Konsumowanie kiełbasy

  Kampania wyborcza wydobywa na wierzch ciekawe cechy charakteru wybierających i wybieranych. Na Podhalu ujawnił się snobizm i wazeliniarstwo wobec władzy, które tutaj działa na zasadzie sprzężenia zwrotnego: im bardziej władza umizga się do Podhalan, tym bardziej Podhalanie kochają władzę. My wam kiełbasę, wy nam głosy. Ale choć kiełbasa jest realna, to głosy są wirtualne, by nie rzec - potencjalne… Snobizm polega na tym, że na plakatach, anonsujących spotkania przedwyborcze, zapowiadano ministra Patryka Jakiego, który jest wiceministrem, oraz premiera Jarosława Gowina, który jest wicepremierem. To dość popularna chęć świecenia światłem odbitym od kogoś ważnego, charakterystyczna dla osób, którym sekretariat wójta wydaje się przedsionkiem Białego Domu. Te same motywacje kierują naszymi radnymi i publicystami, kiedy o tzw. arystokratach piszą (na przykład na tablicach z nazwami ulic) hr. Władysław Zamoyski, albo lepiej: Władysław hr. Zamoyski. Dotyczy to nie tylko Zakopanego, gdzie może nie wiedzą, że już u progu niepodległości Polski, w Konstytucji z marca 1921 r. zapisano: Rzeczpospolita Polska nie uznaje przywilejów rodowych ani stanowych, jak również żadnych herbów, tytułów rodowych i innych, z wyjątkiem naukowych, urzędowych i zawodowych. Rzeczpospolita może nie uznaje, ale jej obywatele jak najbardziej, prawda, pani baronowo?

Jeśli zatem ustaliliśmy już sobie zależności między barem, baranem i baronem, możemy wrócić do gęstniejącej atmosfery przedwyborczej, zgodnie z polityką historyczną spoglądając wstecz - by z naszych dziejów czerpać podnietę do radosnego spoglądania w przód. Oto w 1911 r. zakopiański wójt Józef Bachleda Curuś kandydował na posła do austriackiej Rady Państwa, informując na plakatach, że do parlamentu się nadaje, Wiedeń zna doskonale, bo służył trzy lata w austriackim wojsku i jest przedstawicielem ludu, a nie panów, którzy się na niego rzucają jak wilki na barana. Głosy kupowano przy pomocy wódki i kiełbasy, ale Curuś przegrał.

Rzecz miała precedens w jeszcze wcześniejszych wydarzeniach: w 1901 r. w wyborach do Sejmu Galicji kandydował na Podhalu dotychczasowy poseł dr Jan Bednarski z Nowego Targu i, jako kontrkandydat, forsowany przez Władysława Zamoyskiego dr Andrzej Chramiec. „Przegląd Zakopiański” ujawniał szczegóły kampanii wyborczej zakopiańskiego wójta: Już przy prawyborach w Zakopanem lało się piwo i wódka dla zakopiańskich gazdów. Czyżby i tych nawet w taki tylko sposób zjednać było można? Potem lało się jeszcze piwo dla wyborców z gmin okolicznych, a potem płacono po kilkadziesiąt guldenów za głosy wyborców z gmin dalszych i straszono wszędzie potęgą możnych protektorów niefortunnego kandydata. Chłopi wódkę wypili, pieniądze wzięli, a gróźb się nie lękając, oddali głosy swoje temu, kto ich sumienia nie kupował.

Wygrał dr Bednarski. Kupowanie sumienia za piwo, kiełbasę i trzynastą emeryturę może się okazać inwestycją nietrafioną, a wydane na kredyt publiczne pieniądze trzeba będzie spłacić. Niestety, ktokolwiek wygra, zapłacimy my – wyborcy. Ceną jest tu nie tylko sumienie – także wizerunek własnej twarzy, na którą w lustrze będziemy patrzeć również po wyborach.

[CC] Maciej Pinkwart

Konsumowanie kiełbasy

  Kampania wyborcza wydobywa na wierzch ciekawe cechy charakteru wybierających i wybieranych. Na Podhalu ujawnił się snobizm i wazeliniarstwo wobec władzy, które tutaj działa na zasadzie sprzężenia zwrotnego: im bardziej władza umizga się do Podhalan, tym bardziej Podhalanie kochają władzę. My wam kiełbasę, wy nam głosy. Ale choć kiełbasa jest realna, to głosy są wirtualne, by nie rzec - potencjalne… Snobizm polega na tym, że na plakatach, anonsujących spotkania przedwyborcze, zapowiadano ministra Patryka Jakiego, który jest wiceministrem, oraz premiera Jarosława Gowina, który jest wicepremierem. To dość popularna chęć świecenia światłem odbitym od kogoś ważnego, charakterystyczna dla osób, którym sekretariat wójta wydaje się przedsionkiem Białego Domu. Te same motywacje kierują naszymi radnymi i publicystami, kiedy o tzw. arystokratach piszą (na przykład na tablicach z nazwami ulic) hr. Władysław Zamoyski, albo lepiej: Władysław hr. Zamoyski. Dotyczy to nie tylko Zakopanego, gdzie może nie wiedzą, że już u progu niepodległości Polski, w Konstytucji z marca 1921 r. zapisano: Rzeczpospolita Polska nie uznaje przywilejów rodowych ani stanowych, jak również żadnych herbów, tytułów rodowych i innych, z wyjątkiem naukowych, urzędowych i zawodowych. Rzeczpospolita może nie uznaje, ale jej obywatele jak najbardziej, prawda, pani baronowo?

Jeśli zatem ustaliliśmy już sobie zależności między barem, baranem i baronem, możemy wrócić do gęstniejącej atmosfery przedwyborczej, zgodnie z polityką historyczną spoglądając wstecz - by z naszych dziejów czerpać podnietę do radosnego spoglądania w przód. Oto w 1911 r. zakopiański wójt Józef Bachleda Curuś kandydował na posła do austriackiej Rady Państwa, informując na plakatach, że do parlamentu się nadaje, Wiedeń zna doskonale, bo służył trzy lata w austriackim wojsku i jest przedstawicielem ludu, a nie panów, którzy się na niego rzucają jak wilki na barana. Głosy kupowano przy pomocy wódki i kiełbasy, ale Curuś przegrał.

Rzecz miała precedens w jeszcze wcześniejszych wydarzeniach: w 1901 r. w wyborach do Sejmu Galicji kandydował na Podhalu dotychczasowy poseł dr Jan Bednarski z Nowego Targu i, jako kontrkandydat, forsowany przez Władysława Zamoyskiego dr Andrzej Chramiec. „Przegląd Zakopiański” ujawniał szczegóły kampanii wyborczej zakopiańskiego wójta: Już przy prawyborach w Zakopanem lało się piwo i wódka dla zakopiańskich gazdów. Czyżby i tych nawet w taki tylko sposób zjednać było można? Potem lało się jeszcze piwo dla wyborców z gmin okolicznych, a potem płacono po kilkadziesiąt guldenów za głosy wyborców z gmin dalszych i straszono wszędzie potęgą możnych protektorów niefortunnego kandydata. Chłopi wódkę wypili, pieniądze wzięli, a gróźb się nie lękając, oddali głosy swoje temu, kto ich sumienia nie kupował.

Wygrał dr Bednarski. Kupowanie sumienia za piwo, kiełbasę i trzynastą emeryturę może się okazać inwestycją nietrafioną, a wydane na kredyt publiczne pieniądze trzeba będzie spłacić. Niestety, ktokolwiek wygra, zapłacimy my – wyborcy. Ceną jest tu nie tylko sumienie – także wizerunek własnej twarzy, na którą w lustrze będziemy patrzeć również po wyborach.

Maciej Pinkwart - strona WWW

[CC] Maciej Pinkwart
(129)

Pobierz PDF Wydrukuj