ZUSY-SRUSY I pisowskie pierdolety , czyli Jak nas dyma Państwo Polskie

Stanisława Karczewskiego określałem już przeróżnymi, mało pochlebnymi terminami. Dziś będzie kretynem, którym jest zresztą od zawsze. Ale to oczywiście nie jest jego największa wada. Gdyby chcieć podsumować jego „dokonania” w ciągu ostatnich 6 miesięcy, to można by to zrobić za pomocą jednego zdania. Wpierw próbował za wszelką cenę skompromitować, ośmieszyć i doprowadzić do dymisji Marszałka Grodzkiego, a gdy mu się to nie udało, wziął i się zaraził… Tyle. Powody jego zawiści, zazdrości i nienawiści do Marszałka są dla wszystkich oczywiste. Brudne metody i chamskie insynuacje, jakie stosował – nie do zaakceptowania, nawet u PIS-owca. Bo pełnił jedną z najważniejszych funkcji w państwie. A to jednak do czegoś zobowiązuje. Ale nawet w tym knuciu i oczernianiu okazał się żałosny i cieniutki, no i mało skuteczny. Zmienił więc chyba taktykę i postanowił zrobić z siebie herosa walki z kataklizmem, zbawcę setek rodaków, takiego doktora Judyma czasów zarazy. Pewnie wyobrażał sobie, że jak już wszystko wróci do normy, on zostanie wniesiony przez rozentuzjazmowany tłum swoich wyleczonych pacjentów do Senatu i obwołany nowym/starym Marszałkiem. Bo gdzie takiemu technokracie Grodzkiemu do „frontowego” bohatera?

Wejście miał dobre, z przytupem. Zanim zaczął pierwszy dyżur, już zdążył pokazać się w mediach na tle swojego szpitala. Tego samego, w którym przez 5 lat odwalał nielegalne fuchy. Usłyszeliśmy żarliwe, trącące nieco patosem zapewnienia, że oto opuścił swój bezpieczny gabinet w Senacie, bo każdy lekarz na wagę złota, bo Ojczyzna wzywa i takie tam… Gdybym tej kanalii nie znał wcześniej, to może bym i uwierzył. Ale wszystkim nam dał się poznać z jak najgorszej strony. Kiedyś, w poście mu poświęconym, nazwałem go „żmiją nasmarowaną smalcem”. W wielu komentarzach do tego posta wyrażaliście oburzenie, że porównałem bogu ducha winne żmije do „czegoś” takiego… I to jest chyba najlepsze podsumowanie jego walorów moralnych. Z poświęcaniem się dla dobra ogółu, ideowością, bezinteresownością i empatią ma on akurat tyle wspólnego, co Richard H. Czarnecki. Ofiarnością to on może potrafi zaimponować w kościele, ale na pewno nie w szpitalu.

No ale rozpoczął ten swój heroiczny bój z epidemią. Jeszcze nie zdążył nauczyć się zakładać maseczkę, a już wylądował na kwarantannie. Nie wiem, czy to on był winny złego rozpoznania choroby u pacjentki, czy ktoś inny. Ale personel szpitala pewnie odetchnął z ulgą, że mają go z głowy. Jego słowa „razem daliśmy i damy radę!” na pożegnanie brzmią zaś żałośnie, kretyńsko i fałszywie. Jakby zostały wyjęte z jakiegoś północnokoreańskiego filmu propagandowego lub melodramatu. Skoro on, po dwóch dyżurach w szpitalu, strzela takim patosem, to co powinni mówić np. lekarze z Powstania, którzy przez 2 miesiące operowali rannych, mając jako jedyne „narzędzia chirurgiczne” piłkę do drewna, tępy skalpel i igłę z nicią? No i bomby lecące ze Stukasów. Wicemarszałek Karczewski się nie nawalczył. Ale w mediach znalazły się zdjęcia jego ubranego w kombinezon i maskę, a nie innych lekarzy. Ot, przypadek… To się chyba nazywa „autopromocja”.

Przy okazji tego cyrku z Karczewskim odnalazłem pewną „zgubę”. Kilkakrotnie zastanawiałem się już, co się dzieje z Konstantym Radziwiłłem, byłym zbawcą naszej służby zdrowia. No i okazuje się, że jednak jakoś sobie radzi! Nie umarł z głodu. Jest... wojewodą mazowieckim. Który teraz, łamiąc przepisy, skierował do szpitala swojego kolegę Karczewskiego.

Miała być jeszcze trzecia część tego tekstu. Zatytułowana „LEKARZE”. Dotycząca nie tylko lekarzy, ale całego naszego personelu medycznego. Nie mam już miejsca, więc nie zaczynam nawet tego tematu. Poświęcę im cały następny post. Teraz tylko mój apel. Dbajmy i chuchajmy na wspaniały personel naszych szpitali, przychodni i karetek! Walczą dla nas i za nas, więc i my musimy im zapewnić jakiś parasol ochronny, wdzięczność, serdeczność i pomoc. Choćby opiekując się ich dziećmi lub robiąc dla nich zakupy. Bo jeśli nie poniesiemy w wojnie z wirusem całkowitej klęski, to tylko dzięki nim. Na pewno nie dzięki rządowi Cepa.

[CC] Olga Mazur

Kretyn

Stanisława Karczewskiego określałem już przeróżnymi, mało pochlebnymi terminami. Dziś będzie kretynem, którym jest zresztą od zawsze. Ale to oczywiście nie jest jego największa wada. Gdyby chcieć podsumować jego „dokonania” w ciągu ostatnich 6 miesięcy, to można by to zrobić za pomocą jednego zdania. Wpierw próbował za wszelką cenę skompromitować, ośmieszyć i doprowadzić do dymisji Marszałka Grodzkiego, a gdy mu się to nie udało, wziął i się zaraził… Tyle. Powody jego zawiści, zazdrości i nienawiści do Marszałka są dla wszystkich oczywiste. Brudne metody i chamskie insynuacje, jakie stosował – nie do zaakceptowania, nawet u PIS-owca. Bo pełnił jedną z najważniejszych funkcji w państwie. A to jednak do czegoś zobowiązuje. Ale nawet w tym knuciu i oczernianiu okazał się żałosny i cieniutki, no i mało skuteczny. Zmienił więc chyba taktykę i postanowił zrobić z siebie herosa walki z kataklizmem, zbawcę setek rodaków, takiego doktora Judyma czasów zarazy. Pewnie wyobrażał sobie, że jak już wszystko wróci do normy, on zostanie wniesiony przez rozentuzjazmowany tłum swoich wyleczonych pacjentów do Senatu i obwołany nowym/starym Marszałkiem. Bo gdzie takiemu technokracie Grodzkiemu do „frontowego” bohatera?

Wejście miał dobre, z przytupem. Zanim zaczął pierwszy dyżur, już zdążył pokazać się w mediach na tle swojego szpitala. Tego samego, w którym przez 5 lat odwalał nielegalne fuchy. Usłyszeliśmy żarliwe, trącące nieco patosem zapewnienia, że oto opuścił swój bezpieczny gabinet w Senacie, bo każdy lekarz na wagę złota, bo Ojczyzna wzywa i takie tam… Gdybym tej kanalii nie znał wcześniej, to może bym i uwierzył. Ale wszystkim nam dał się poznać z jak najgorszej strony. Kiedyś, w poście mu poświęconym, nazwałem go „żmiją nasmarowaną smalcem”. W wielu komentarzach do tego posta wyrażaliście oburzenie, że porównałem bogu ducha winne żmije do „czegoś” takiego… I to jest chyba najlepsze podsumowanie jego walorów moralnych. Z poświęcaniem się dla dobra ogółu, ideowością, bezinteresownością i empatią ma on akurat tyle wspólnego, co Richard H. Czarnecki. Ofiarnością to on może potrafi zaimponować w kościele, ale na pewno nie w szpitalu.

No ale rozpoczął ten swój heroiczny bój z epidemią. Jeszcze nie zdążył nauczyć się zakładać maseczkę, a już wylądował na kwarantannie. Nie wiem, czy to on był winny złego rozpoznania choroby u pacjentki, czy ktoś inny. Ale personel szpitala pewnie odetchnął z ulgą, że mają go z głowy. Jego słowa „razem daliśmy i damy radę!” na pożegnanie brzmią zaś żałośnie, kretyńsko i fałszywie. Jakby zostały wyjęte z jakiegoś północnokoreańskiego filmu propagandowego lub melodramatu. Skoro on, po dwóch dyżurach w szpitalu, strzela takim patosem, to co powinni mówić np. lekarze z Powstania, którzy przez 2 miesiące operowali rannych, mając jako jedyne „narzędzia chirurgiczne” piłkę do drewna, tępy skalpel i igłę z nicią? No i bomby lecące ze Stukasów. Wicemarszałek Karczewski się nie nawalczył. Ale w mediach znalazły się zdjęcia jego ubranego w kombinezon i maskę, a nie innych lekarzy. Ot, przypadek… To się chyba nazywa „autopromocja”.

Przy okazji tego cyrku z Karczewskim odnalazłem pewną „zgubę”. Kilkakrotnie zastanawiałem się już, co się dzieje z Konstantym Radziwiłłem, byłym zbawcą naszej służby zdrowia. No i okazuje się, że jednak jakoś sobie radzi! Nie umarł z głodu. Jest... wojewodą mazowieckim. Który teraz, łamiąc przepisy, skierował do szpitala swojego kolegę Karczewskiego.

Miała być jeszcze trzecia część tego tekstu. Zatytułowana „LEKARZE”. Dotycząca nie tylko lekarzy, ale całego naszego personelu medycznego. Nie mam już miejsca, więc nie zaczynam nawet tego tematu. Poświęcę im cały następny post. Teraz tylko mój apel. Dbajmy i chuchajmy na wspaniały personel naszych szpitali, przychodni i karetek! Walczą dla nas i za nas, więc i my musimy im zapewnić jakiś parasol ochronny, wdzięczność, serdeczność i pomoc. Choćby opiekując się ich dziećmi lub robiąc dla nich zakupy. Bo jeśli nie poniesiemy w wojnie z wirusem całkowitej klęski, to tylko dzięki nim. Na pewno nie dzięki rządowi Cepa.

[CC] Olga Mazur
(259)

Pobierz PDF Wydrukuj