Doktorat z Kaczyńskiego

Kiedyś pisałem plagiatując Woltera, że gdyby Jarosław Kaczyński nie istniał, należałoby go wymyślić. Bo tylko on tak bardzo wszystkich inspiruje – felietonistów, polityków i satyryków. Dziś dodałbym do tego historyków i filozofów.

Publicyści wielu mediów zarabiają krytykując go i wytykając błędy czy niedorzeczności jego działania, pointując szczególnie kwestie społeczne, gospodarcze i medyczne. Apologeci żyją z chwalenia prezesa, jego geniuszu politycznego, strategicznego, a ostatnio nawet deweloperskiego, dodatkowo zajmując się wyjątkowo trudną dziennikarską egzegezą perystaltyki jego koncepcji ideowo-moralnych. Towarzysze partyjni, żyjący publicznie dzięki łaskawości Jarosława Kaczyńskiego i z tego powodu darzący go manifestacyjnym uwielbieniem, jakim w Polsce nie cieszył się nikt (zapewne nawet Piłsudskiemu politycy nie czyścili marynarki z łupieżu na oczach całego Sejmu) – rzadko kiedy wypowiadają coś bezpośrednio od siebie, ograniczając się do recytowania, a niekiedy interpretowania wysyłanych przez sekretariat prezesa esemesowych komentarzy nazywanych „przekazami dnia”. Politycy opozycji też żyją z prezesa – wystarczy, że deklarują publicznie, iż się z nim nie zgadzają.

Jest to postać nie tylko kultowa (do kultów jednostki Polacy, niby tak zdystansowani do każdej władzy, jakoś się od stuleci przyzwyczaili), ale także niewątpliwie historyczna. Nie chodzi tu bynajmniej o historyczne dokonania Kaczyńskiego i jego partii: takich nie ma, a gdy to, co pozostanie po ich rządach ktoś odcedzi z propagandowej tromtadracji, będzie tego zadziwiająco mało. Chodzi mi o absolutnie wyjątkową, a więc i historyczną rolę, jaką prezes PiS już odegrał w Polsce – a jestem pewien, że nie powiedział ostatniego słowa ani on, ani jego akolici. Nie chodzi o to, że jest postacią pomnikową czy demoniczną, demiurgiem, czy dyktatorem – nie jest. I nigdy nie będzie ani wcielonym dobrem, ani uosobieniem zła. Historyczność filozoficzna, a jeszcze bardziej socjologiczna Kaczyńskiego polega na tym, że rządzi, że jest mniej czy bardziej szczerze kochany czy nienawidzony mimo tego, że: stanowi modelowy przykład człowieka, który do rządzenia nie ma najmniejszych kwalifikacji – a wśród swoich towarzyszy nie ma żadnej konkurencji; który postępuje wyłącznie nieudolnie – a skutecznie wpływa na polską politykę od kilkunastu lat; który sam z siebie jest zaprzeczeniem wszystkich idei, które głosi on i jego partia. Bezdzietny stary kawaler – pełen frazesów na temat rodziny; skromny tak, że aż niechlujny – obracający miliardami złotych; wzywający Polaków do odwagi w działaniu – nie poruszający się bez ochroniarzy ani na krok; walczący o międzynarodową pozycję Polski – nie mający pojęcia o świecie i jego sprawach; słynący z galanterii dla kobiet – niemal wyrywający im ręce ze stawów przy rytualnym pocałunku w dłoń; obniżający ludziom wiek emerytalny – ani myślący o odejściu na emeryturę… Listę takich antynomii można by ciągnąć bez końca.

Ale dla 30 procent społeczeństwa jego wady postrzegane są jako zalety. Jako socjo-politycznie kuriozum już przeszedł do historii. Teraz pora, by jak o trzonopłetwej latimerii zaczęto o nim pisać doktoraty.

[CC] Maciej Pinkwart

Doktorat z Kaczyńskiego

Kiedyś pisałem plagiatując Woltera, że gdyby Jarosław Kaczyński nie istniał, należałoby go wymyślić. Bo tylko on tak bardzo wszystkich inspiruje – felietonistów, polityków i satyryków. Dziś dodałbym do tego historyków i filozofów.

Publicyści wielu mediów zarabiają krytykując go i wytykając błędy czy niedorzeczności jego działania, pointując szczególnie kwestie społeczne, gospodarcze i medyczne. Apologeci żyją z chwalenia prezesa, jego geniuszu politycznego, strategicznego, a ostatnio nawet deweloperskiego, dodatkowo zajmując się wyjątkowo trudną dziennikarską egzegezą perystaltyki jego koncepcji ideowo-moralnych. Towarzysze partyjni, żyjący publicznie dzięki łaskawości Jarosława Kaczyńskiego i z tego powodu darzący go manifestacyjnym uwielbieniem, jakim w Polsce nie cieszył się nikt (zapewne nawet Piłsudskiemu politycy nie czyścili marynarki z łupieżu na oczach całego Sejmu) – rzadko kiedy wypowiadają coś bezpośrednio od siebie, ograniczając się do recytowania, a niekiedy interpretowania wysyłanych przez sekretariat prezesa esemesowych komentarzy nazywanych „przekazami dnia”. Politycy opozycji też żyją z prezesa – wystarczy, że deklarują publicznie, iż się z nim nie zgadzają.

Jest to postać nie tylko kultowa (do kultów jednostki Polacy, niby tak zdystansowani do każdej władzy, jakoś się od stuleci przyzwyczaili), ale także niewątpliwie historyczna. Nie chodzi tu bynajmniej o historyczne dokonania Kaczyńskiego i jego partii: takich nie ma, a gdy to, co pozostanie po ich rządach ktoś odcedzi z propagandowej tromtadracji, będzie tego zadziwiająco mało. Chodzi mi o absolutnie wyjątkową, a więc i historyczną rolę, jaką prezes PiS już odegrał w Polsce – a jestem pewien, że nie powiedział ostatniego słowa ani on, ani jego akolici. Nie chodzi o to, że jest postacią pomnikową czy demoniczną, demiurgiem, czy dyktatorem – nie jest. I nigdy nie będzie ani wcielonym dobrem, ani uosobieniem zła. Historyczność filozoficzna, a jeszcze bardziej socjologiczna Kaczyńskiego polega na tym, że rządzi, że jest mniej czy bardziej szczerze kochany czy nienawidzony mimo tego, że: stanowi modelowy przykład człowieka, który do rządzenia nie ma najmniejszych kwalifikacji – a wśród swoich towarzyszy nie ma żadnej konkurencji; który postępuje wyłącznie nieudolnie – a skutecznie wpływa na polską politykę od kilkunastu lat; który sam z siebie jest zaprzeczeniem wszystkich idei, które głosi on i jego partia. Bezdzietny stary kawaler – pełen frazesów na temat rodziny; skromny tak, że aż niechlujny – obracający miliardami złotych; wzywający Polaków do odwagi w działaniu – nie poruszający się bez ochroniarzy ani na krok; walczący o międzynarodową pozycję Polski – nie mający pojęcia o świecie i jego sprawach; słynący z galanterii dla kobiet – niemal wyrywający im ręce ze stawów przy rytualnym pocałunku w dłoń; obniżający ludziom wiek emerytalny – ani myślący o odejściu na emeryturę… Listę takich antynomii można by ciągnąć bez końca.

Ale dla 30 procent społeczeństwa jego wady postrzegane są jako zalety. Jako socjo-politycznie kuriozum już przeszedł do historii. Teraz pora, by jak o trzonopłetwej latimerii zaczęto o nim pisać doktoraty.

www.pinkwart.pl

[CC] Maciej Pinkwart
(97)

Pobierz PDF Wydrukuj