Niewinni kanciarze

  Mam dosyć atmosfery międzypartyjnych animozji, wzajemnych oskarżeń wszystkich o wszystko. Przeraża mnie grubo ciosana rzeczywistość. Lustracyjna kapanina danych wyciekających z teczek. Wybuchająca z małymi przerwami na siku kontrolera, prowadzona od początku zmiany ustroju, czyli od 89 roku.

Borykamy się z niekończącymi się nigdy aferami, skandalami, pomówieniami, jakbyśmy nie mogli zdobyć się na jeden, ostateczny werdykt i umiłowali seriale z dożywotniego nękania.

Dookoła widzę zło, absurdy, posługiwanie się agresywnym słownictwem i czynem. A słowa te i czyny rosną lawinowo, piętrzą się i nawarstwiają, jak w piosence Zembatego ze słuchowiska o Poszepszyńskich.

Dożyliśmy do czasów zajmowania się bandami cwaniaków uchodzących za ELITY. Uznawane są przez twardych wyborców za dynamiczne i przedsiębiorcze ugrupowania.

Jednak coraz więcej obywateli zaczyna sobie zdawać sprawę, że obecne ELITY (na ich sztandarach już nie powiewa skompromitowany SIERP i MŁOT, ale populistyczna SŁOMA i BUT), są niczym więcej, jak zwietrzałą solą narodu.

A mimo to startują w każdych wyborach. Do Sejmu, do Brukseli, na Głównego Wajchowego; gdziekolwiek i jakkolwiek!

Mają nas reprezentować, prowadzić do państwowego dobrobytu, tymczasem zamiast tego dewastują dobre zdanie o moim narodzie. Notorycznie potwierdzają stereotypy krążące o nas; utwierdzają inne nacje w krzywdzącym przekonaniu, że jesteśmy zawistni, ksenofobiczni, zakompleksieni, że jesteśmy rajem dla faszystów i wszelakich kacerzy.

W rezultacie mamy zagwarantowaną niepewność ekonomiczną i multum fikcyjnych deklaracji. W rezultacie sankcjonujemy nagminną spychologię: ulegamy urokom niedotrzymywania obietnic i nie przeszkadza nam rozmyta odpowiedzialność.

*

Mówią o mnie mizantrop, bo ponoć nie kocham ludzi. Kocham, ale są wyjątki. Jestem szczególnie cięty na zgraję sprytnych asekurantów. Mówią też, żem nienormalny, bo idę pod prąd.

Mam w sobie coraz mniej ciekawości, co dalej. Odczuwam przesyt: za dużo machlojek, dętych afer i marnowania pieniędzy moim kosztem.

Obca mi przemoc i wszelki strach. Gardzę obojętnymi kreaturami zajętymi beznamiętnym przypatrywaniem się cudzym dramatom. Pogardzam ich kunktatorskim pobłażaniom agresji. Sprzeciwiam się znieczulicy, biciu, gwałceniu na oczach tępego tłumu.

Potępiam niewinnych kanciarzy. Nie znoszę tych, którzy są zaskoczeni, zdumieni, zbulwersowani i twierdzą, że nic nie widzieli, niczego nie słyszeli, jakkolwiek stali w pobliżu i robili zdjęcia z przyszłym denatem.

Jeżeli te moje przywary dowodzą nienormalności, to proszę o skierowanie do czubków. Chociaż nie sądzę, bym dożył takiego zaszczytu, bo dobry rząd zadbał, bym prędzej trafił na cmentarz, niż do lekarza.

[CC] Marek Jastrząb

Niewinni kanciarze

  Mam dosyć atmosfery międzypartyjnych animozji, wzajemnych oskarżeń wszystkich o wszystko. Przeraża mnie grubo ciosana rzeczywistość. Lustracyjna kapanina danych wyciekających z teczek. Wybuchająca z małymi przerwami na siku kontrolera, prowadzona od początku zmiany ustroju, czyli od 89 roku.

Borykamy się z niekończącymi się nigdy aferami, skandalami, pomówieniami, jakbyśmy nie mogli zdobyć się na jeden, ostateczny werdykt i umiłowali seriale z dożywotniego nękania.

Dookoła widzę zło, absurdy, posługiwanie się agresywnym słownictwem i czynem. A słowa te i czyny rosną lawinowo, piętrzą się i nawarstwiają, jak w piosence Zembatego ze słuchowiska o Poszepszyńskich.

Dożyliśmy do czasów zajmowania się bandami cwaniaków uchodzących za ELITY. Uznawane są przez twardych wyborców za dynamiczne i przedsiębiorcze ugrupowania.

Jednak coraz więcej obywateli zaczyna sobie zdawać sprawę, że obecne ELITY (na ich sztandarach już nie powiewa skompromitowany SIERP i MŁOT, ale populistyczna SŁOMA i BUT), są niczym więcej, jak zwietrzałą solą narodu.

A mimo to startują w każdych wyborach. Do Sejmu, do Brukseli, na Głównego Wajchowego; gdziekolwiek i jakkolwiek!

Mają nas reprezentować, prowadzić do państwowego dobrobytu, tymczasem zamiast tego dewastują dobre zdanie o moim narodzie. Notorycznie potwierdzają stereotypy krążące o nas; utwierdzają inne nacje w krzywdzącym przekonaniu, że jesteśmy zawistni, ksenofobiczni, zakompleksieni, że jesteśmy rajem dla faszystów i wszelakich kacerzy.

W rezultacie mamy zagwarantowaną niepewność ekonomiczną i multum fikcyjnych deklaracji. W rezultacie sankcjonujemy nagminną spychologię: ulegamy urokom niedotrzymywania obietnic i nie przeszkadza nam rozmyta odpowiedzialność.

*

Mówią o mnie mizantrop, bo ponoć nie kocham ludzi. Kocham, ale są wyjątki. Jestem szczególnie cięty na zgraję sprytnych asekurantów. Mówią też, żem nienormalny, bo idę pod prąd.

Mam w sobie coraz mniej ciekawości, co dalej. Odczuwam przesyt: za dużo machlojek, dętych afer i marnowania pieniędzy moim kosztem.

Obca mi przemoc i wszelki strach. Gardzę obojętnymi kreaturami zajętymi beznamiętnym przypatrywaniem się cudzym dramatom. Pogardzam ich kunktatorskim pobłażaniom agresji. Sprzeciwiam się znieczulicy, biciu, gwałceniu na oczach tępego tłumu.

Potępiam niewinnych kanciarzy. Nie znoszę tych, którzy są zaskoczeni, zdumieni, zbulwersowani i twierdzą, że nic nie widzieli, niczego nie słyszeli, jakkolwiek stali w pobliżu i robili zdjęcia z przyszłym denatem.

Jeżeli te moje przywary dowodzą nienormalności, to proszę o skierowanie do czubków. Chociaż nie sądzę, bym dożył takiego zaszczytu, bo dobry rząd zadbał, bym prędzej trafił na cmentarz, niż do lekarza.

[CC] Marek Jastrząb
(120)

Pobierz PDF Wydrukuj