Babcia Krypcia

  Jesteśmy różni i co jednemu z nas wydaje się ważne, dla drugiego jest nieistotne. A to oznacza, że mamy różne oczekiwania, bo różne mamy pragnienia. Inne też przyświecają nam – ambicje.

Pośród nagromadzenia tych sprzecznych żądań wobec siebie, łączy nas tyko jedno: chcemy żyć NORMALNIE. Ale czy to nasze pragnienie jest realne? Myślę, że wątpię.

Chcemy żyć normalnie, zwłaszcza wtedy, gdy zaczynamy narzekać na pogarszający się stan zdrowia. Dostrzegać, że dzieje się nami coś złego, np. chodzimy gorzej i wolniej, a nasze ręce nie potrafią utrzymać szklanki z herbatą.

Nasz pewny, śmiały, odważny krok zmienia się, staje się strachliwy, rozdygotany i ostrożny. Nagle stwierdzamy, że częściej, niż w lesie, w górach, lub nad jeziorem, można zobaczyć nas w przychodni, że nieuchronnie stajemy się bywalcami lecznic, a choroby nie oszczędzają nas i prześladują coraz częściej.

Chcemy żyć. Z zazdrością patrzymy na ludzi, którzy nie zdają sobie sprawy, co to znaczy – niemoc. Są zdrowi, potrafią poruszać się tam, gdzie my już nie potrafimy istnieć bez nich.

Z zazdrością patrzymy na naszych znajomych, patrzymy, jak oddalają się od nas, jak powiększają dzielący nas dystans i nikną za horyzontem, jak przestajemy się rozumieć i z każdym postępem naszej choroby jesteśmy dla nich coraz bardziej obcy, coraz mniej realni.

Nie mają pojęcia o świecie naszych zmartwień. Naiwnie myślą, że nigdy się w nim nie znajdą, że ominie ich nasz los.

Nasz los, to bezustanny świat pomyłek, niepowodzeń, trwożliwego rozglądania się za nadzieją. To świat obaw, złego samopoczucia i wiecznych iluzji, świat opatrunków, protez i odleżyn.

Przedtem należeliśmy do świata ludzi zdrowych. Teraz mamy własny. Zamknięty i szczelny. Bliźni z naszego poprzedniego życia, nie chcą do niego wejść. Bronią się przed nim. Boją się nas. Nie wiedzą, jak się wobec nas zachować, jak z nami rozmawiać. Są sztuczni, spięci, a ich reakcje świadczą o zakłopotaniu.

Dopóki poruszaliśmy się jak oni, dokąd nie wyróżnialiśmy się z otoczenia i nie trzeba było iść trzymając nas za rękę, mogli udawać, że jest, jak przedtem.

Jak mogą go sobie wyobrazić, skoro ich największym bólem było cofnięcie immunitetu? Jakie mają doświadczenia z prawdziwym cierpieniem, skoro przez całe swoje życie nie byli ani razu u lekarza, szpital znają tylko z przedwyborczych wizyt i reportaży telewizyjnych, a o problemach naszej Służby Zdrowia słyszeli w rządowych Wiadomościach?

Czekamy więc, by ktoś zajął się definitywnym rozwiązywaniem naszych spraw. By jakaś partia, oprócz szachrajskich zapewnień o tym, jak to chce nam ułatwić życie, zaczęła wreszcie wprowadzać w czyn swoje szumne obietnice.

Obietnice, z którymi od lat nie potrafimy sobie poradzić. Lecz które w innych państwach przechodzących ustrojową transformację, zostały raz na zawsze rozwiązane. Przeprowadzone i zapomniane, a nie, jak u nas, wlokące się niczym bąk po gaciach.

Mowa o tak odwiecznych problemach, jak powracające teczki, ciągłe odgrzewanie lustracyjnych kotletów, ręcznie sterowane, a w samą porę pojawiające się przecieki afer, niesprawdzonych podejrzeń i opowiadania bajek nazywanych spiskowymi teoriami.

To nam spędza sen z powiek, to nas podnieca i absorbuje do tego stopnia, że na sprawy związane z realnymi zagadnieniami zbrakło nam czasu; za bardzo kusi nas atrakcyjna wizja politycznej dulszczyzny. Nazbyt nurtuje plotkarski świat pomówień i oszczerstw.

[CC] Marek Jastrząb

Polityczna dulszczyzna

  Jesteśmy różni i co jednemu z nas wydaje się ważne, dla drugiego jest nieistotne. A to oznacza, że mamy różne oczekiwania, bo różne mamy pragnienia. Inne też przyświecają nam – ambicje.

Pośród nagromadzenia tych sprzecznych żądań wobec siebie, łączy nas tyko jedno: chcemy żyć NORMALNIE. Ale czy to nasze pragnienie jest realne? Myślę, że wątpię.

Chcemy żyć normalnie, zwłaszcza wtedy, gdy zaczynamy narzekać na pogarszający się stan zdrowia. Dostrzegać, że dzieje się nami coś złego, np. chodzimy gorzej i wolniej, a nasze ręce nie potrafią utrzymać szklanki z herbatą.

Nasz pewny, śmiały, odważny krok zmienia się, staje się strachliwy, rozdygotany i ostrożny. Nagle stwierdzamy, że częściej, niż w lesie, w górach, lub nad jeziorem, można zobaczyć nas w przychodni, że nieuchronnie stajemy się bywalcami lecznic, a choroby nie oszczędzają nas i prześladują coraz częściej.

Chcemy żyć. Z zazdrością patrzymy na ludzi, którzy nie zdają sobie sprawy, co to znaczy – niemoc. Są zdrowi, potrafią poruszać się tam, gdzie my już nie potrafimy istnieć bez nich.

Z zazdrością patrzymy na naszych znajomych, patrzymy, jak oddalają się od nas, jak powiększają dzielący nas dystans i nikną za horyzontem, jak przestajemy się rozumieć i z każdym postępem naszej choroby jesteśmy dla nich coraz bardziej obcy, coraz mniej realni.

Nie mają pojęcia o świecie naszych zmartwień. Naiwnie myślą, że nigdy się w nim nie znajdą, że ominie ich nasz los.

Nasz los, to bezustanny świat pomyłek, niepowodzeń, trwożliwego rozglądania się za nadzieją. To świat obaw, złego samopoczucia i wiecznych iluzji, świat opatrunków, protez i odleżyn.

Przedtem należeliśmy do świata ludzi zdrowych. Teraz mamy własny. Zamknięty i szczelny. Bliźni z naszego poprzedniego życia, nie chcą do niego wejść. Bronią się przed nim. Boją się nas. Nie wiedzą, jak się wobec nas zachować, jak z nami rozmawiać. Są sztuczni, spięci, a ich reakcje świadczą o zakłopotaniu.

Dopóki poruszaliśmy się jak oni, dokąd nie wyróżnialiśmy się z otoczenia i nie trzeba było iść trzymając nas za rękę, mogli udawać, że jest, jak przedtem.

Jak mogą go sobie wyobrazić, skoro ich największym bólem było cofnięcie immunitetu? Jakie mają doświadczenia z prawdziwym cierpieniem, skoro przez całe swoje życie nie byli ani razu u lekarza, szpital znają tylko z przedwyborczych wizyt i reportaży telewizyjnych, a o problemach naszej Służby Zdrowia słyszeli w rządowych Wiadomościach?

Czekamy więc, by ktoś zajął się definitywnym rozwiązywaniem naszych spraw. By jakaś partia, oprócz szachrajskich zapewnień o tym, jak to chce nam ułatwić życie, zaczęła wreszcie wprowadzać w czyn swoje szumne obietnice.

Obietnice, z którymi od lat nie potrafimy sobie poradzić. Lecz które w innych państwach przechodzących ustrojową transformację, zostały raz na zawsze rozwiązane. Przeprowadzone i zapomniane, a nie, jak u nas, wlokące się niczym bąk po gaciach.

Mowa o tak odwiecznych problemach, jak powracające teczki, ciągłe odgrzewanie lustracyjnych kotletów, ręcznie sterowane, a w samą porę pojawiające się przecieki afer, niesprawdzonych podejrzeń i opowiadania bajek nazywanych spiskowymi teoriami.

To nam spędza sen z powiek, to nas podnieca i absorbuje do tego stopnia, że na sprawy związane z realnymi zagadnieniami zbrakło nam czasu; za bardzo kusi nas atrakcyjna wizja politycznej dulszczyzny. Nazbyt nurtuje plotkarski świat pomówień i oszczerstw.

[CC] Marek Jastrząb
(146)

Pobierz PDF Wydrukuj