Krucjata poboczna

Czasem odnosi się wrażenie, że obecnie trwająca kościelna kampania przeciwko rzekomej ideologii LGBT, ochoczo wspierana (może wywołana?) przez władze i elektorat partii rządzącej nie jest zwykłą histerią czy fobią antyseksualną, obecną od czasów, gdy doktorzy Kościoła ustalili, że kobieta jest gorszą wersją mężczyzny, która nie została stworzona na obraz i podobieństwo Boga i rodzi się w wyniku uszkodzenia nasienia lub w następstwie wilgotnych wiatrów, a duszę otrzymuje w 80 dni po zapłodnieniu (zarodek męski już po 40 dniach). Cała ta awantura z LGBT wygląda tak, jak metoda „łapaj złodzieja”: najgłośniej przeciw gejom krzyczą ci, wśród których homoseksualizm wydaje się być częściej praktykowany niż w innych branżach, może poza więziennictwem, o transseksualizmie krytycznie mówią ci, dla których płeć zawodowa jest tą „trzecią” płcią: wszyscy mówimy, że na imprezie było kilku panów, kilka pań i ksiądz. Przebieranki mężczyzn w długie szaty nie muszą oznaczać transu czy chęci uzyskania niezdrowej podniety i są tylko środowiskowym dreskodem. Biseksualizm widać dobrze u niektórych bohaterów znanego filmu braci Sekielskich, zaś o czwartym składniku akronimu LGBT (les – gay – bi – trans) raczej zmilczę, z uwagi na tajemniczą atrakcyjność tej orientacji: sam nieraz się czuję blisko les, bo też wolę kobiety. Ewidentne jest zaś to, że krucjata przeciw LGBT ma na celu odwrócenie uwagi od moralnych i kryminalnych problemów księży.

Ale nie aprobuję nagonki na arcybiskupa Marka Jędraszewskiego, który nawoływał do przeciwstawiania się tęczowej zarazie, która nam grozi po ustąpieniu zarazy czerwonej. Ta miniona czerwona zaraza w ustach duszpasterza z pewnością nie dotyczy koloru bielizny (z napisem ROMA – AMOR), którą nauczanych przez siebie kleryków obdarowywał arcybiskup Juliusz Paetz, broniony przed upomnieniami watykańskimi przez swego ówczesnego podwładnego, właśnie M. Jędraszewskiego. Ale żadna prokuratura zarzutów Paetzowi nie postawiła, czas minął i sprawa jest tak płasko ukryta pod dywanem, że już jej w ogóle nie ma.

Nagonki nie aprobuję, bo jestem anarchistą i fanatykiem wolności słowa. Arcybiskup był u siebie i mógł tam mówić, co chciał. Nie namawiał nikogo do działalności przestępczej, ani nie łamał prawa w żaden inny sposób. Jędraszewski wykazał się po prostu nieznajomością sprawy lub usłużnością wobec obecnego trendu w PiS – i tyle. Nie rozumiem, jak można takich rzeczy słuchać, ale jeszcze bardziej nie rozumiem, jak można nad tym serio dyskutować. Tak jak śmieszy mnie deklaratywna troska o dzieci ze strony formalnie bezżennych i bezdzietnych osób duchownych i pana prezesa, tak samo bawi mnie potok deklaracji antyklerykalnych ze strony osób, które takiego Kościoła nie akceptują. Jawna ingerencja Kościoła instytucjonalnego w świeckie sprawy państwa to inna sprawa i należy się jej przeciwstawić jako sprzecznej z Konstytucją. Ale póki nikt mnie siłą nie zaciąga do kościoła, meczetu, cerkwi czy namiotu szamana – nic mnie nie obchodzi to, jakie bzdury się tam wygaduje. Tak samo, jak mnie nie obchodzi, czy ktoś jest L, czy G, czy B, czy T – jeśli nie muszę się do kogoś takiego - przepraszam za wyrażenie - dopasowywać.

[CC] Maciej Pinkwart

Krucjata poboczna

Czasem odnosi się wrażenie, że obecnie trwająca kościelna kampania przeciwko rzekomej ideologii LGBT, ochoczo wspierana (może wywołana?) przez władze i elektorat partii rządzącej nie jest zwykłą histerią czy fobią antyseksualną, obecną od czasów, gdy doktorzy Kościoła ustalili, że kobieta jest gorszą wersją mężczyzny, która nie została stworzona na obraz i podobieństwo Boga i rodzi się w wyniku uszkodzenia nasienia lub w następstwie wilgotnych wiatrów, a duszę otrzymuje w 80 dni po zapłodnieniu (zarodek męski już po 40 dniach). Cała ta awantura z LGBT wygląda tak, jak metoda „łapaj złodzieja”: najgłośniej przeciw gejom krzyczą ci, wśród których homoseksualizm wydaje się być częściej praktykowany niż w innych branżach, może poza więziennictwem, o transseksualizmie krytycznie mówią ci, dla których płeć zawodowa jest tą „trzecią” płcią: wszyscy mówimy, że na imprezie było kilku panów, kilka pań i ksiądz. Przebieranki mężczyzn w długie szaty nie muszą oznaczać transu czy chęci uzyskania niezdrowej podniety i są tylko środowiskowym dreskodem. Biseksualizm widać dobrze u niektórych bohaterów znanego filmu braci Sekielskich, zaś o czwartym składniku akronimu LGBT (les – gay – bi – trans) raczej zmilczę, z uwagi na tajemniczą atrakcyjność tej orientacji: sam nieraz się czuję blisko les, bo też wolę kobiety. Ewidentne jest zaś to, że krucjata przeciw LGBT ma na celu odwrócenie uwagi od moralnych i kryminalnych problemów księży.

Ale nie aprobuję nagonki na arcybiskupa Marka Jędraszewskiego, który nawoływał do przeciwstawiania się tęczowej zarazie, która nam grozi po ustąpieniu zarazy czerwonej. Ta miniona czerwona zaraza w ustach duszpasterza z pewnością nie dotyczy koloru bielizny (z napisem ROMA – AMOR), którą nauczanych przez siebie kleryków obdarowywał arcybiskup Juliusz Paetz, broniony przed upomnieniami watykańskimi przez swego ówczesnego podwładnego, właśnie M. Jędraszewskiego. Ale żadna prokuratura zarzutów Paetzowi nie postawiła, czas minął i sprawa jest tak płasko ukryta pod dywanem, że już jej w ogóle nie ma.

Nagonki nie aprobuję, bo jestem anarchistą i fanatykiem wolności słowa. Arcybiskup był u siebie i mógł tam mówić, co chciał. Nie namawiał nikogo do działalności przestępczej, ani nie łamał prawa w żaden inny sposób. Jędraszewski wykazał się po prostu nieznajomością sprawy lub usłużnością wobec obecnego trendu w PiS – i tyle. Nie rozumiem, jak można takich rzeczy słuchać, ale jeszcze bardziej nie rozumiem, jak można nad tym serio dyskutować. Tak jak śmieszy mnie deklaratywna troska o dzieci ze strony formalnie bezżennych i bezdzietnych osób duchownych i pana prezesa, tak samo bawi mnie potok deklaracji antyklerykalnych ze strony osób, które takiego Kościoła nie akceptują. Jawna ingerencja Kościoła instytucjonalnego w świeckie sprawy państwa to inna sprawa i należy się jej przeciwstawić jako sprzecznej z Konstytucją. Ale póki nikt mnie siłą nie zaciąga do kościoła, meczetu, cerkwi czy namiotu szamana – nic mnie nie obchodzi to, jakie bzdury się tam wygaduje. Tak samo, jak mnie nie obchodzi, czy ktoś jest L, czy G, czy B, czy T – jeśli nie muszę się do kogoś takiego - przepraszam za wyrażenie - dopasowywać.

Maciej Pinkwart - strona WWW

[CC] Maciej Pinkwart
(170)

Pobierz PDF Wydrukuj