Poszukując polskiego DNA

  Po napisaniu sześćsetnego felietonu dla „Tygodnika Podhalańskiego” postanowiłem przyznać sobie nagrodę w postaci kolacji regionalnej, bo jeden z pierwszych moich tekstów lokalnych nosił tytuł Chlewik i traktował właśnie o lokalu pod tą nazwą. Od końca XIX w. chłopomania skutkuje sprawami wzniosłymi, choć i artystycznie, i funkcjonalnie dyskusyjnymi, ale także mizdrzeniem się inteligencji do górali, uważanych za wzór polskości, umiłowania wolności i ósmy cud świata. Jan Grzegorzewski, dziennikarz, orientalista i mitoman lansował pogląd, że by odzyskać niepodległość, cała Polska powinna się zgóralszczyć, nosząc góralskie odzienie, budując i mówiąc po góralsku. Z góralskiego stroju szeroko rozpowszechnił się tylko kapelusz, ofiarowywany przez plenipotentów góralskich reprezentantom najwyższych władz lub mających szansę w wyborach kandydatom. Przez wrodzoną lutosierność nie przypomnę ani nazwisk ani opcji politycznych owych dygnitarzy, którzy potem w dowód wdzięczności obsypywali kapeluszodawców swoją łaskawością, dotacjami lub programami w telewizji. Rozpowszechnianie się budownictwa pseudogóralskiego nie wyszło poza teren domków jednorodzinnych i willi popularnych pisarek, a góralszczyzna językowa po Sienkiewiczu, który używał jej do zabawnego archaizowania języka bohaterów powieści Krzyżacy, w wydaniu popularnym ograniczała się do określania lokalsów tytułami gazda i baca, obfitego sypania słowami krucafuks i dutki (przez “te”) oraz wtrącania możliwie sporej liczby przekleństw, co miało podkreślić jurność i bezkompromisową niezależność mówiącego. W obecności dam lub mediów do przekleństw dodaje się zwrot po góralsku mówiąc, co określa nas jako zaangażowanych emocjonalnie etnografów.

Nie możemy też zapomnieć o doprawianiu góralskimi paradygmatami produktów gastronomicznych. Placek po góralsku będzie poganiał placek po bacowsku, ów będzie prześcigał się z plackiem po juhasku, ten stanie w szranki z plackiem po pastersku, po zbójnicku i po myśliwsku, a my nie zapomnimy o jego pochodzeniu od placka po węgiersku, jako że węgierskość bywa uważana za najwyższy stopień polskiej góralskości (za stopień pośredni uważana jest słowackość).

Miłość do Zakopanego, której najpiękniejszym wyrazem jest utwór popularniejszy od Mazurka Dąbrowskiego i Boże, coś Polskę... czyli Miłość w Zakopanem, wymaga poświęceń. Stąd wiara w to, że pielgrzymka pod Giewont, okupiona wielogodzinną jazdą przez zakopiankę, księżycowymi cenami pensjonatów i zabójczą skutecznością tutejszej gastronomii przyniesie nam uleczenie z gruźlicy, depresji czy tęsknoty za wyższymi aspiracjami, jeden tydzień w Tatrach uczyni z nas Kukuczkę skrzyżowanego z Cejrowskim, jeden dzień na Krupówkach da nam popularność Edyty Górniak, a jedna upojna noc z Jackiem Kurskim pozwoli nam wykąpać się w wysokogórskim szampanie.

Powinniśmy też wszyscy odwiedzić miejscowe sanktuaria gastronomiczne, gdzie przy dźwiękach góralo-disco urzecze nas zapach oscypka, czyli owczego sera z mleka krowiego, wbrew polskiej naturze pokochamy moskola, ucieszymy się wdziękami polywki z kochuta (przez „ceha”) z makaronym, dopełnimy szczęścia dupskiem wieprza lub cyckami Zoścynej kury z bundzym i pomidorym oraz grulami obsmozonymi, a pełny odlot zapewni nam piwo z bombom lub (czego nie polecam...) góralska herba, czyli ziółka na słodko z wódką na ciepło.

Wiem już, czym uczczę kolejne 600 felietonów - popularnym daniem chińskim: mrożoną chryzantemą w sosie zniczowym...

[CC] Maciej Pinkwart

Cycki Zoścynej kury

Po napisaniu sześćsetnego felietonu dla „Tygodnika Podhalańskiego” postanowiłem przyznać sobie nagrodę w postaci kolacji regionalnej, bo jeden z pierwszych moich tekstów lokalnych nosił tytuł Chlewik i traktował właśnie o lokalu pod tą nazwą. Od końca XIX w. chłopomania skutkuje sprawami wzniosłymi, choć i artystycznie, i funkcjonalnie dyskusyjnymi, ale także mizdrzeniem się inteligencji do górali, uważanych za wzór polskości, umiłowania wolności i ósmy cud świata. Jan Grzegorzewski, dziennikarz, orientalista i mitoman lansował pogląd, że by odzyskać niepodległość, cała Polska powinna się zgóralszczyć, nosząc góralskie odzienie, budując i mówiąc po góralsku. Z góralskiego stroju szeroko rozpowszechnił się tylko kapelusz, ofiarowywany przez plenipotentów góralskich reprezentantom najwyższych władz lub mających szansę w wyborach kandydatom. Przez wrodzoną lutosierność nie przypomnę ani nazwisk ani opcji politycznych owych dygnitarzy, którzy potem w dowód wdzięczności obsypywali kapeluszodawców swoją łaskawością, dotacjami lub programami w telewizji. Rozpowszechnianie się budownictwa pseudogóralskiego nie wyszło poza teren domków jednorodzinnych i willi popularnych pisarek, a góralszczyzna językowa po Sienkiewiczu, który używał jej do zabawnego archaizowania języka bohaterów powieści Krzyżacy, w wydaniu popularnym ograniczała się do określania lokalsów tytułami gazda i baca, obfitego sypania słowami krucafuks i dutki (przez “te”) oraz wtrącania możliwie sporej liczby przekleństw, co miało podkreślić jurność i bezkompromisową niezależność mówiącego. W obecności dam lub mediów do przekleństw dodaje się zwrot po góralsku mówiąc, co określa nas jako zaangażowanych emocjonalnie etnografów.

Nie możemy też zapomnieć o doprawianiu góralskimi paradygmatami produktów gastronomicznych. Placek po góralsku będzie poganiał placek po bacowsku, ów będzie prześcigał się z plackiem po juhasku, ten stanie w szranki z plackiem po pastersku, po zbójnicku i po myśliwsku, a my nie zapomnimy o jego pochodzeniu od placka po węgiersku, jako że węgierskość bywa uważana za najwyższy stopień polskiej góralskości (za stopień pośredni uważana jest słowackość).

Miłość do Zakopanego, której najpiękniejszym wyrazem jest utwór popularniejszy od Mazurka Dąbrowskiego i Boże, coś Polskę... czyli Miłość w Zakopanem, wymaga poświęceń. Stąd wiara w to, że pielgrzymka pod Giewont, okupiona wielogodzinną jazdą przez zakopiankę, księżycowymi cenami pensjonatów i zabójczą skutecznością tutejszej gastronomii przyniesie nam uleczenie z gruźlicy, depresji czy tęsknoty za wyższymi aspiracjami, jeden tydzień w Tatrach uczyni z nas Kukuczkę skrzyżowanego z Cejrowskim, jeden dzień na Krupówkach da nam popularność Edyty Górniak, a jedna upojna noc z Jackiem Kurskim pozwoli nam wykąpać się w wysokogórskim szampanie.

Powinniśmy też wszyscy odwiedzić miejscowe sanktuaria gastronomiczne, gdzie przy dźwiękach góralo-disco urzecze nas zapach oscypka, czyli owczego sera z mleka krowiego, wbrew polskiej naturze pokochamy moskola, ucieszymy się wdziękami polywki z kochuta (przez „ceha”) z makaronym, dopełnimy szczęścia dupskiem wieprza lub cyckami Zoścynej kury z bundzym i pomidorym oraz grulami obsmozonymi, a pełny odlot zapewni nam piwo z bombom lub (czego nie polecam...) góralska herba, czyli ziółka na słodko z wódką na ciepło.

Wiem już, czym uczczę kolejne 600 felietonów - popularnym daniem chińskim: mrożoną chryzantemą w sosie zniczowym...

Maciej Pinkwart - strona WWW

[CC] Maciej Pinkwart
(226)

Pobierz PDF Wydrukuj