Zabierzmy do grobu piękne wspomnienia...
Bo cóż innego można do niego zabrać?

  Do napisania tego tekstu sprowokowała mnie króciutka rozmowa ze znajomym na temat nas samych i naszych wspomnień, której jedyną konkluzją było to, że kiedyś to były fajne czasy i my mamy przynajmniej co dobrze wspominać. To wtedy napisałem do kolegi te tytułowe dwa zdania, które bardzo dawno temu wyczytałem chyba u W. Łysiaka we „Flecie z mandragory”. I zakończyłem ten mój wpis słowami:

„a co mają powiedzieć ci, którzy dziś mają po 15-20 lat lub mniej?”.

Gdy kiedyś, w wolnej chwili, przeglądałem grono moich znajomych na Fb skonstatowałem, że chyba z 80% z Was to osoby 50+, a ponad połowa ma powyżej 60 lat. Wielu z Was mieszka od dawna za granicą. Różne życiorysy, różne losy, ale wszyscy mamy jakieś wspólne, wspaniałe, pełne radości i poczucia triumfu chwile do wspominania. Dla jednych z nas takimi miłymi wspomnieniami jest odwaga, solidarność i roztropność, czasami heroizm walki z komuną. Jej upadek w 1989r., otwarcie granic, kontakt z cywilizacją Zachodu, zachłyśniecie się wolnością, pierwsze wolne wybory, uczenie się demokracji. Potem wolny rynek, wstąpienie do NATO, następnie do Unii… Było po drodze sporo błędów i niepotrzebnych zaniechań, ale cały czas, raz wolniej, raz szybciej, posuwaliśmy się jednak do przodu. I gdy wydawało się, że swoim dzieciom i wnukom zostawimy Polskę dużo lepszą, niż ta, za którą my przejmowaliśmy odpowiedzialność w 1989 r., nadszedł koszmarny rok 2015. Co za 20-30 lat będą wspominać nasi następcy? Czy też będzie im dane przeżywać takie chwile radości i uniesienia?

Regułą jest pozostawianie następcom państwa lepszego, bogatszego, nowocześniejszego. Tylko jakieś niespodziewane kataklizmy wojenne lub globalne kryzysy gospodarcze mogą tę prawidłowość i pokoleniowy obowiązek zaburzyć. Okazuje się jednak, że rzeczywiście potrafimy być jeśli nie „Chrystusem Narodów” (w tym najbardziej pejoratywnym znaczeniu), to co najmniej niechlubnym wyjątkiem. I żadnym pocieszeniem nie jest dla nas to, że Węgrzy mogą o sobie powiedzieć to samo. Od dawna niezmiennie powtarzam, że za to, co się od 5 lat dzieje w Polsce, odpowiedzialność ponosimy my wszyscy. Nie tylko poprzednie rządy. I nie tylko jacyś rozmodleni chłopi z Podkarpacia lub Podlasia albo ci, którzy dla „5 stówek” postanowili popierać niszczenie i rozkradanie naszego kraju. Mieliśmy długie 25 lat czasu na nauczenie prawie wszystkich Polaków, że są wartości wyższe, niż chęć kupienia nowszego samochodu, większej chałupy lub jedzenia droższej kiełbasy.

I widać wyraźnie, że nie wykorzystaliśmy tego czasu. A najlepszym przykładem naszych zaniedbań w edukowaniu i uświadamianiu Polaków jest fakt, że nawet dziś, gdy jakiś purpurowa kanalia, jakiś Jędraszewski lub Gądecki powiedzą, że Ziemia jest płaska, to pewnie z 1,5 miliona naszych rodaków im uwierzy i przyjmie tę brednię za dogmat! To jest koszmarny obraz zacofania i zaściankowości, których nie potrafiliśmy nadrobić lub zlikwidować po 1989r. To nasze zacofanie i zwykła głupota w sferze samodzielnego myślenia, posłuchu dla narodowych autorytetów i umiejętności podejmowania właściwych, racjonalnych decyzji widoczne są zresztą nie tylko w dziedzinie światopoglądowej. Przez 30 lat nie potrafiliśmy np. wbić do głów wielu mieszkańców wsi, że wiosenne wypalanie traw jest metodą rodem ze średniowiecza. I nie ma żadnych pozytywnych skutków, ma natomiast całą masę następstw negatywnych. O czym mieliśmy ostatnio okazję przekonać się, obserwując w mediach płonący Biebrzański Park Narodowy. Cały nasz kraj też jest dziś takim płonącym parkiem narodowym. Podpalonym w wyniku głupoty i niefrasobliwości części z nas.

Podwójny sukces wyborczy PIS-u w 2015 r. miał fundamenty w zasadzie czysto ekonomiczne. Mało kto głosował na nich dlatego, że obiecywali jakąś reformę sądownictwa, zaostrzenie prawa do aborcji lub wzmocnienie naszej pozycji w UE. O których zresztą w trakcie kampanii w 2015r. wcale nie mówili dużo. Przebili wtedy „szklany sufit” swojego 30-procentowego poparcia dzięki obietnicom wielkich transferów społecznych, zapewnieniom o sprawiedliwym i uczciwym rządzeniu, o zmniejszeniu różnic społecznych i powszechnym dobrobycie. O troskliwym i hojnym państwie. A więc dzięki hasłom w 90% ekonomicznym. No i oczywiście populistycznym, niemożliwym do zrealizowania. Takim ich hasłem wziętym z sufitu była obietnica podwyższenia kwoty wolnej od podatku do 8.000 PLN. Nawet nie próbowali potem przymierzać się do realizacji tej obietnicy. Bo było ich stać na kupienie tylko niektórych grup społecznych, a nie wszystkich pracujących Polaków. Ale w 2015r. dokupili takimi właśnie obietnicami te brakujące im od lat 8-10% poparcia i to wystarczyło. Kupili tak, jak się kupuje ziemniaki w warzywniaku. Reszty dopełniła wtedy klęska lewicy. A potem PIS dokupiło kolejne 1,5-2 miliony wyborców. No i mamy dziś to, co mamy.

Ale odszedłem od meritum. My, 60 - lub 70 - latkowie, robiąc teraz podsumowanie ostatnich 30 lat, mamy przynajmniej co mile wspominać. I nie mam tu na myśli naszych sukcesów i radości osobistych lub zawodowych. Tylko obywatelskie, ogólnonarodowe. Byliśmy nie tylko świadkami, ale na ogół także aktywnymi uczestnikami dźwigania się naszego kraju z ruin i wielu niewątpliwych jego sukcesów. Możne i niewielka to dziś pociecha, bo oto nasz kraj z powrotem zamienia się w ruinę. Ale tamtych radości i satysfakcji nikt nam już nie odbierze. Zabierzemy je sobie do grobu. Choć w chwili śmierci nie będziemy o nich zapewne pamiętać, to jednak mamy pełną świadomość i satysfakcję, że nasze dorosłe życie przypadło na okres Polski wolnej i demokratycznej. To wcale nie tak mało, szczególnie gdy się spojrzy na historię naszego kraju po rozbiorach. A co mają powiedzieć ludzie młodsi od nas o 20-30 lat, którzy urodzili się już w wolnej Polsce? I dorastali w warunkach wolności osobistej, demokracji, porządku prawnego i konstytucyjnego, naszej silnej pozycji w strukturach europejskich.

Zawsze łatwej się spada, niż się wcześniej wchodziło. Łatwiej i szybciej. Dzisiejsi 20-latkowie nie mają pojęcia, jak mozolna była nasza droga do Europy i z jak olbrzymimi problemami musiało się borykać nasze państwo oraz społeczeństwo. Ilu ludzi wylądowało na bruku po zlikwidowaniu lub sprywatyzowaniu tysięcy zakładów pracy na początku lat 90 XXw. Co się działo w małych miasteczkach, gdy zamykano tam jedyny duży zakład pracy… Jakie dramaty przeżywali pracownicy upadających PGR-ów i ich rodziny. Jaki zawód przeżywaliśmy, gdy okazywało się, że to nasze doganianie Europy nie jest procesem trwającym 2-3 lata, ale dziesięciolecia. W wielu dziedzinach do dziś jej nie dogoniliśmy, choćby w dostępie do służby zdrowia. Jak upokarzający był widok hord naszych rodaków koczujących pod dworcami w Niemczech, Holandii lub Francji. Śpiących na ławkach w parkach i na ulicach, załatwiających potrzeby fizjologiczne w bramach, często kradnących nie tylko niemieckie samochody, ale i żywność w okolicznych sklepach. Brudnych, zarośniętych, nierzadko pijanych. Młodzi nie pamiętają, jak zawstydzający był kiedyś widok gapiów na ulicy, wpatrujących się z zachwytem w przejeżdżające zachodnie auta całkiem przeciętnych marek.

My zaczęliśmy od upadku, przeżyliśmy wzlot i stabilizację, a teraz znów zaliczamy upadek. Ale ten wzlot mamy wciąż w pamięci. A dzisiejsi 25- i 30-latkowie od 5 lat widzą wyłącznie upadek naszego państwa, a kolejnego wzlotu i stabilizacji mogą w ogóle nie dożyć. Bo na konsekwencje rządów PIS-u nałożą się katastrofalne skutki pandemii. Nam kiedyś Zachód pomógł. Bo nasz naród szanowano i podziwiano za lata oporu przeciw komunie, darzono nas sympatią, współczuto nam i solidaryzowano się z nami, no i wybaczano błędy. Jak małemu dziecku w wielkiej europejskiej rodzinie. Ale także dlatego, że Zachód miał w tym swój interes. Teraz nikt nam już nie pomoże. Zachód ma nas serdecznie dość. Drugi raz Zachód nie popełni takiego samego błędu. To tylko my, Polacy, popełniamy wciąż te same błędy… Inni, ci od nas mądrzejsi, na swoich błędach się uczą. Nie pomogą nam więc, głównie dlatego, że już nam nie zaufają. Oni nam nie zaufają! Bo po raz kolejny udowodniliśmy, że jesteśmy narodem nieprzewidywalnym. Kto im zagwarantuje, że za 5-10 lat jakaś bolszewicka partia, PIS lub jego spadkobierca, znów nie przejmie władzy w Polsce? Że im znów nie zafundujemy w PE jakiejś Beci Szydłowej, Kempy, Jakiego lub Czarneckiego? Miną dziesięciolecia, zanim ktoś w Europie zacznie nas poważnie traktować i zaufa naszej mądrości, dobrej woli i chęci współpracy. Przecież od 3-4 lat na arenie międzynarodowej nasz kraj zajmuje się głównie destrukcją Unii, rozbijaniem jej jedności i godzeniem w jej fundamentalne wartości! Jak nasi następcy zamierzają przekonać Zachód, że to już się nigdy nie powtórzy?

Dzisiejsi 25-latkowie będą mieć wielki balast do dźwigania. Balast własnej winy, bierności i zaniechania. Wynikający z lenistwa, głupoty, krótkowzroczności i wygodnictwa. W porównaniu z nimi my mamy jednak pewien komfort psychiczny. Nie było naszej winy w tym, że to Sowieci zajęli nasz kraj w 1945r. i że w wyniku tego straciliśmy niepodległość. Poza naszym zasięgiem leżało również obalenie reżimu w czasach Gomułki, a potem Gierka. Mogło to się zakończyć tylko tak, jak na Węgrzech i w Czechosłowacji. Gdy nadarzyła się w końcu okazja, to obaliliśmy tamten system i jeszcze daliśmy przykład innym. Nieprzypadkowo to właśnie ludzie z naszego, dość ciężko doświadczonego pokolenia stanowią dziś rdzeń „społecznego oporu” przeciw rządom bolszewików, to my najliczniej uczestniczymy w protestach, choćby pod sądami. To my najliczniej stawiamy się przy urnach wyborczych. Niemal na pewno nie dopuścilibyśmy do zniszczenia naszego kraju przez PIS, gdybyśmy dostali wsparcie ze strony tych, których obowiązkiem było udzielić nam tego wsparcia. W interesie ich samych oraz ich dzieci! I z tego obowiązku się nie wywiązali. Ludzie młodzi…

Bardzo możliwe, że konsekwencje 5 lat rządów PIS-u i pandemii najdotkliwiej odczujemy my. Dzisiejsi emeryci oraz ludzie, którzy staną się emerytami za kilka lat. Bo choć jesteśmy grupą społeczną bardzo liczną, to nasza siła uwidacznia się tylko przy urnach. Do walki na barykadach większość z nas już się nie nadaje. Ale najdłużej ten swoisty rachunek koszmarnych błędów ostatnich 5 lat spłacać będą ludzi dziś jeszcze młodzi. Gdy stracą wszystko to, co zostało wywalczone po 1989r. zrozumieją, że trzeba było, zamiast jechać z kolegami na weekend w górach, iść do kina, wypisywać głupoty na Fb lub TT albo balować w akademikach, ruszyć dupę i pofatygować się raz na jakiś czas do urny wyborczej. Lub wyjść na ulice i aktywnie, z pełną determinacją przeciwstawić się niszczeniu naszego kraju, demokracji oraz wolności. Młodzi ludzie na razie nie mają nic pięknego polskiego, co mogliby zabrać do grobu. I  obawiam się, że nieprędko będą mieć coś takiego…

[CC] Maciej Stawiarski

Zabierzmy do grobu piękne wspomnienia...
Bo cóż innego można do niego zabrać?

Do napisania tego tekstu sprowokowała mnie króciutka rozmowa ze znajomym na temat nas samych i naszych wspomnień, której jedyną konkluzją było to, że kiedyś to były fajne czasy i my mamy przynajmniej co dobrze wspominać. To wtedy napisałem do kolegi te tytułowe dwa zdania, które bardzo dawno temu wyczytałem chyba u W. Łysiaka we „Flecie z mandragory”. I zakończyłem ten mój wpis słowami:

„a co mają powiedzieć ci, którzy dziś mają po 15-20 lat lub mniej?”.

Gdy kiedyś, w wolnej chwili, przeglądałem grono moich znajomych na Fb skonstatowałem, że chyba z 80% z Was to osoby 50+, a ponad połowa ma powyżej 60 lat. Wielu z Was mieszka od dawna za granicą. Różne życiorysy, różne losy, ale wszyscy mamy jakieś wspólne, wspaniałe, pełne radości i poczucia triumfu chwile do wspominania. Dla jednych z nas takimi miłymi wspomnieniami jest odwaga, solidarność i roztropność, czasami heroizm walki z komuną. Jej upadek w 1989r., otwarcie granic, kontakt z cywilizacją Zachodu, zachłyśniecie się wolnością, pierwsze wolne wybory, uczenie się demokracji. Potem wolny rynek, wstąpienie do NATO, następnie do Unii… Było po drodze sporo błędów i niepotrzebnych zaniechań, ale cały czas, raz wolniej, raz szybciej, posuwaliśmy się jednak do przodu. I gdy wydawało się, że swoim dzieciom i wnukom zostawimy Polskę dużo lepszą, niż ta, za którą my przejmowaliśmy odpowiedzialność w 1989 r., nadszedł koszmarny rok 2015. Co za 20-30 lat będą wspominać nasi następcy? Czy też będzie im dane przeżywać takie chwile radości i uniesienia?

Regułą jest pozostawianie następcom państwa lepszego, bogatszego, nowocześniejszego. Tylko jakieś niespodziewane kataklizmy wojenne lub globalne kryzysy gospodarcze mogą tę prawidłowość i pokoleniowy obowiązek zaburzyć. Okazuje się jednak, że rzeczywiście potrafimy być jeśli nie „Chrystusem Narodów” (w tym najbardziej pejoratywnym znaczeniu), to co najmniej niechlubnym wyjątkiem. I żadnym pocieszeniem nie jest dla nas to, że Węgrzy mogą o sobie powiedzieć to samo. Od dawna niezmiennie powtarzam, że za to, co się od 5 lat dzieje w Polsce, odpowiedzialność ponosimy my wszyscy. Nie tylko poprzednie rządy. I nie tylko jacyś rozmodleni chłopi z Podkarpacia lub Podlasia albo ci, którzy dla „5 stówek” postanowili popierać niszczenie i rozkradanie naszego kraju. Mieliśmy długie 25 lat czasu na nauczenie prawie wszystkich Polaków, że są wartości wyższe, niż chęć kupienia nowszego samochodu, większej chałupy lub jedzenia droższej kiełbasy.

I widać wyraźnie, że nie wykorzystaliśmy tego czasu. A najlepszym przykładem naszych zaniedbań w edukowaniu i uświadamianiu Polaków jest fakt, że nawet dziś, gdy jakiś purpurowa kanalia, jakiś Jędraszewski lub Gądecki powiedzą, że Ziemia jest płaska, to pewnie z 1,5 miliona naszych rodaków im uwierzy i przyjmie tę brednię za dogmat! To jest koszmarny obraz zacofania i zaściankowości, których nie potrafiliśmy nadrobić lub zlikwidować po 1989r. To nasze zacofanie i zwykła głupota w sferze samodzielnego myślenia, posłuchu dla narodowych autorytetów i umiejętności podejmowania właściwych, racjonalnych decyzji widoczne są zresztą nie tylko w dziedzinie światopoglądowej. Przez 30 lat nie potrafiliśmy np. wbić do głów wielu mieszkańców wsi, że wiosenne wypalanie traw jest metodą rodem ze średniowiecza. I nie ma żadnych pozytywnych skutków, ma natomiast całą masę następstw negatywnych. O czym mieliśmy ostatnio okazję przekonać się, obserwując w mediach płonący Biebrzański Park Narodowy. Cały nasz kraj też jest dziś takim płonącym parkiem narodowym. Podpalonym w wyniku głupoty i niefrasobliwości części z nas.

Podwójny sukces wyborczy PIS-u w 2015 r. miał fundamenty w zasadzie czysto ekonomiczne. Mało kto głosował na nich dlatego, że obiecywali jakąś reformę sądownictwa, zaostrzenie prawa do aborcji lub wzmocnienie naszej pozycji w UE. O których zresztą w trakcie kampanii w 2015r. wcale nie mówili dużo. Przebili wtedy „szklany sufit” swojego 30-procentowego poparcia dzięki obietnicom wielkich transferów społecznych, zapewnieniom o sprawiedliwym i uczciwym rządzeniu, o zmniejszeniu różnic społecznych i powszechnym dobrobycie. O troskliwym i hojnym państwie. A więc dzięki hasłom w 90% ekonomicznym. No i oczywiście populistycznym, niemożliwym do zrealizowania. Takim ich hasłem wziętym z sufitu była obietnica podwyższenia kwoty wolnej od podatku do 8.000 PLN. Nawet nie próbowali potem przymierzać się do realizacji tej obietnicy. Bo było ich stać na kupienie tylko niektórych grup społecznych, a nie wszystkich pracujących Polaków. Ale w 2015r. dokupili takimi właśnie obietnicami te brakujące im od lat 8-10% poparcia i to wystarczyło. Kupili tak, jak się kupuje ziemniaki w warzywniaku. Reszty dopełniła wtedy klęska lewicy. A potem PIS dokupiło kolejne 1,5-2 miliony wyborców. No i mamy dziś to, co mamy.

Ale odszedłem od meritum. My, 60 - lub 70 - latkowie, robiąc teraz podsumowanie ostatnich 30 lat, mamy przynajmniej co mile wspominać. I nie mam tu na myśli naszych sukcesów i radości osobistych lub zawodowych. Tylko obywatelskie, ogólnonarodowe. Byliśmy nie tylko świadkami, ale na ogół także aktywnymi uczestnikami dźwigania się naszego kraju z ruin i wielu niewątpliwych jego sukcesów. Możne i niewielka to dziś pociecha, bo oto nasz kraj z powrotem zamienia się w ruinę. Ale tamtych radości i satysfakcji nikt nam już nie odbierze. Zabierzemy je sobie do grobu. Choć w chwili śmierci nie będziemy o nich zapewne pamiętać, to jednak mamy pełną świadomość i satysfakcję, że nasze dorosłe życie przypadło na okres Polski wolnej i demokratycznej. To wcale nie tak mało, szczególnie gdy się spojrzy na historię naszego kraju po rozbiorach. A co mają powiedzieć ludzie młodsi od nas o 20-30 lat, którzy urodzili się już w wolnej Polsce? I dorastali w warunkach wolności osobistej, demokracji, porządku prawnego i konstytucyjnego, naszej silnej pozycji w strukturach europejskich.

Zawsze łatwej się spada, niż się wcześniej wchodziło. Łatwiej i szybciej. Dzisiejsi 20-latkowie nie mają pojęcia, jak mozolna była nasza droga do Europy i z jak olbrzymimi problemami musiało się borykać nasze państwo oraz społeczeństwo. Ilu ludzi wylądowało na bruku po zlikwidowaniu lub sprywatyzowaniu tysięcy zakładów pracy na początku lat 90 XXw. Co się działo w małych miasteczkach, gdy zamykano tam jedyny duży zakład pracy… Jakie dramaty przeżywali pracownicy upadających PGR-ów i ich rodziny. Jaki zawód przeżywaliśmy, gdy okazywało się, że to nasze doganianie Europy nie jest procesem trwającym 2-3 lata, ale dziesięciolecia. W wielu dziedzinach do dziś jej nie dogoniliśmy, choćby w dostępie do służby zdrowia. Jak upokarzający był widok hord naszych rodaków koczujących pod dworcami w Niemczech, Holandii lub Francji. Śpiących na ławkach w parkach i na ulicach, załatwiających potrzeby fizjologiczne w bramach, często kradnących nie tylko niemieckie samochody, ale i żywność w okolicznych sklepach. Brudnych, zarośniętych, nierzadko pijanych. Młodzi nie pamiętają, jak zawstydzający był kiedyś widok gapiów na ulicy, wpatrujących się z zachwytem w przejeżdżające zachodnie auta całkiem przeciętnych marek.

My zaczęliśmy od upadku, przeżyliśmy wzlot i stabilizację, a teraz znów zaliczamy upadek. Ale ten wzlot mamy wciąż w pamięci. A dzisiejsi 25- i 30-latkowie od 5 lat widzą wyłącznie upadek naszego państwa, a kolejnego wzlotu i stabilizacji mogą w ogóle nie dożyć. Bo na konsekwencje rządów PIS-u nałożą się katastrofalne skutki pandemii. Nam kiedyś Zachód pomógł. Bo nasz naród szanowano i podziwiano za lata oporu przeciw komunie, darzono nas sympatią, współczuto nam i solidaryzowano się z nami, no i wybaczano błędy. Jak małemu dziecku w wielkiej europejskiej rodzinie. Ale także dlatego, że Zachód miał w tym swój interes. Teraz nikt nam już nie pomoże. Zachód ma nas serdecznie dość. Drugi raz Zachód nie popełni takiego samego błędu. To tylko my, Polacy, popełniamy wciąż te same błędy… Inni, ci od nas mądrzejsi, na swoich błędach się uczą. Nie pomogą nam więc, głównie dlatego, że już nam nie zaufają. Oni nam nie zaufają! Bo po raz kolejny udowodniliśmy, że jesteśmy narodem nieprzewidywalnym. Kto im zagwarantuje, że za 5-10 lat jakaś bolszewicka partia, PIS lub jego spadkobierca, znów nie przejmie władzy w Polsce? Że im znów nie zafundujemy w PE jakiejś Beci Szydłowej, Kempy, Jakiego lub Czarneckiego? Miną dziesięciolecia, zanim ktoś w Europie zacznie nas poważnie traktować i zaufa naszej mądrości, dobrej woli i chęci współpracy. Przecież od 3-4 lat na arenie międzynarodowej nasz kraj zajmuje się głównie destrukcją Unii, rozbijaniem jej jedności i godzeniem w jej fundamentalne wartości! Jak nasi następcy zamierzają przekonać Zachód, że to już się nigdy nie powtórzy?

Dzisiejsi 25-latkowie będą mieć wielki balast do dźwigania. Balast własnej winy, bierności i zaniechania. Wynikający z lenistwa, głupoty, krótkowzroczności i wygodnictwa. W porównaniu z nimi my mamy jednak pewien komfort psychiczny. Nie było naszej winy w tym, że to Sowieci zajęli nasz kraj w 1945r. i że w wyniku tego straciliśmy niepodległość. Poza naszym zasięgiem leżało również obalenie reżimu w czasach Gomułki, a potem Gierka. Mogło to się zakończyć tylko tak, jak na Węgrzech i w Czechosłowacji. Gdy nadarzyła się w końcu okazja, to obaliliśmy tamten system i jeszcze daliśmy przykład innym. Nieprzypadkowo to właśnie ludzie z naszego, dość ciężko doświadczonego pokolenia stanowią dziś rdzeń „społecznego oporu” przeciw rządom bolszewików, to my najliczniej uczestniczymy w protestach, choćby pod sądami. To my najliczniej stawiamy się przy urnach wyborczych. Niemal na pewno nie dopuścilibyśmy do zniszczenia naszego kraju przez PIS, gdybyśmy dostali wsparcie ze strony tych, których obowiązkiem było udzielić nam tego wsparcia. W interesie ich samych oraz ich dzieci! I z tego obowiązku się nie wywiązali. Ludzie młodzi…

Bardzo możliwe, że konsekwencje 5 lat rządów PIS-u i pandemii najdotkliwiej odczujemy my. Dzisiejsi emeryci oraz ludzie, którzy staną się emerytami za kilka lat. Bo choć jesteśmy grupą społeczną bardzo liczną, to nasza siła uwidacznia się tylko przy urnach. Do walki na barykadach większość z nas już się nie nadaje. Ale najdłużej ten swoisty rachunek koszmarnych błędów ostatnich 5 lat spłacać będą ludzi dziś jeszcze młodzi. Gdy stracą wszystko to, co zostało wywalczone po 1989r. zrozumieją, że trzeba było, zamiast jechać z kolegami na weekend w górach, iść do kina, wypisywać głupoty na Fb lub TT albo balować w akademikach, ruszyć dupę i pofatygować się raz na jakiś czas do urny wyborczej. Lub wyjść na ulice i aktywnie, z pełną determinacją przeciwstawić się niszczeniu naszego kraju, demokracji oraz wolności. Młodzi ludzie na razie nie mają nic pięknego polskiego, co mogliby zabrać do grobu. I  obawiam się, że nieprędko będą mieć coś takiego…

[CC] Jacek Nikodem
(273)

Pobierz PDF Wydrukuj