Brama

  3 czerwca byłem w Europejskim Centrum Solidarności. Byłem po raz pierwszy. Z ogrodu letniego na dachu oglądałem to, co ze Stoczni '81 pozostało. Wróciły wspomnienia z 81 roku. Widziałem znajome budynki, drogi, a szczególnie bramę nr 2 z wartownią, gdzie – przed laty wisiałem na szczeblach podczas strajku i przez którą wyprowadzało mnie ZOMO w szpalerze „ścieżki zdrowia”. Widziałem Krzyże na placu, które w kanałach okablowywałem wykonując ich oświetlenie. Widziałem most pontonowy na wyspę Ostrów, tak wiele razy przekraczany, przypomniałem sobie drewniane, prefabrykowane budynki biurowe, zwane przez nas „domontami”, które stały kiedyś tam, gdzie ECS dzisiaj. Wszystko sobie przypomniałem i… nie pojechałem na obchody 4 czerwca.

W Stoczni '81 byliśmy z wyboru, baliśmy się, ale nie szliśmy do domu, zdeterminowani i zmotywowani trwaliśmy, wciskając twarze w stalowe sztachety bramy. Z bunkra przeciwatomowego władza nadawała komunikaty i wzywała do rozejścia. Sam ten bunkier konserwowałem w zakresie łączności, więc doskonale był mi znany. Nikt nie wiedział, co z nami będzie, ale trwaliśmy wewnątrz, bo wyjście ze Stoczni nie gwarantowało możliwości wejścia. Byliśmy brudni, w ubraniach roboczych, z obtartymi kaskami i butami ze stalowymi noskami, i blachą w podeszwie. Jakże inni, niż ci dzisiejsi ludzie z dudowej Solidarności...

W 89 roku świat zobaczył bezkrwawą rewolucję, pierwsze, częściowo wolne wybory, jak się wtedy cieszyliśmy…

Wtedy pokazaliśmy światu, że pragmatyzm i wolność , a również interes różnych grup społecznych jest ważniejszy od zacietrzewienia politycznego i chęci odwetu. I ludzie władzy, i ludzie Solidarności, dostrzegli korzyści z dogadania.

Po wyborach, część opozycjonistów zrobiła strzałkę do Warszawy, część ludzi peerelowskiej władzy w tej Warszawie pozostała, a część obywateli obu obozów po prostu poszła w biznes, bo wreszcie było można bez ograniczeń.

Transformacja ustrojowa poszła szybko i pokazowo dla świata. Oczywiście budowano, ale i kradziono, tworzono, ale i burzono; były błędy i celowe łajdactwa, ale była i nadzieja, piękno wolności, i błyskawiczny rozwój kraju.

W Warszawie powstał miks polityczny: Solidarnościowcy się światopoglądowo i koniunkturalnie podzielili, a do nich dokleili się różni ludzie byłego peerelu, którzy nie znaleźli swojego miejsca w SLD. Do byłych działaczy, jak muchy do miodu, zaczęli ściągać różni ludzie, którzy stan wojenny przespali, ale teraz przypomnieli sobie o fruktach, którymi Warszawa dzieli.

Po drodze okazało się, że Kościół Katolicki, tak potrzebny w walce stanu wojennego, okazał się kompletnie sprzedany służbom PRLu, Rydzyk ukradł moje cegiełki na Stocznię Gdańską, wszędzie zawisły krzyże, teczki ludzi kościoła Kiszczak przekazał Episkopatowi, a pewnie kopie na Kremlu do dzisiaj leżą. Dzisiaj okazało się ponadto, że ten Kościół był moralnie zepsuty, bezkarnie gwałcił dzieci, a czołowi kapłani okazali się pedofilami.

To oddanie wierze i kościołowi aż kapie ze ściany pamięci przy Krzyżach Stoczniowych. Sejm, urzędy państwowe, szkoły, wszystko zostało ukrzyżowane państwowo.

Warszawa została zdobyta przez część Solidaruchów, część Pezetpeerowców, Kościół Katolicki i Śpiochów spod kołderki. Oczywistym było nieuchronne branie się za łby w walce o władzę. Wszystkie świństwa na pokład, granie historią i teczkami, uwłaszczanie się Kościoła na majątku narodowym, szarpanie państwowej kołdry do siebie i zażarta walka o stołki polityczne. Powstały nowe koterie i grupy interesów politycznych, które – bez względu na opcję polityczną, na kolanach biły pokłony wierności Kościołowi. Tenże Kościół wspierał wszystkich, którzy akurat rządzili, zgodnie z wieloletnią tradycją, by owoców z władzy jak najwięcej strząsnąć. Agenci Moskwy, jak Macierewicz, próbowali zrobić pucz wojskowy w 93 r., wyrwali polskim służbom zęby likwidując WSI, wszechobecne wytykanie się politycznym i historycznym palcem osiągnęło poziom szamba, więc wszyscy ochoczo do niego wskoczyli, bo – jak nie ma argumentów, pozostaje łajno.

Okazało się ponadto, że grupa ludzi skupiona koło panów – Chrzanowskiego, Mazowieckiego i innych, już pod koniec lat osiemdziesiątych pracowała nad wprowadzeniem konkordatu do Polski. Lizanie tylnej części ciała Episkopatowi przez wszystkich aktorów politycznych od prawa do lewa, spowodowało niekonstytucyjne i oszukańcze podpisanie, i ratyfikowanie konkordatu.

Marszałek Płażyński nie miał problemów z oszustwem w głosowaniu, a Prezydent Kwaśniewski w ogóle nie miał wątpliwości konstytucyjnych, tak bardzo piliło go do spotkania wizerunkowego z Janem Pawłem II, który – jak mógł – zakopywał kościelną pedofilię pod watykański dywan.

Dzisiaj cała „wycieczka” warszawska po władzę nawala się bez pardonu gnojem. Byle bardziej śmierdziało. Ludzie, którzy kiedyś razem walczyli o wolność z ludźmi, którzy się później z nimi dogadali, wszyscy grają patosem, symbolami, celebrą i najmocniejszym patriotyzmem, aż się chce rzygać. Celebra wszechobecna, a to taka rocznica, a to inna, a to „wyklęci”, a to ofiary; prawda historyczna pozostała w kącie, liczy się efekt celebry, pufff! I ludzie się jarają, popierają, wytykają przeciwników i „zdrajców” Ojczyzny. Tych zdrajców nigdy tak wielu nie było, jak teraz; połowa obywateli niedługo zdradzi.

Nie znoszę celebry, nie znoszę populizmu, pragnę spokoju, pokojowego przemijania z uśmiechem i w dobrobycie, tym moim, malutkim, na słoneczku z zimnym piwkiem i ze skowronkiem nad głową. Niech was – politycy wszystkich opcji – szlag trafi. Łajzy się porobiły, a takie wszystko było złote i piękne...

[CC] Wojtek Chmieliński

Brama

  3 czerwca byłem w Europejskim Centrum Solidarności. Byłem po raz pierwszy. Z ogrodu letniego na dachu oglądałem to, co ze Stoczni '81 pozostało. Wróciły wspomnienia z 81 roku. Widziałem znajome budynki, drogi, a szczególnie bramę nr 2 z wartownią, gdzie – przed laty wisiałem na szczeblach podczas strajku i przez którą wyprowadzało mnie ZOMO w szpalerze „ścieżki zdrowia”. Widziałem Krzyże na placu, które w kanałach okablowywałem wykonując ich oświetlenie. Widziałem most pontonowy na wyspę Ostrów, tak wiele razy przekraczany, przypomniałem sobie drewniane, prefabrykowane budynki biurowe, zwane przez nas „domontami”, które stały kiedyś tam, gdzie ECS dzisiaj. Wszystko sobie przypomniałem i… nie pojechałem na obchody 4 czerwca.

W Stoczni '81 byliśmy z wyboru, baliśmy się, ale nie szliśmy do domu, zdeterminowani i zmotywowani trwaliśmy, wciskając twarze w stalowe sztachety bramy. Z bunkra przeciwatomowego władza nadawała komunikaty i wzywała do rozejścia. Sam ten bunkier konserwowałem w zakresie łączności, więc doskonale był mi znany. Nikt nie wiedział, co z nami będzie, ale trwaliśmy wewnątrz, bo wyjście ze Stoczni nie gwarantowało możliwości wejścia. Byliśmy brudni, w ubraniach roboczych, z obtartymi kaskami i butami ze stalowymi noskami, i blachą w podeszwie. Jakże inni, niż ci dzisiejsi ludzie z dudowej Solidarności...

W 89 roku świat zobaczył bezkrwawą rewolucję, pierwsze, częściowo wolne wybory, jak się wtedy cieszyliśmy…

Wtedy pokazaliśmy światu, że pragmatyzm i wolność , a również interes różnych grup społecznych jest ważniejszy od zacietrzewienia politycznego i chęci odwetu. I ludzie władzy, i ludzie Solidarności, dostrzegli korzyści z dogadania.

Po wyborach, część opozycjonistów zrobiła strzałkę do Warszawy, część ludzi peerelowskiej władzy w tej Warszawie pozostała, a część obywateli obu obozów po prostu poszła w biznes, bo wreszcie było można bez ograniczeń.

Transformacja ustrojowa poszła szybko i pokazowo dla świata. Oczywiście budowano, ale i kradziono, tworzono, ale i burzono; były błędy i celowe łajdactwa, ale była i nadzieja, piękno wolności, i błyskawiczny rozwój kraju.

W Warszawie powstał miks polityczny: Solidarnościowcy się światopoglądowo i koniunkturalnie podzielili, a do nich dokleili się różni ludzie byłego peerelu, którzy nie znaleźli swojego miejsca w SLD. Do byłych działaczy, jak muchy do miodu, zaczęli ściągać różni ludzie, którzy stan wojenny przespali, ale teraz przypomnieli sobie o fruktach, którymi Warszawa dzieli.

Po drodze okazało się, że Kościół Katolicki, tak potrzebny w walce stanu wojennego, okazał się kompletnie sprzedany służbom PRLu, Rydzyk ukradł moje cegiełki na Stocznię Gdańską, wszędzie zawisły krzyże, teczki ludzi kościoła Kiszczak przekazał Episkopatowi, a pewnie kopie na Kremlu do dzisiaj leżą. Dzisiaj okazało się ponadto, że ten Kościół był moralnie zepsuty, bezkarnie gwałcił dzieci, a czołowi kapłani okazali się pedofilami.

To oddanie wierze i kościołowi aż kapie ze ściany pamięci przy Krzyżach Stoczniowych. Sejm, urzędy państwowe, szkoły, wszystko zostało ukrzyżowane państwowo.

Warszawa została zdobyta przez część Solidaruchów, część Pezetpeerowców, Kościół Katolicki i Śpiochów spod kołderki. Oczywistym było nieuchronne branie się za łby w walce o władzę. Wszystkie świństwa na pokład, granie historią i teczkami, uwłaszczanie się Kościoła na majątku narodowym, szarpanie państwowej kołdry do siebie i zażarta walka o stołki polityczne. Powstały nowe koterie i grupy interesów politycznych, które – bez względu na opcję polityczną, na kolanach biły pokłony wierności Kościołowi. Tenże Kościół wspierał wszystkich, którzy akurat rządzili, zgodnie z wieloletnią tradycją, by owoców z władzy jak najwięcej strząsnąć. Agenci Moskwy, jak Macierewicz, próbowali zrobić pucz wojskowy w 93 r., wyrwali polskim służbom zęby likwidując WSI, wszechobecne wytykanie się politycznym i historycznym palcem osiągnęło poziom szamba, więc wszyscy ochoczo do niego wskoczyli, bo – jak nie ma argumentów, pozostaje łajno.

Okazało się ponadto, że grupa ludzi skupiona koło panów – Chrzanowskiego, Mazowieckiego i innych, już pod koniec lat osiemdziesiątych pracowała nad wprowadzeniem konkordatu do Polski. Lizanie tylnej części ciała Episkopatowi przez wszystkich aktorów politycznych od prawa do lewa, spowodowało niekonstytucyjne i oszukańcze podpisanie, i ratyfikowanie konkordatu. Marszałek Płażyński nie miał problemów z oszustwem w głosowaniu, a Prezydent Kwaśniewski w ogóle nie miał wątpliwości konstytucyjnych, tak bardzo piliło go do spotkania wizerunkowego z Janem Pawłem II, który – jak mógł – zakopywał kościelną pedofilię pod watykański dywan.

Dzisiaj cała „wycieczka” warszawska po władzę nawala się bez pardonu gnojem. Byle bardziej śmierdziało. Ludzie, którzy kiedyś razem walczyli o wolność z ludźmi, którzy się później z nimi dogadali, wszyscy grają patosem, symbolami, celebrą i najmocniejszym patriotyzmem, aż się chce rzygać. Celebra wszechobecna, a to taka rocznica, a to inna, a to „wyklęci”, a to ofiary; prawda historyczna pozostała w kącie, liczy się efekt celebry, pufff! I ludzie się jarają, popierają, wytykają przeciwników i „zdrajców” Ojczyzny. Tych zdrajców nigdy tak wielu nie było, jak teraz; połowa obywateli niedługo zdradzi.

Nie znoszę celebry, nie znoszę populizmu, pragnę spokoju, pokojowego przemijania z uśmiechem i w dobrobycie, tym moim, malutkim, na słoneczku z zimnym piwkiem i ze skowronkiem nad głową. Niech was – politycy wszystkich opcji – szlag trafi. Łajzy się porobiły, a takie wszystko było złote i piękne...

[CC] Wojtek Chmieliński
(136)

Pobierz PDF Wydrukuj