które za wielkie pieniądze ściągane są zagraniczne gwiazdy, aby odwrócić uwagę od szalejącej drożyzny. A w TVP ta sama propaganda sukcesu i szczucie na "warchołów i wichrzycieli" z opozycji, jako żywo przypominające komentarze po wydarzeniach w 1976.

Ile warte był owe "wspaniałe" inwestycje, dobitnie pokazał rok 1989. Polska była wtedy bankrutem, przemysł był całkowicie zdekapitalizowany; wbrew temu, co mówi jedna (nacjonalistyczna) i druga (progresywna) lewica nie dało się utrzymać zatrudnienia i bolesne reformy Balcerowicza sprawiły, że Polska szybko wróciła na ścieżkę wzrostu, a zamożność społeczeństwa podniosła się we wszystkich grupach - choć jednocześnie powiększyły się nierówności. Kraje, gdzie takich reform nie przeprowadzono (Ukraina, Meksyk, Serbia, Wenezuela) dzisiaj są w znacznie gorszym miejscu niż kraje, które takie terapie wdrożyły (Polska, Rumunia, Chile).

Czas na analogie. Dług za PiS-u wzrósł dwukrotnie; oprocentowanie polskich obligacji wzrosło do 4%. Dla porównania, greckie "chodzą" po 1,5%, a mówimy o kraju, który niedawno przeszedł przez drastyczny program oszczędnościowy. Chorwackie po 0,7%. W miarę, jak będzie rolowany polski dług, drastycznie wzrosną koszty jego obsługi. Oficjalny dług Polski w PLN (ten niewyrzucony poza budżet, np. do funduszy celowych oraz PFR), wynosi 850 mld złotych, realny ponad bilion. 4% od biliona to 40 mld złotych rocznie. Za samą obsługę. Nie mówiąc o długu w walutach obcych, za który trzeba będzie płacić mniej więcej 1/4. Tych 60 mld rocznie nie będzie na szkoły, koleje, służbę zdrowia, programy społeczne, obronność. Tyle że gdyby miało się zatrzymać na 4%, już powinniśmy wdrażać reformy; tymczasem rząd udaje, że problemu nie ma.

Jeśli więc snuć analogie, po sześciu latach, dokładnie tak samo jak u Gierka, przyszły rachunki za (pozorny w dużej mierze) wzrost finansowany długiem i faraoniczne, zarządzane przez partyjnych sekretarzy, budowy socjalizmu w narodowo-katolickim wydaniu. Aktualnie mamy rok 1976 - drastycznie wzrosły ceny, ludzie mają dosyć, nawet twardy elektorat odwraca się od PiS. Nasz Edward Gierek, czyli Morawiecki, traci grunt pod nogami, ale nie może wyrzucić Jaroszewicza, bo sam jest Jaroszewiczem. Kaczyński - człowiek o horyzontach i mentalności Gomułki (tutaj analogia historyczna się załamuje) - nie ma pomysłu na ciąg dalszy, poza tym, że może będzie wojna i nie trzeba będzie płacić rachunków za złe rządy. Może jednak jej nie będzie, ale wtedy czeka nas bankructwo, potem rządy Jaruzelskiego (Ziobro już stoi w bloczkach, próbując wyprowadzić Polskę z Unii i urządzić tutaj prywatny folwark), a potem już z górki: kolejny Balcerowicz. Tyle że po drodze Polska stanie się krajem upadłym, jak dzisiaj np. Mołdawia.

No chyba że to uniemożliwimy. Ciągle jest szansa; geopolityka sprzyja nam teraz bardziej niż kiedyś i tlą się resztki instytucji demokratycznych, niezaoranych przez PiS. Nie wiem jak będzie, ale z całą pewnością nie należy Gierka i jego dekady (a de facto 6 lat) podawać jako wzoru do naśladowania.

[CC] Jakub Chabik
(555)

Pobierz PDF Wydrukuj