Czy establishment jest tożsamy z klasą twórczej inteligencji?

Po złych sędziach, złych dziennikarzach, złych lekarzach, nadszedł czas na złych nauczycieli. Z jednej strony używa się wzniosłych słów o narodzie, o jego godności, o wstawaniu z kolan, by w następnym zdaniu mówić o zgniłych elitach, sędziach-złodziejach, leniwych belfrach. Często zadajemy sobie pytanie, dlaczego inteligencja stała się tarczą strzelniczą? Chciałabym je zadać tym, którzy przyczyniają się do deprecjonowania kolejnych grup naszego społeczeństwa. Czy nie czują swojej przynależności do elit? Kto jest tym establishmentem, o którego istnieniu dowiadujemy się z przepełnionych niechęcią przemówień?

Słysząc słowo ‘establishment’, kojarzymy je zazwyczaj z przesadnie uprzywilejowaną grupą społeczną, powiązaną z władzą. I jest to słuszne skojarzenie. Słowo to jednak od czasu do czasu pojawia się jak zmora, budząc inne demony - zazdrości, pogardy, wykluczenia.

O rozprawieniu się z establishmentem mówiono w 1968 r. Czy rzeczywiście chodziło o odsunięcie przesadnie uprzywilejowanej grupy społecznej powiązanej z władzą? Nie! Wtedy chodziło o napiętnowanie odradzającej się, po ranach zadanych przez zaborców i okupantów, klasy twórczej inteligencji - studentów, nauczycieli akademickich, światłych księży, sędziów, pisarzy, poetów, publicystów, ludzi teatru - ludzi potrafiących myśleć krytycznie, umiejących zachować dystans do naszych wzlotów i upadków, wyciągających wnioski z naszej przeszłości...

Z przykrością stwierdzam, że ta antyinteligencka nagonka trwa nadal. Nie znaczy to, że wśród ludzi władzy brakuje profesorów, docentów, doktorów. Jest paradoksem, że o rozprawieniu się z tzw. establishmentem mówią ludzie, którzy w istocie przez lata są powiązani z władzą, lub wręcz sprawują władzę! Mówią to nawet ci, którzy nieprzerwanie od 1989 roku zasiadają w Sejmie i już zapomnieli, czym jest prawdziwe życie! Ci, którzy zdobyli wykształcenie i tytuły w tamtych jakże “znienawidzonych czasach”. Jaki wniosek? Najwidoczniej nie utożsamiają się z klasą inteligencji twórczej - wolnej, niepokornej ale (przepraszam za patos) stanowiącej sumienie społeczeństwa.

Biedakiem i ślepcem godnym pożałowania jest człowiek, który nie dostrzega własnych braków; który w swoich oczach jest nieomylny, który nie umie przyznać się do błędów. To nie są cechy inteligenta. Inteligent myśli samodzielnie, rozważa, ma wątpliwości, dyskutuje, podaje argumenty i ... potrafi ustąpić, jeżeli dojdzie do wniosku, że tkwił w błędzie. Jak łatwo dostrzec, bycie inteligentem nie jest ściśle powiązane z formalnym wykształceniem. Można być nieokrzesanym profesorem, chamskim docentem, zarozumiałym magistrem lub doktorem habilitowanym - despotą. Można być..., ale czy trzeba?

[CC] Małgorzata Radzimska

Czy establishment jest tożsamy z klasą twórczej inteligencji?

Po złych sędziach, złych dziennikarzach, złych lekarzach, nadszedł czas na złych nauczycieli. Z jednej strony używa się wzniosłych słów o narodzie, o jego godności, o wstawaniu z kolan, by w następnym zdaniu mówić o zgniłych elitach, sędziach-złodziejach, leniwych belfrach. Często zadajemy sobie pytanie, dlaczego inteligencja stała się tarczą strzelniczą? Chciałabym je zadać tym, którzy przyczyniają się do deprecjonowania kolejnych grup naszego społeczeństwa. Czy nie czują swojej przynależności do elit? Kto jest tym establishmentem, o którego istnieniu dowiadujemy się z przepełnionych niechęcią przemówień?

Słysząc słowo ‘establishment’, kojarzymy je zazwyczaj z przesadnie uprzywilejowaną grupą społeczną, powiązaną z władzą. I jest to słuszne skojarzenie. Słowo to jednak od czasu do czasu pojawia się jak zmora, budząc inne demony - zazdrości, pogardy, wykluczenia.

O rozprawieniu się z establishmentem mówiono w 1968 r. Czy rzeczywiście chodziło o odsunięcie przesadnie uprzywilejowanej grupy społecznej powiązanej z władzą? Nie! Wtedy chodziło o napiętnowanie odradzającej się, po ranach zadanych przez zaborców i okupantów, klasy twórczej inteligencji - studentów, nauczycieli akademickich, światłych księży, sędziów, pisarzy, poetów, publicystów, ludzi teatru - ludzi potrafiących myśleć krytycznie, umiejących zachować dystans do naszych wzlotów i upadków, wyciągających wnioski z naszej przeszłości...

Z przykrością stwierdzam, że ta antyinteligencka nagonka trwa nadal. Nie znaczy to, że wśród ludzi władzy brakuje profesorów, docentów, doktorów. Jest paradoksem, że o rozprawieniu się z tzw. establishmentem mówią ludzie, którzy w istocie przez lata są powiązani z władzą, lub wręcz sprawują władzę! Mówią to nawet ci, którzy nieprzerwanie od 1989 roku zasiadają w Sejmie i już zapomnieli, czym jest prawdziwe życie! Ci, którzy zdobyli wykształcenie i tytuły w tamtych jakże “znienawidzonych czasach”. Jaki wniosek? Najwidoczniej nie utożsamiają się z klasą inteligencji twórczej - wolnej, niepokornej ale (przepraszam za patos) stanowiącej sumienie społeczeństwa.

Biedakiem i ślepcem godnym pożałowania jest człowiek, który nie dostrzega własnych braków; który w swoich oczach jest nieomylny, który nie umie przyznać się do błędów. To nie są cechy inteligenta. Inteligent myśli samodzielnie, rozważa, ma wątpliwości, dyskutuje, podaje argumenty i ... potrafi ustąpić, jeżeli dojdzie do wniosku, że tkwił w błędzie. Jak łatwo dostrzec, bycie inteligentem nie jest ściśle powiązane z formalnym wykształceniem. Można być nieokrzesanym profesorem, chamskim docentem, zarozumiałym magistrem lub doktorem habilitowanym - despotą. Można być..., ale czy trzeba?

[CC] Małgorzata Radzimska
(104)

Pobierz PDF Wydrukuj