Rzeczpospolita wypadkowa

  Ciśnie się pytanie: czy kłamca potrafi przyznać się do własnych urojeń? I to nie w zaciszu krzaków, cichcem i z obrażoną miną niewinnego oszusta, lecz publicznie: w świetle telewizyjnych kamer?

Moim zdaniem nie stać go na tak heroiczny wysiłek. Nawykły do przeczenia wszelkim zarzutom, przyzwyczajony do notorycznego zapewniania, że jest uczciwy, transparentny i bez przerwy nieskazitelny, z czasem poczyna wierzyć we własne matactwa. Bez ustanku przebywa w świecie fikcji. Tak stale w nich jest, tak szczelnie i skutecznie otulają go bariery separujące od rzeczywistości, że od czasu, gdy zasiadł i począł piastować, wygasło w nim rozumienie świata poza nią. Na trwałe więc przestał odróżniać brednie od prawdy. Kwestionuje każdy dobry pomysł pochodzący z opozycyjnej strony. Aprobuje wyłącznie złe, lecz pobłogosławione przez własną kamarylę. Dyskusja z nim, to strata czasu, gdyż nie zamierza ulec jakimkolwiek argumentom. Nie przemawia do niego rozsądek. Przeciwnie, będzie udowadniał, jaki z niego ideał, fachowiec, geniusz, a przy okazji uprze się, by przyznać sobie rację i zacznie zwalczać każdą osobę, która go przerasta. Z tej przyczyny reaguje niepewnie. A ponieważ na tle ludzi o niepodstępnych intencjach wypada nijako, złości go to nad wyraz. Raz wdzięczy się do kamer, a raz udaje skruszonego. Przez moment bije się w piersi (za co jest chwalony) lecz za dzień – dwa, moment ten przechodzi w swoje przeciwieństwo i znowu jest sobą, znowu nie traci rezonu. Przeważnie kipi entuzjazmem, rozsadza go sztuczny animusz i wtedy zaklina się na wszystkie świętości, że nie kłamie. Gdy zaś dodać, że wiara we własne brednie spotyka się z partyjnym aplauzem i znajduje się w doborowym towarzystwie kumpli od przekrętów, a każdy z nich jest zachwycony sobą, to wtedy, mamy to, co mamy.

*

Choć sam lewak, to wiara w głoszone przez lewicę hasła, przestała go podniecać: odprysły i oklapły z niego, gdy zorientował się, że lewactwo jest cechą konkurencyjnego ugrupowania. Lecz że główne warunki lewackiej ideologii były dla niego kuszące nadal, postanowił, iż z niektórych zrezygnuje, a te, co mu odpowiadają, wdroży. Przywróci je tym snadniej, że spora część społeczeństwa odczuwa tęsknotę za socjalnym bezpieczeństwem, za prawem i szeroko rozumianą sprawiedliwością. Za gwarancją pracy, zlikwidowaniem finansowych dysproporcji pomiędzy ludźmi, za opieką nad rodzinami. Ale narodził się nierozwiązywalny problem: jak pożenić lewackie poglądy z konserwatywnymi przekonaniami quasi- chrześcijan? Ta zatwardziała część suwerena wyznającego rydzykowskie mniemania, stanowiła poważne obciążenie; choć natrętnie opowiadała się za kościelnymi wartościami, to była wrogo nastawiona do złagodzenia okrutnych przepisów aborcyjnych. Nawet, gdy płód był uszkodzony i zagrażał zdrowiu przyszłej matki. Była za troską o zachowanie życia w początkowym stadium, ale przestawała się interesować dalszym losem zachowanych istot. Ich rozwojem i nieuchronnym kalectwem.

*

Jakakolwiek niesamodzielna realizacja jest niemożliwa i musi być karykaturą szlachetnych założeń. Stąd kluczenie i uporczywe obserwowanie własnej degradacji. Stąd pokrętna jazda bez trzymanki. Stąd dwulicowość i mizerota rządowych dementi wymamrotanych w celu zadowolenia skrajnych elementów swoich wyborców. Konieczny więc był związek małżeński zawarty pomiędzy sensem a absurdem i sprawienie, by oba te pokemony stopiły się w jedną, wypadkową, za to niepodważalną prawdę. W ten oto sofistyczny sposób zaprzęgnięto gimnastykę słowną do wyjaśniania przejściowych niepowodzeń trapiących nasz kraj.

*

Zmuszanie uczciwych, by tłumaczyli się ze swojej uczciwości, to ulubiona rozrywka ludzi nieufających nikomu poza sobą. Podejrzewających pozostałych o to, co im się przypisuje.

W krajach o długoletniej demokratycznej tradycji, Państwo wierzy swoim obywatelom. Uchwala prawo tak skonstruowane, by było proste, zrozumiałe i jak najlepiej służyło społeczeństwu. U nas, w kraju opanowanym przez fachowców z przykładowego Janowa, w kraju zdeflorowanej konstytucji, szwankującej oświaty, powszechnych braków kultury, zdrowia i chwiejnych sądów świadczących partyjne usługi, w państwie ośmieszanych autorytetów i ząbkującej demokracji opartej na wyobrażeniach Jasia Zielone Ucho, w kraju szarpanym przez byle nieodpowiedzialnego posła, uchwala się prawo wolne od klarowności, a tak skomplikowane i pełne nieufności wobec obywatela, że z puntu nasuwa to wrażenie, iż ustawodawca zakłada: obywatel jest potencjalnym oszustem, że do zasranych obowiązków obywatela należy udowodnienie swojej rzetelności.

[CC] Marek Jastrząb

Rzeczpospolita wypadkowa

Ciśnie się pytanie: czy kłamca potrafi przyznać się do własnych urojeń? I to nie w zaciszu krzaków, cichcem i z obrażoną miną niewinnego oszusta, lecz publicznie: w świetle telewizyjnych kamer?

Moim zdaniem nie stać go na tak heroiczny wysiłek. Nawykły do przeczenia wszelkim zarzutom, przyzwyczajony do notorycznego zapewniania, że jest uczciwy, transparentny i bez przerwy nieskazitelny, z czasem poczyna wierzyć we własne matactwa. Bez ustanku przebywa w świecie fikcji. Tak stale w nich jest, tak szczelnie i skutecznie otulają go bariery separujące od rzeczywistości, że od czasu, gdy zasiadł i począł piastować, wygasło w nim rozumienie świata poza nią. Na trwałe więc przestał odróżniać brednie od prawdy. Kwestionuje każdy dobry pomysł pochodzący z opozycyjnej strony. Aprobuje wyłącznie złe, lecz pobłogosławione przez własną kamarylę. Dyskusja z nim, to strata czasu, gdyż nie zamierza ulec jakimkolwiek argumentom. Nie przemawia do niego rozsądek. Przeciwnie, będzie udowadniał, jaki z niego ideał, fachowiec, geniusz, a przy okazji uprze się, by przyznać sobie rację i zacznie zwalczać każdą osobę, która go przerasta. Z tej przyczyny reaguje niepewnie. A ponieważ na tle ludzi o niepodstępnych intencjach wypada nijako, złości go to nad wyraz. Raz wdzięczy się do kamer, a raz udaje skruszonego. Przez moment bije się w piersi (za co jest chwalony) lecz za dzień – dwa, moment ten przechodzi w swoje przeciwieństwo i znowu jest sobą, znowu nie traci rezonu. Przeważnie kipi entuzjazmem, rozsadza go sztuczny animusz i wtedy zaklina się na wszystkie świętości, że nie kłamie. Gdy zaś dodać, że wiara we własne brednie spotyka się z partyjnym aplauzem i znajduje się w doborowym towarzystwie kumpli od przekrętów, a każdy z nich jest zachwycony sobą, to wtedy, mamy to, co mamy.

*

Choć sam lewak, to wiara w głoszone przez lewicę hasła, przestała go podniecać: odprysły i oklapły z niego, gdy zorientował się, że lewactwo jest cechą konkurencyjnego ugrupowania. Lecz że główne warunki lewackiej ideologii były dla niego kuszące nadal, postanowił, iż z niektórych zrezygnuje, a te, co mu odpowiadają, wdroży. Przywróci je tym snadniej, że spora część społeczeństwa odczuwa tęsknotę za socjalnym bezpieczeństwem, za prawem i szeroko rozumianą sprawiedliwością. Za gwarancją pracy, zlikwidowaniem finansowych dysproporcji pomiędzy ludźmi, za opieką nad rodzinami. Ale narodził się nierozwiązywalny problem: jak pożenić lewackie poglądy z konserwatywnymi przekonaniami quasi- chrześcijan? Ta zatwardziała część suwerena wyznającego rydzykowskie mniemania, stanowiła poważne obciążenie; choć natrętnie opowiadała się za kościelnymi wartościami, to była wrogo nastawiona do złagodzenia okrutnych przepisów aborcyjnych. Nawet, gdy płód był uszkodzony i zagrażał zdrowiu przyszłej matki. Była za troską o zachowanie życia w początkowym stadium, ale przestawała się interesować dalszym losem zachowanych istot. Ich rozwojem i nieuchronnym kalectwem.

*

Jakakolwiek niesamodzielna realizacja jest niemożliwa i musi być karykaturą szlachetnych założeń. Stąd kluczenie i uporczywe obserwowanie własnej degradacji. Stąd pokrętna jazda bez trzymanki. Stąd dwulicowość i mizerota rządowych dementi wymamrotanych w celu zadowolenia skrajnych elementów swoich wyborców. Konieczny więc był związek małżeński zawarty pomiędzy sensem a absurdem i sprawienie, by oba te pokemony stopiły się w jedną, wypadkową, za to niepodważalną prawdę. W ten oto sofistyczny sposób zaprzęgnięto gimnastykę słowną do wyjaśniania przejściowych niepowodzeń trapiących nasz kraj.

*

Zmuszanie uczciwych, by tłumaczyli się ze swojej uczciwości, to ulubiona rozrywka ludzi nieufających nikomu poza sobą. Podejrzewających pozostałych o to, co im się przypisuje.

W krajach o długoletniej demokratycznej tradycji, Państwo wierzy swoim obywatelom. Uchwala prawo tak skonstruowane, by było proste, zrozumiałe i jak najlepiej służyło społeczeństwu. U nas, w kraju opanowanym przez fachowców z przykładowego Janowa, w kraju zdeflorowanej konstytucji, szwankującej oświaty, powszechnych braków kultury, zdrowia i chwiejnych sądów świadczących partyjne usługi, w państwie ośmieszanych autorytetów i ząbkującej demokracji opartej na wyobrażeniach Jasia Zielone Ucho, w kraju szarpanym przez byle nieodpowiedzialnego posła, uchwala się prawo wolne od klarowności, a tak skomplikowane i pełne nieufności wobec obywatela, że z puntu nasuwa to wrażenie, iż ustawodawca zakłada: obywatel jest potencjalnym oszustem, że do zasranych obowiązków obywatela należy udowodnienie swojej rzetelności.

[CC] Marek Jastrząb
(275)

Pobierz PDF Wydrukuj