1984 od lat 16

Przemysław Czarnek ogłosił, że jest absolutnie optymistą w sprawie powrotu uczniów do szkół i już po świętach będzie można o tym rozmawiać. Jego optymizm jest wprost proporcjonalny do liczby powtórzonych zdań, że nie należy zapominać o strajku nauczycieli, który na wiele tygodni odebrał uczniom możliwość nauki.

Wiele tygodni, które rozbudziły wulkany i przy okazji spowodowały wzrost głodu na świecie, to tak naprawdę w rzeczywistości pięć, osiem lub maksymalnie jedenaście dni roboczych. O wiele więcej czasu traciło się na wątpliwej jakości akademie ku czci czegoś, obowiązkowe wizytacje wystaw lub przedstawień niekiedy o marnej jakości artystycznej lub realizowanie zagadnień z podstawy programowej, które wnosiły do życia młodych ludzi mniej więcej tyle, ile ulotki reklamowe.

Zestawianie praktycznie całorocznej edukacji zdalnej w czasie pandemii ze strajkiem nauczycieli jest już nie tylko zwykłą propagandą, ale po prostu głupotą.

Przemysław Czarnek generalnie lubi mitologię, nie tylko Jana Pawła II, dlatego jego słowa należy traktować w kategoriach bajek, które na dodatek nie mają nawet porządnego morału. Jednym z najbardziej jaskrawych przykładów jest mit o łatwiejszej maturze, bo pandemia i uczniowie za mało potrafią. Znakomicie widać to na przykładzie arkusza z języka polskiego, który na maturze próbnej autorstwa Centralnej Komisji Edukacyjnej był tak samo trudny/łatwy, jak do tej pory, a to z bardzo prostej przyczyny, że na języku polskim nic nie da zmiana wymagań egzaminacyjnych, gdyż matura składa się z konkretnych zadań, wobec których nic nie zmieniają okrojone wymagania.

Cóż z tego, że są obecnie dwie rozprawki, z czego jedna bez lektury obowiązkowej, skoro temat tej rozprawki ratunkowej okazał się trudniejszy od tej z lekturą obowiązkową? Cóż z tego, że wymiotło z wymagań egzaminacyjnych lektury nieobowiązkowe, skoro w samej ich nazwie zawarte jest to, że do tej pory też uczeń nie musiał ich w zasadzie znać? Na dodatek można zapytać częściej niż do tej pory na teście na czytanie ze zrozumieniem o lektury obowiązkowe i raptem zrobi się trudnej niż było. Na dodatek można na dwa lata starej matury wprowadzić podział na dwa arkusze na poziomie podstawowym, bez żadnego merytorycznego uzasadnienia, a powód jest tylko taki, żeby więcej osób nie zdało matury dzięki litości egzaminatorów, którzy statystycznie nie stawiali 20 punktów, gdy zalicza 21, więc punkty będą zliczane bezosobowo. Na dodatek tego nawet nie da się dobrze wytłumaczyć komuś, kto nie siedzi w tych arkuszach, więc trudno się dziwić, że to w zasadzie mało kogo interesuje.

Inne przedmioty mają swoje własne wątki i niuanse. Z niektórych wyrzucono treści przy pomocy maszyny losującej, chyba tej samej, która dobiera obostrzenia w Polsce. Wyszło, że tego, co wyrzucone i tak czasem trzeba się nauczyć, gdyż inaczej w ogóle nie zrozumie się tego, co zostało. Jednocześnie można się chwalić nieustannie, że Polska jako pierwsza na świecie zmniejszyła wymagania egzaminacyjne. Być może. Ale jak zawsze bez sensu, w zasadzie tylko po to, żeby udawać, że coś się zrobiło.

Generalnie można odnieść wrażenie, że odkrycia związane z edukacją w Polsce idą nie w tę stronę, co trzeba. Mniej więcej co dwa dni pojawia się zaangażowany artykuł o tym, jak to uczniowie i studenci ściągają. O mały włos, jakby to wszystko stało się w czasie pandemii, a wcześniej nie ściągali w ogóle, a jeśli, to zaraz szli z tym grzechem do spowiedzi. Ściąganie nie jest jakąś szczególną winą uczniów, gdyż wynika z bylejakości społeczeństwa, które od dawna przyzwala na obchodzenie prawa i załatwianie wielu spraw niejako pobocznie. Obecnie bylejakość zyskała nimb świętości, więc w ogóle trzeba podziwiać tych, którzy nie ściągają, gdyż to już chyba jest naprawdę nowy patriotyzm.

Nie dyskutuje się o tym, że praca ze źródłami może przynieść spore pożytki, nie zawsze uczeń musi umieć wszystko na pamięć, a jak daje mu się na sprawdzianie pierdyliard zadań i ustawia czas co do sekundy, to albo nic nie zrobi, albo ktoś zrobi to za niego. Ewentualnie uczniowie podzielą się zadaniami, a nauczyciel w błogiej nieświadomości uzyska nawet całkiem niezłe wyniki.

Tym samym sensowność ocen w czasie pandemii stoi pod sporym znakiem zapytania. Nie chodzi wcale o to, że żeby ich nie stawiać, gdyż czasem mają swój sens i mogą być informacją, choćby dla zainteresowanego rodzica, że uczeń ma z czymś problem. Jednocześnie nie da się w tej chwili wyciągnąć żadnych sensownych i spójnych wniosków z tych cyferek, gdyż, choć zawsze był z tym problem, to obecnie w jednej szkole znaczą coś zupełnie innego niż w innej, a nawet znaczą co innego w przypadku poszczególnych nauczycieli.

Jeszcze nie wiadomo, kto miałby wrócić do szkół po świętach, gdyż maturzyści i ósmoklasiści w zasadzie niedługo po nich mają swoje egzaminy. Gdy będą egzaminy, to pozostali uczniowie też nie będą się uczyć. Na dodatek część nauczycieli może wpaść w szał nadrabiania wszystkiego na szybko i zapałem godnym lepszej sprawy, co wywoła w części przypadków efekt gorszy od zamierzonego. Tak naprawdę nie ma jeszcze pomysłów, jak miałaby wyglądać edukacja między jedną falą Adama Niedzielskiego, a drugą, trzecią lub setną.

Może trzeba by na przykład rozmawiać o tym, co się w ogóle wydarzyło? Spotkać się gdzieś poza szkołą i zobaczyć spektakl? Wyjść na spacer bez większego celu? Ustalić zdrowe zasady realizowania zagadnień, które w ogóle nie weszły w czasie edukacji zdalnej i ucieszyć się z tych, które jednak uczniowie jakoś zapamiętali? Nie robić miliona klasówek, a wspólnie ułożyć testy i je razem rozwiązać? Ósmoklasistom szczególnie pomóc w wyborze szkoły średniej?

Jest coś takiego w naszym kraju, że wśród wielu spraw znikają ważne detale. Tak wygląda to w przypadku edukacji, ale przecież nie tylko. Trwa huczne świętowanie Dnia Kobiet, a mało kto powie na przykład o nastolatkach, które mogą same iść szybciej do więzienia niż do ginekologa, gdyż w tym drugim przypadku muszą czekać do osiemnastego roku życia, ewentualnie poprosić o pomoc rodziców. Jeśli panują dobre relacje, to pewnie będzie w miarę dobrze, ale co, jeśli nie?

Według badania ARC Rynek i Opinia aż 27 procent Polek pierwszy raz trafia do ginekologa, gdy jest w ciąży. Tylko 22 procent chodzi do lekarza, by zrobić badania kontrolne, a 14 procent, gdy doświadcza problemów z miesiączką lub bolesnych dolegliwości. Jest z pewnością wiele powodów, dla których tak się dzieje, ale być może jednym z nich jest to, że od czasów bycia nastolatkami nie mogą traktować swojej intymności jako czegoś zupełnie normalnego, a jednocześnie prywatnego, o czym mogą same zadecydować.

Niechże wątpliwą pointą tego wszystkiego będzie to, że dowiedziałem się, że część moich uczniów z klas pierwszych szkoły średniej miała problem z wypożyczeniem z niektórych bibliotek 1984 Orwella, gdyż nie ukończyli jeszcze szesnastego roku życia, a takie obowiązują podziały między księgozbiorem ludzi młodych a dorosłych. I nie jest to winą tych bibliotek.

[CC] Paweł Lęcki

1984 od lat 16

Przemysław Czarnek ogłosił, że jest absolutnie optymistą w sprawie powrotu uczniów do szkół i już po świętach będzie można o tym rozmawiać. Jego optymizm jest wprost proporcjonalny do liczby powtórzonych zdań, że nie należy zapominać o strajku nauczycieli, który na wiele tygodni odebrał uczniom możliwość nauki.

Wiele tygodni, które rozbudziły wulkany i przy okazji spowodowały wzrost głodu na świecie, to tak naprawdę w rzeczywistości pięć, osiem lub maksymalnie jedenaście dni roboczych. O wiele więcej czasu traciło się na wątpliwej jakości akademie ku czci czegoś, obowiązkowe wizytacje wystaw lub przedstawień niekiedy o marnej jakości artystycznej lub realizowanie zagadnień z podstawy programowej, które wnosiły do życia młodych ludzi mniej więcej tyle, ile ulotki reklamowe.

Zestawianie praktycznie całorocznej edukacji zdalnej w czasie pandemii ze strajkiem nauczycieli jest już nie tylko zwykłą propagandą, ale po prostu głupotą.

Przemysław Czarnek generalnie lubi mitologię, nie tylko Jana Pawła II, dlatego jego słowa należy traktować w kategoriach bajek, które na dodatek nie mają nawet porządnego morału. Jednym z najbardziej jaskrawych przykładów jest mit o łatwiejszej maturze, bo pandemia i uczniowie za mało potrafią. Znakomicie widać to na przykładzie arkusza z języka polskiego, który na maturze próbnej autorstwa Centralnej Komisji Edukacyjnej był tak samo trudny/łatwy, jak do tej pory, a to z bardzo prostej przyczyny, że na języku polskim nic nie da zmiana wymagań egzaminacyjnych, gdyż matura składa się z konkretnych zadań, wobec których nic nie zmieniają okrojone wymagania.

Cóż z tego, że są obecnie dwie rozprawki, z czego jedna bez lektury obowiązkowej, skoro temat tej rozprawki ratunkowej okazał się trudniejszy od tej z lekturą obowiązkową? Cóż z tego, że wymiotło z wymagań egzaminacyjnych lektury nieobowiązkowe, skoro w samej ich nazwie zawarte jest to, że do tej pory też uczeń nie musiał ich w zasadzie znać? Na dodatek można zapytać częściej niż do tej pory na teście na czytanie ze zrozumieniem o lektury obowiązkowe i raptem zrobi się trudnej niż było. Na dodatek można na dwa lata starej matury wprowadzić podział na dwa arkusze na poziomie podstawowym, bez żadnego merytorycznego uzasadnienia, a powód jest tylko taki, żeby więcej osób nie zdało matury dzięki litości egzaminatorów, którzy statystycznie nie stawiali 20 punktów, gdy zalicza 21, więc punkty będą zliczane bezosobowo. Na dodatek tego nawet nie da się dobrze wytłumaczyć komuś, kto nie siedzi w tych arkuszach, więc trudno się dziwić, że to w zasadzie mało kogo interesuje.

Inne przedmioty mają swoje własne wątki i niuanse. Z niektórych wyrzucono treści przy pomocy maszyny losującej, chyba tej samej, która dobiera obostrzenia w Polsce. Wyszło, że tego, co wyrzucone i tak czasem trzeba się nauczyć, gdyż inaczej w ogóle nie zrozumie się tego, co zostało. Jednocześnie można się chwalić nieustannie, że Polska jako pierwsza na świecie zmniejszyła wymagania egzaminacyjne. Być może. Ale jak zawsze bez sensu, w zasadzie tylko po to, żeby udawać, że coś się zrobiło.

Generalnie można odnieść wrażenie, że odkrycia związane z edukacją w Polsce idą nie w tę stronę, co trzeba. Mniej więcej co dwa dni pojawia się zaangażowany artykuł o tym, jak to uczniowie i studenci ściągają. O mały włos, jakby to wszystko stało się w czasie pandemii, a wcześniej nie ściągali w ogóle, a jeśli, to zaraz szli z tym grzechem do spowiedzi. Ściąganie nie jest jakąś szczególną winą uczniów, gdyż wynika z bylejakości społeczeństwa, które od dawna przyzwala na obchodzenie prawa i załatwianie wielu spraw niejako pobocznie. Obecnie bylejakość zyskała nimb świętości, więc w ogóle trzeba podziwiać tych, którzy nie ściągają, gdyż to już chyba jest naprawdę nowy patriotyzm.

Nie dyskutuje się o tym, że praca ze źródłami może przynieść spore pożytki, nie zawsze uczeń musi umieć wszystko na pamięć, a jak daje mu się na sprawdzianie pierdyliard zadań i ustawia czas co do sekundy, to albo nic nie zrobi, albo ktoś zrobi to za niego. Ewentualnie uczniowie podzielą się zadaniami, a nauczyciel w błogiej nieświadomości uzyska nawet całkiem niezłe wyniki.

Tym samym sensowność ocen w czasie pandemii stoi pod sporym znakiem zapytania. Nie chodzi wcale o to, że żeby ich nie stawiać, gdyż czasem mają swój sens i mogą być informacją, choćby dla zainteresowanego rodzica, że uczeń ma z czymś problem. Jednocześnie nie da się w tej chwili wyciągnąć żadnych sensownych i spójnych wniosków z tych cyferek, gdyż, choć zawsze był z tym problem, to obecnie w jednej szkole znaczą coś zupełnie innego niż w innej, a nawet znaczą co innego w przypadku poszczególnych nauczycieli.

Jeszcze nie wiadomo, kto miałby wrócić do szkół po świętach, gdyż maturzyści i ósmoklasiści w zasadzie niedługo po nich mają swoje egzaminy. Gdy będą egzaminy, to pozostali uczniowie też nie będą się uczyć. Na dodatek część nauczycieli może wpaść w szał nadrabiania wszystkiego na szybko i zapałem godnym lepszej sprawy, co wywoła w części przypadków efekt gorszy od zamierzonego. Tak naprawdę nie ma jeszcze pomysłów, jak miałaby wyglądać edukacja między jedną falą Adama Niedzielskiego, a drugą, trzecią lub setną.

Może trzeba by na przykład rozmawiać o tym, co się w ogóle wydarzyło? Spotkać się gdzieś poza szkołą i zobaczyć spektakl? Wyjść na spacer bez większego celu? Ustalić zdrowe zasady realizowania zagadnień, które w ogóle nie weszły w czasie edukacji zdalnej i ucieszyć się z tych, które jednak uczniowie jakoś zapamiętali? Nie robić miliona klasówek, a wspólnie ułożyć testy i je razem rozwiązać? Ósmoklasistom szczególnie pomóc w wyborze szkoły średniej?

Jest coś takiego w naszym kraju, że wśród wielu spraw znikają ważne detale. Tak wygląda to w przypadku edukacji, ale przecież nie tylko. Trwa huczne świętowanie Dnia Kobiet, a mało kto powie na przykład o nastolatkach, które mogą same iść szybciej do więzienia niż do ginekologa, gdyż w tym drugim przypadku muszą czekać do osiemnastego roku życia, ewentualnie poprosić o pomoc rodziców. Jeśli panują dobre relacje, to pewnie będzie w miarę dobrze, ale co, jeśli nie?

Według badania ARC Rynek i Opinia aż 27 procent Polek pierwszy raz trafia do ginekologa, gdy jest w ciąży. Tylko 22 procent chodzi do lekarza, by zrobić badania kontrolne, a 14 procent, gdy doświadcza problemów z miesiączką lub bolesnych dolegliwości. Jest z pewnością wiele powodów, dla których tak się dzieje, ale być może jednym z nich jest to, że od czasów bycia nastolatkami nie mogą traktować swojej intymności jako czegoś zupełnie normalnego, a jednocześnie prywatnego, o czym mogą same zadecydować.

Niechże wątpliwą pointą tego wszystkiego będzie to, że dowiedziałem się, że część moich uczniów z klas pierwszych szkoły średniej miała problem z wypożyczeniem z niektórych bibliotek 1984 Orwella, gdyż nie ukończyli jeszcze szesnastego roku życia, a takie obowiązują podziały między księgozbiorem ludzi młodych a dorosłych. I nie jest to winą tych bibliotek.

[CC] Paweł Lęcki
(385)

Pobierz PDF Wydrukuj