Dwie strony Bastylii

  Po pożarze katedry Notre-Dame wróciła na łamy światowych mediów sprawa Francji i jej problemów. Przed pożarem – niestety także po nim – dramatyczne wydarzenia związane były z populistycznym buntem tzw. ruchu żółtych kamizelek, zawiązanego niby-spontanicznie po tym, jak rząd wprowadził kolejne podwyżki cen paliwa. Potem protestowano przeciw innym rosnącym kosztom życia, a na koniec w ogóle przeciw wszystkiemu, na zasadzieprecz z preczem. Jak zwykle, do manifestacji, które zresztą od początku nie były pokojowe, dołączyli zadymiarze, biedota muzułmańska i zwykli bandyci. Dwa lata temu, kiedy 40-letni wówczas Emanuel Macron, były socjalista, były bankier, były minister, mimo to – w odniesieniu do tradycji francuskich – człowiek znikąd, pokonał w wyborach Marine Le Pen – wydawało się, że niebezpieczeństwo zepchnięcia Francji z poparciem Moskwy na prawo zostało zażegnane. Jego przegrana konkurentka do elizejskiego tronu miała proste recepty na szczęście: precz z Unią Europejską, powrót do franka, Arabowie do Arabii, imigranci won do Polski czy gdziekolwiek, nie przesadzajmy z ekologią, walka z korupcją u innych i wara od tego czy Putin ją finansuje czy nie. Ale od dwóch lat rządzi Macron, radykał prounijny i proekologiczny, też mający prostą receptę na sukces: praca i współpraca, integracja i wspólnota, praworządność dla wszystkich, a nie w imieniu wszystkich. Nie wyszło, ani we Francji, ani w Unii – co dowodzi, że procesy społeczne nie zależą od wieku i sprawności intelektualnej przywódców. U nas rządzą omszali emeryci i udaje im się lepiej: dla wyborców dosypka do żłobu i opozycja może sobie gadać co chce, lud zagłosuje za kolejnym plusem w portfelu.

Nie wygląda na to, że Macron Francję uszczęśliwił. To, co się tam teraz dzieje pokazuje po pierwsze na to, że nie ma prostych recept na szczęście, a po drugie – że, być może, świat zabrnął już w ślepy zaułek, z którego jedynym wyjściem będzie unicestwienie naszego gatunku, po czym matka ewolucja będzie musiała się pofatygować i zacząć wszystko od początku. Albo od szczurów i karaluchów, które podobno przetrwają wszystko: Macrona i Trumpa, Putina i Merkel, Kaczora i Donalda, a nawet Czarneckiego i Millera, choć oni też wydają się niezniszczalni i obaj byli w Samoobronie. Jedyna nadzieja tkwi w działaniach Elona Muska i jego inteligentnych robotów, które pogodzą żółte kamizelki z koronkowymi stringami z Koniakowej, po czym odlecą na Marsa, a Ziemia wróci do czasów chaosu, gdy jeno duch boży unosił się nad wodami.

Największą, jeśli nie jedyną zaletą Macrona jest jego młodość i oryginalność: to jedyny polityk, który ma za żonę znacznie starszą od siebie własną nauczycielkę. Francuzi lubią dziwactwa, w tym święto 14 Lipca, upamiętniające zdobycie przez lud Bastylii, w 1789 r. bronionej przez kilkudziesięciu weteranów, inwalidów i obcokrajowców. Uwolniono więźniów reżimu: czterech fałszerzy pieniędzy, hrabiego-kazirodcę i dwóch szaleńców. Nawet markiza de Sade wywieziono stamtąd parę dni wcześniej. Kamienie z twierdzy wykorzystano przy budowie placu Zgody, gdzie stanęła pierwsza gilotyna. Nie ma prostych rozwiązań w kraju, gdzie jest 246 gatunków sera.

[CC] Maciej Pinkwart

Dwie strony Bastylii

  Po pożarze katedry Notre-Dame wróciła na łamy światowych mediów sprawa Francji i jej problemów. Przed pożarem – niestety także po nim – dramatyczne wydarzenia związane były z populistycznym buntem tzw. ruchu żółtych kamizelek, zawiązanego niby-spontanicznie po tym, jak rząd wprowadził kolejne podwyżki cen paliwa. Potem protestowano przeciw innym rosnącym kosztom życia, a na koniec w ogóle przeciw wszystkiemu, na zasadzieprecz z preczem. Jak zwykle, do manifestacji, które zresztą od początku nie były pokojowe, dołączyli zadymiarze, biedota muzułmańska i zwykli bandyci. Dwa lata temu, kiedy 40-letni wówczas Emanuel Macron, były socjalista, były bankier, były minister, mimo to – w odniesieniu do tradycji francuskich – człowiek znikąd, pokonał w wyborach Marine Le Pen – wydawało się, że niebezpieczeństwo zepchnięcia Francji z poparciem Moskwy na prawo zostało zażegnane. Jego przegrana konkurentka do elizejskiego tronu miała proste recepty na szczęście: precz z Unią Europejską, powrót do franka, Arabowie do Arabii, imigranci won do Polski czy gdziekolwiek, nie przesadzajmy z ekologią, walka z korupcją u innych i wara od tego czy Putin ją finansuje czy nie. Ale od dwóch lat rządzi Macron, radykał prounijny i proekologiczny, też mający prostą receptę na sukces: praca i współpraca, integracja i wspólnota, praworządność dla wszystkich, a nie w imieniu wszystkich. Nie wyszło, ani we Francji, ani w Unii – co dowodzi, że procesy społeczne nie zależą od wieku i sprawności intelektualnej przywódców. U nas rządzą omszali emeryci i udaje im się lepiej: dla wyborców dosypka do żłobu i opozycja może sobie gadać co chce, lud zagłosuje za kolejnym plusem w portfelu.

Nie wygląda na to, że Macron Francję uszczęśliwił. To, co się tam teraz dzieje pokazuje po pierwsze na to, że nie ma prostych recept na szczęście, a po drugie – że, być może, świat zabrnął już w ślepy zaułek, z którego jedynym wyjściem będzie unicestwienie naszego gatunku, po czym matka ewolucja będzie musiała się pofatygować i zacząć wszystko od początku. Albo od szczurów i karaluchów, które podobno przetrwają wszystko: Macrona i Trumpa, Putina i Merkel, Kaczora i Donalda, a nawet Czarneckiego i Millera, choć oni też wydają się niezniszczalni i obaj byli w Samoobronie. Jedyna nadzieja tkwi w działaniach Elona Muska i jego inteligentnych robotów, które pogodzą żółte kamizelki z koronkowymi stringami z Koniakowej, po czym odlecą na Marsa, a Ziemia wróci do czasów chaosu, gdy jeno duch boży unosił się nad wodami.

Największą, jeśli nie jedyną zaletą Macrona jest jego młodość i oryginalność: to jedyny polityk, który ma za żonę znacznie starszą od siebie własną nauczycielkę. Francuzi lubią dziwactwa, w tym święto 14 Lipca, upamiętniające zdobycie przez lud Bastylii, w 1789 r. bronionej przez kilkudziesięciu weteranów, inwalidów i obcokrajowców. Uwolniono więźniów reżimu: czterech fałszerzy pieniędzy, hrabiego-kazirodcę i dwóch szaleńców. Nawet markiza de Sade wywieziono stamtąd parę dni wcześniej. Kamienie z twierdzy wykorzystano przy budowie placu Zgody, gdzie stanęła pierwsza gilotyna. Nie ma prostych rozwiązań w kraju, gdzie jest 246 gatunków sera.

Maciej Pinkwart - strona WWW

[CC] Maciej Pinkwart
(149)

Pobierz PDF Wydrukuj