Rozważania o religii w szkole

Witam, na pewno wielu spośród Państwa zaszokuje moja nowa teza, pozornie sprzeczna z dotąd głoszonymi postulatami:

NIE POWINNIŚMY WYPROWADZAĆ RELIGII ZE SZKÓŁ!

Do sformułowania takiego wezwania skłoniła mnie lektura najnowszej "Podstawy programowej katechezy Kościoła katolickiego w Polsce", sformułowanej przez episkopat w czerwcu 2018 i opublikowanej przez OKO.PRESS.

Zachęcam Państwa do wnikliwej analizy artykułu - a oto mały cytat z niego:

"Nauczanie religii prowadzi do tego, że młody człowiek staje bezbronny wobec własnej seksualności. Gdyby do końca przejął się katechezą, pogrążyłby się w poczuciu winy, że jest istotą seksualną i ulega popędom. Katecheza kształtująca postawę „posłuszeństwa” Bogu i religii, czyni go także bezbronnym wobec zagrożenia molestowania seksualnego, w tym zwłaszcza ze strony księży. Tym bardziej, że mogą oni posługiwać się takim właśnie przekazem „miłości i posłuszeństwa”, odwołując do opisu Kościoła jako przedstawiciela Boga na ziemi. Katecheza nie ma wiele wspólnego z nauczaniem innych przedmiotów. Jej celem jest „formowanie” dzieci i młodych ludzi. Jak to ujmuje dyrektor Biura Programowania Katechezy Episkopatu ks. Piotr Tomasik, ma „kształtować tożsamość kościelną”."

Muszę powiedzieć, że włosy zjeżyły mi się na głowie. Oto naczelne zło religii Kościół bezczelnie i otwarcie formułuje w postaci oficjalnego programu edukacyjnego polskiej młodzieży! Już raz jezuici przez stulecia "kształcili" pokolenia warcholskiej szlachty doprowadzając do upadku I Rzeczypospolitej. Teraz Kościół chce podporządkować sobie III!

W obliczu takiego zagrożenia postanowiłem wycofać się z postulatu wyprowadzenia religii ze szkoły, którego byłem gorącym orędownikiem. Paradoksalnie uświadomiłem sobie, że byłoby to rozwiązanie niewystarczające i niedostatecznie radykalne. Religię zostawić, a tylko WYRZUCIĆ ZE SZKÓŁ KSIĘŻY i równocześnie surowo im zakazać jakiejkolwiek działalności dydaktycznej wśród dzieci i młodzieży!

Zdałem sobie sprawę, co nastąpiłoby, gdybyśmy po prostu wyprowadzili ze szkoły religię. Po niechlubnej 29-letniej tradycji takiego "nauczania" istnieje na nie (niestety) wciąż duże zapotrzebowanie społeczne. Armia katechetów przeniosłaby się po prostu gdzie indziej (a miejsca Kościół ma dosyć) i kontynuowałaby swoją krecią robotę już w ogóle bez jakiejkolwiek monitoringu ze strony władz szkolnych. Być może liczba uczniów nieznacznie by zmalała, a budżet państwa zaoszczędziłby te 1,5 miliarda, które aktualnie wydaje aktualnie na katechetów. Ale zasadniczy problem pozostałby niezmieniony. Dalej doświadczeni indoktrynatorzy zatruwaliby serca i umysły dzieci i młodzieży i doprowadzaliby je do niebezpiecznych rozterek psychicznych oraz fundamentalizmu religijnego...

Dlatego proponuję inne rozwiązanie. Jest zapotrzebowanie społeczne na naukę religii? Proszę bardzo! Państwo zapewni naukę religii w oparciu o program sformułowany przez PAŃSTWO, a nie przez władze kościelne. Zajęcia będą prowadzone przez pracowników z wykształceniem dydaktycznym, jak zajęcia z wszystkich innych przedmiotów - nie przez dowolnych księży. Pracownicy ci, jak każdy inny nauczyciel, będą podlegać dyrekcji szkoły, a nie jakiemuś biskupowi. W programie takiej nauki religii nic nie stoi na przeszkodzie, aby uczciwie poinformować uczniów o stanowisku KK w różnych kwestiach etycznych. Ale zawsze z zastrzeżeniem, że np. świecka nauka widzi dane sprawy inaczej. Albo z porównaniem do stanowiska innych religii. W każdym razie zawsze tak, żeby uczeń wiedział, że zdobywa wiedzę, ale na temat własnych rozstrzygnięć ma prawo wyboru. Nikt nie kształtuje go w myśl pewnej określonej, jedynej do zaakceptowania reguły! Poznać Biblię? Proszę bardzo! Nawet należy.

Nie bez przyczyny ateisci zazwyczaj lepiej znają Biblię, niż większość wierzących. To ważne dzieło literackie, które ukształtowało sporą część dziedzictwa naszej kultury - filozofii, literatury, sztuki i muzyki. Nie wypada nie znać Biblii. Ale nie ukazujmy jej jako świętej księgi z prawdami objawionymi, nie podlegającymi dyskusji. Prawda - możemy śmiało nadmienić, że KK tak uważa. Nic złego się też nie stanie, jeśli dzieci wkują na pamięć główne prawdy wiary, albo porządek mszy. Być może zostaną kompozytorami i na coś się to im przyda. Ćwiczenie pamięci dobre, jak każde inne... Tak długo, jak będziemy je NAUCZAĆ, a nie indoktrynować określoną postawą moralną, nic złego się nie wydarzy.

Skąd wziął się nagle ten pomysł? Przede wszystkim z obserwacji sąsiadów. Żyję w Niemczech, gdzie również religia nauczana jest w szkołach (dobrowolnie). Ale nie dochodzi tu do żadnych niebezpiecznych przejawów fundamentalizmu religijnego, jakie obserwujemy w Polsce. Dlaczego? Ano podejrzewam, że właśnie dlatego, że programy religii układane są w ministerstwach szkolnictwa w Landach, a wykładaniem tego przedmiotu zajmują się osoby w tym kierunku wykształcone, z przygotowaniem pedagogicznym.

Bardzo bym chciał, żeby ten głos dotarł do tworzących przyszłe programy polityczne, zwłaszcza te Lewicy, z prośbą aby rozważyli. Rozważyli, czy jest aktualnie siła, która mogłaby w Polsce tak z dnia na dzień zetrzeć problem religii w 100%. A gdy dojdą do słusznego wniosku, że to raczej nierealne, to niech rozwazą, czy lepiej jest po prostu ją wypędzić i pozostawić nadal w rękach niebezpiecznych księży, czy też objąć nad nią kontrolę i stworzyć coś na pograniczu etyki i religioznawstwa. Nauczać i informować - ale nie formować potulne bydlęta w rękach KK.

Serdecznie pozdrawiam i liczę na burzliwą dyskusję.

[CC] Marek Wysocki

Rozważania o religii w szkole

Witam, na pewno wielu spośród Państwa zaszokuje moja nowa teza, pozornie sprzeczna z dotąd głoszonymi postulatami:

NIE POWINNIŚMY WYPROWADZAĆ RELIGII ZE SZKÓŁ!

Do sformułowania takiego wezwania skłoniła mnie lektura najnowszej "Podstawy programowej katechezy Kościoła katolickiego w Polsce", sformułowanej przez episkopat w czerwcu 2018 i opublikowanej przez OKO.PRESS.

Zachęcam Państwa do wnikliwej analizy artykułu - a oto mały cytat z niego:

"Nauczanie religii prowadzi do tego, że młody człowiek staje bezbronny wobec własnej seksualności. Gdyby do końca przejął się katechezą, pogrążyłby się w poczuciu winy, że jest istotą seksualną i ulega popędom. Katecheza kształtująca postawę „posłuszeństwa” Bogu i religii, czyni go także bezbronnym wobec zagrożenia molestowania seksualnego, w tym zwłaszcza ze strony księży. Tym bardziej, że mogą oni posługiwać się takim właśnie przekazem „miłości i posłuszeństwa”, odwołując do opisu Kościoła jako przedstawiciela Boga na ziemi. Katecheza nie ma wiele wspólnego z nauczaniem innych przedmiotów. Jej celem jest „formowanie” dzieci i młodych ludzi. Jak to ujmuje dyrektor Biura Programowania Katechezy Episkopatu ks. Piotr Tomasik, ma „kształtować tożsamość kościelną”."

Muszę powiedzieć, że włosy zjeżyły mi się na głowie. Oto naczelne zło religii Kościół bezczelnie i otwarcie formułuje w postaci oficjalnego programu edukacyjnego polskiej młodzieży! Już raz jezuici przez stulecia "kształcili" pokolenia warcholskiej szlachty doprowadzając do upadku I Rzeczypospolitej. Teraz Kościół chce podporządkować sobie III!

W obliczu takiego zagrożenia postanowiłem wycofać się z postulatu wyprowadzenia religii ze szkoły, którego byłem gorącym orędownikiem. Paradoksalnie uświadomiłem sobie, że byłoby to rozwiązanie niewystarczające i niedostatecznie radykalne. Religię zostawić, a tylko WYRZUCIĆ ZE SZKÓŁ KSIĘŻY i równocześnie surowo im zakazać jakiejkolwiek działalności dydaktycznej wśród dzieci i młodzieży!

Zdałem sobie sprawę, co nastąpiłoby, gdybyśmy po prostu wyprowadzili ze szkoły religię. Po niechlubnej 29-letniej tradycji takiego "nauczania" istnieje na nie (niestety) wciąż duże zapotrzebowanie społeczne. Armia katechetów przeniosłaby się po prostu gdzie indziej (a miejsca Kościół ma dosyć) i kontynuowałaby swoją krecią robotę już w ogóle bez jakiejkolwiek monitoringu ze strony władz szkolnych. Być może liczba uczniów nieznacznie by zmalała, a budżet państwa zaoszczędziłby te 1,5 miliarda, które aktualnie wydaje aktualnie na katechetów. Ale zasadniczy problem pozostałby niezmieniony. Dalej doświadczeni indoktrynatorzy zatruwaliby serca i umysły dzieci i młodzieży i doprowadzaliby je do niebezpiecznych rozterek psychicznych oraz fundamentalizmu religijnego...

Dlatego proponuję inne rozwiązanie. Jest zapotrzebowanie społeczne na naukę religii? Proszę bardzo! Państwo zapewni naukę religii w oparciu o program sformułowany przez PAŃSTWO, a nie przez władze kościelne. Zajęcia będą prowadzone przez pracowników z wykształceniem dydaktycznym, jak zajęcia z wszystkich innych przedmiotów - nie przez dowolnych księży. Pracownicy ci, jak każdy inny nauczyciel, będą podlegać dyrekcji szkoły, a nie jakiemuś biskupowi. W programie takiej nauki religii nic nie stoi na przeszkodzie, aby uczciwie poinformować uczniów o stanowisku KK w różnych kwestiach etycznych. Ale zawsze z zastrzeżeniem, że np. świecka nauka widzi dane sprawy inaczej. Albo z porównaniem do stanowiska innych religii. W każdym razie zawsze tak, żeby uczeń wiedział, że zdobywa wiedzę, ale na temat własnych rozstrzygnięć ma prawo wyboru. Nikt nie kształtuje go w myśl pewnej określonej, jedynej do zaakceptowania reguły! Poznać Biblię? Proszę bardzo! Nawet należy.

Nie bez przyczyny ateisci zazwyczaj lepiej znają Biblię, niż większość wierzących. To ważne dzieło literackie, które ukształtowało sporą część dziedzictwa naszej kultury - filozofii, literatury, sztuki i muzyki. Nie wypada nie znać Biblii. Ale nie ukazujmy jej jako świętej księgi z prawdami objawionymi, nie podlegającymi dyskusji. Prawda - możemy śmiało nadmienić, że KK tak uważa. Nic złego się też nie stanie, jeśli dzieci wkują na pamięć główne prawdy wiary, albo porządek mszy. Być może zostaną kompozytorami i na coś się to im przyda. Ćwiczenie pamięci dobre, jak każde inne... Tak długo, jak będziemy je NAUCZAĆ, a nie indoktrynować określoną postawą moralną, nic złego się nie wydarzy.

Skąd wziął się nagle ten pomysł? Przede wszystkim z obserwacji sąsiadów. Żyję w Niemczech, gdzie również religia nauczana jest w szkołach (dobrowolnie). Ale nie dochodzi tu do żadnych niebezpiecznych przejawów fundamentalizmu religijnego, jakie obserwujemy w Polsce. Dlaczego? Ano podejrzewam, że właśnie dlatego, że programy religii układane są w ministerstwach szkolnictwa w Landach, a wykładaniem tego przedmiotu zajmują się osoby w tym kierunku wykształcone, z przygotowaniem pedagogicznym.

Bardzo bym chciał, żeby ten głos dotarł do tworzących przyszłe programy polityczne, zwłaszcza te Lewicy, z prośbą aby rozważyli. Rozważyli, czy jest aktualnie siła, która mogłaby w Polsce tak z dnia na dzień zetrzeć problem religii w 100%. A gdy dojdą do słusznego wniosku, że to raczej nierealne, to niech rozwazą, czy lepiej jest po prostu ją wypędzić i pozostawić nadal w rękach niebezpiecznych księży, czy też objąć nad nią kontrolę i stworzyć coś na pograniczu etyki i religioznawstwa. Nauczać i informować - ale nie formować potulne bydlęta w rękach KK.

Serdecznie pozdrawiam i liczę na burzliwą dyskusję.

[CC] Marek Wysocki
(167)

Pobierz PDF Wydrukuj