Jeszcze inny cichy zabójca demokracji

Kto jest cichym zabójcą demokracji? Według Marcina Napiórkowskiego, autora ważnego artykułu (Tygodnik Powszechny nr 38/2018) „Cichy zabójca demokracji” nie jest nim ani Jarosław Kaczyński, ani żaden z prominentnych ministrów obecnego rządu, tylko my sami. My sami, coraz bardziej zamykający się w światach swoich przekonań politycznych, sympatii i antypatii, ulegający lękom i poddający się tworom wyobraźni. My sami, ulegający polaryzacji, ostremu podziałowi na swoich i obcych, a nawet wrogów. My sami, w coraz mniejszym stopniu zdolni do rozmowy i dialogu. Zaślepieni emocjami przestajemy wzajemnie się słuchać, rozumieć, rozmawiać i argumentować.

Trudno nie przyznać autorowi artykułu racji. Nigdy nie znajdziemy się w takiej sytuacji, w której wszyscy będziemy podzielali te same poglądy polityczne czy światopoglądowe. Różnimy się poglądami na stosunek do aborcji, relacji między państwem a Kościołem. Różni nas interpretacja zdarzeń historycznych, rozumienie patriotyzmu, stosunek do obcych, imigrantów, do polityki zagranicznej, obronności. Nawet gdy podzielamy zawołanie „Bóg, Honor, Ojczyzna”, to możemy je całkowicie odmiennie rozumieć. Pomimo tych odmiennych przekonań, które nie do końca zależą od nas samych, gdyż są efektem okoliczności naszych narodzin, przekazanej nam tradycji, wychowania, wykształcenia, wrażliwości, żyjemy w tej samej przestrzeni społecznej. I powinniśmy żyć w niej pokojowo. Do tego konieczna jest zdolność do słuchania racji innych, rozumienia ich bólu istnienia, tolerancja, szacunek i dialog. Tam, gdzie nie ma zdolności do dialogu, rodzi się niezrozumienie, obojętność, podejrzliwość, a w następstwie wrogość, spór i walka.

Podzielam niepokój autora, że obecna sytuacja w Polsce dowodzi, iż utraciliśmy zdolność do tak rozumianego dialogu. Społeczeństwo polskie nie było nigdy tak podzielone na dwa plemiona jak obecnie. Jesteśmy zamknięci w dwóch światach. Odmiennie rozumiemy takie kluczowe słowa, jak demokracja, wartości, naród, Unia Europejska. Jesteśmy radykalnie podzieleni na pierwszy i drugi sort, na prawdziwych patriotów i zdrajców. Podziały przebiegają nie tylko między partiami politycznymi. Rozbijają grupy społeczne: sędziów, naukowców, dziennikarzy. Przebiegają przez wspólnoty sąsiedzkie, a nawet rodzinne. Ile rodzin nie zasiadło do wspólnego stołu wigilijnego z powodu obaw o kłótnie, których źródłem mogłyby być odmienne poglądy polityczne? Przestaliśmy rozmawiać z dawnymi kolegami. Mijamy się na ulicach i korytarzach. Na portalach społecznościowych szaleje hejt, padają obraźliwe słowa. Nie pamiętam w całym moim życiu tak ostrej polaryzacji społecznej i politycznej, przepojonej niechęcią, a często nawet nienawiścią.

Nie tylko jednak obywatele nie potrafią ze sobą rozmawiać. Co gorsza, nie potrafią ze sobą rozmawiać politycy. W ferworze politycznej walki potrafią jedynie wzajemnie siebie oskarżać i stosować argument: „a wy ukradliście więcej”. Nie potrafią, lub nie chcą słuchać, jak pani minister Rafalska, która na stwierdzenie jednej z matek: „Pani minister, utrzymanie jednego niepełnosprawnego w DPS jest bardzo drogie, a my prosimy tylko o 500 złotych, aby mogli pozostać w rodzinie”, odpowiedziała: „To dobrze, że pozostają w rodzinie, bo to wartość dodana”. Podobne przykłady można znaleźć i po drugiej stronie.

Nie wiadomo kto wygra następne wybory. Bez względu na to jednak, kto je wygra, staniemy przed fundamentalnym problemem, jak pozszywać tę podzieloną, a nawet już rozdartą Polskę i to w 100-lecie jej Niepodległości?

Dialog jest dla demokracji niczym woda dla ryb. Trudno nie zgodzić się ze stwierdzeniem autora, że „nie ma demokracji tam, gdzie nie ma miejsca na spotkanie z innością”. Jednak w bardzo szlachetnych poglądach

autora brakuje mi czegoś istotnego. By mógł zaistnieć autentyczny dialog, konieczne jest zachowanie pewnych warunków brzegowych, które w moim przekonaniu nie są obecnie zachowane. Jeśli symbolem dialogu jest starożytna agora (rynek), miejsce spotkań i rozmów, to nie można zamknąć jej barierkami i mówić o dialogu. Lub odwołując się do metafory stołu. Nie można poobcinać mu nóg i następnie zapraszać innych, by zasiedli do rozmowy.

Jakie są brzegowe warunki dialogu? Według Jürgena Habermasa, autora teorii komunikacji, u podstaw autentycznego dialogu muszą znaleźć się następujące zasady: uznanie innego, wolność od przemocy oraz gotowość do rozwiązywania problemów i tworzenia norm poprzez wolny i równy dyskurs.

Uznanie innego związane jest z szacunkiem do niego. Tam, gdzie padły obraźliwe słowa konieczna jest jakaś forma ekspiacji, przynajmniej w postaci przeprosin. Kto nie jest do niej zdolny sam stawia się poza brzegowymi warunkami dialogu.

Równy dyskurs, wolny od przemocy ma obecnie miejsce w mediach społecznościowych, ale już nie w przestrzeni publicznej, w której jedna strona ma nad druga znaczącą przewagę, dysponując policją, prokuraturą, mediami publicznymi, dostępem do środków finansowych. Ten ostatni aspekt okazuje się obecnie coraz ważniejszy, gdyż w „komunikacji” coraz większą rolę zaczynają odgrywać sowicie opłacane firmy kształtujące w Internecie opinię publiczną.

Dialog musi także być wolny, to znaczy oparty na krytycznym myśleniu, możliwości wyrażania własnej opinii i umiejętności argumentacji własnego stanowiska. Taki wolny dialog możliwy jest między obywatelami, gdy potrafią odnosić się do rzeczy, a nie do symbolicznych wyobrażeń i przekonań, które są tożsame z wiarą, np. w wolny rynek, mesjańską rolę polskiego narodu, Unię Europejską, spisek elit, czy zdradę Smoleńską. W wiarę się wierzy, a nie dyskutuje o niej. Tym bardziej nie jest wolny dialog polityków, którzy boją się mieć odmienne zdanie od swego politycznego przywódcy. A nie da się rozmawiać z kimś, kto kieruje się przekazem dnia. Tu, jak sądzę, tkwi przyczyna tak absurdalnych stwierdzeń, jak pewnego ministra, który kolejną hipotezę wyjaśniającą wiarę w zamach smoleński, opartą na bombie termobarycznej, skomentował: „Wysoce prawdopodobna i dobrze uargumentowana hipoteza”.

Wreszcie warunkiem dialogu jest gotowość do rozwiązywania problemów. Kto nie ma takiej gotowości nie powinien wchodzić w dialog. Wiele jest w Polsce problemów do rozwiązania: polityka społeczna, wsparcie niepełnosprawnych, zdrowie, system oświaty, usprawnienie działania sądów, rozwój gospodarczy. Chciałbym żyć w kraju, w którym władza nie jest rozumiana jako „imperium” (ja tu rządzę), lecz „procuratio” (tyle władzy ile sprawy). W kraju, w którym fachowcy, bez względu na swe przekonania i polityczną przynależność, podejmują analizy problemów i przyjmują rozwiązania najlepsze dla obywateli, najbardziej sprawne i dające się zrealizować, także w kontekście innych ważnych społecznych problemów. Rzecz w tym, że obecnie w Polsce nie rozwiązuje się tych problemów, lub rozwiązania te mają charakter drugorzędny, gdyż dominuje rewolucja ustrojowa państwa i przebudowa rozumienia demokracji. Jeśli na poziomie rozwiązywania problemów możliwy jest, a wręcz konieczny dialog specjalistów, to na poziomie rewolucji ustrojowej jest on radykalnie trudny, a wręcz niemożliwy, dlatego, że rewolucja ustrojowa oparta jest na wierze w nowych bohaterów, nowy początek, nowe „elity”, nowe sojusze. A tam, gdzie narusza się czyjąś wiarę, tam wybuchają emocje. W przeciwieństwie do autora uważam, że dominacja emocji nad argumentacją w życiu publicznym i na internetowych forach jest nie tyle przejawem naszej niezdolności do dialogu, co dowodem na to, że aktualnie w Polsce dominuje rewolucja ustrojowa (wielka polityka) nad tzw. politykami, czyli

rozwiązaniami konkretnych problemów. A gdzie dominuje pierwsza nad drugą, wszystko staje się polityczne: teatr i poezja, muzea i pamięć, a nawet czytanie Konstytucji z uczniami. Gdzie wielka Polityka przenika wszystko, tam grają emocje.

Niejednokrotnie słyszę głosy, że trzeba myśleć długofalowo, kształcić do kultury dialogu, otwartości, tolerancji. Myślenie długofalowe i dalekosiężne jest słuszne. Nie da się zbudować społeczeństwa szczęśliwego, żyjącego w pokoju, otwartego tolerancyjnego bez krytycznego myślenia i kultury dialogu. Ale co zrobić gdy płoną lasy? Trudno wówczas zajmować się hodowlą róż.

Przyznaję autorowi rację, dialog, racjonalna rozmowa jest jedynym sposobem zatrzymania nienawiści i zemsty. Nota bene, nie potrafię zrozumieć skąd jej tyle jest w tak katolickim kraju jak Polska? Jak można przystępować do Eucharystii, a zaraz potem zionąć nienawiścią? By jednak wolny, równy i skuteczny dialog był możliwy, trzeba najpierw przywrócić podstawowe zasady demokracji, brzegowe warunki dialogu. Odbudować stół, usunąć bariery i otworzyć agorę (rynek). Tam, gdzie te warunki nie są spełnione, dialog jest tylko pozorowany, a udział w nim legitymizacją politycznego przewrotu.

Jest zatem także jeszcze inny „cichy zabójca demonokracji”. Jest nim butna pewność, pycha i arogancja władzy, bez względu na to jakiej proweniencji jest ta władza i przez którą partię aktualnie sprawowana.

[CC] Tadeusz Gadacz

Jeszcze inny cichy zabójca demokracji

Kto jest cichym zabójcą demokracji? Według Marcina Napiórkowskiego, autora ważnego artykułu (Tygodnik Powszechny nr 38/2018) „Cichy zabójca demokracji” nie jest nim ani Jarosław Kaczyński, ani żaden z prominentnych ministrów obecnego rządu, tylko my sami. My sami, coraz bardziej zamykający się w światach swoich przekonań politycznych, sympatii i antypatii, ulegający lękom i poddający się tworom wyobraźni. My sami, ulegający polaryzacji, ostremu podziałowi na swoich i obcych, a nawet wrogów. My sami, w coraz mniejszym stopniu zdolni do rozmowy i dialogu. Zaślepieni emocjami przestajemy wzajemnie się słuchać, rozumieć, rozmawiać i argumentować.

Trudno nie przyznać autorowi artykułu racji. Nigdy nie znajdziemy się w takiej sytuacji, w której wszyscy będziemy podzielali te same poglądy polityczne czy światopoglądowe. Różnimy się poglądami na stosunek do aborcji, relacji między państwem a Kościołem. Różni nas interpretacja zdarzeń historycznych, rozumienie patriotyzmu, stosunek do obcych, imigrantów, do polityki zagranicznej, obronności. Nawet gdy podzielamy zawołanie „Bóg, Honor, Ojczyzna”, to możemy je całkowicie odmiennie rozumieć. Pomimo tych odmiennych przekonań, które nie do końca zależą od nas samych, gdyż są efektem okoliczności naszych narodzin, przekazanej nam tradycji, wychowania, wykształcenia, wrażliwości, żyjemy w tej samej przestrzeni społecznej. I powinniśmy żyć w niej pokojowo. Do tego konieczna jest zdolność do słuchania racji innych, rozumienia ich bólu istnienia, tolerancja, szacunek i dialog. Tam, gdzie nie ma zdolności do dialogu, rodzi się niezrozumienie, obojętność, podejrzliwość, a w następstwie wrogość, spór i walka.

Podzielam niepokój autora, że obecna sytuacja w Polsce dowodzi, iż utraciliśmy zdolność do tak rozumianego dialogu. Społeczeństwo polskie nie było nigdy tak podzielone na dwa plemiona jak obecnie. Jesteśmy zamknięci w dwóch światach. Odmiennie rozumiemy takie kluczowe słowa, jak demokracja, wartości, naród, Unia Europejska. Jesteśmy radykalnie podzieleni na pierwszy i drugi sort, na prawdziwych patriotów i zdrajców. Podziały przebiegają nie tylko między partiami politycznymi. Rozbijają grupy społeczne: sędziów, naukowców, dziennikarzy. Przebiegają przez wspólnoty sąsiedzkie, a nawet rodzinne. Ile rodzin nie zasiadło do wspólnego stołu wigilijnego z powodu obaw o kłótnie, których źródłem mogłyby być odmienne poglądy polityczne? Przestaliśmy rozmawiać z dawnymi kolegami. Mijamy się na ulicach i korytarzach. Na portalach społecznościowych szaleje hejt, padają obraźliwe słowa. Nie pamiętam w całym moim życiu tak ostrej polaryzacji społecznej i politycznej, przepojonej niechęcią, a często nawet nienawiścią.

Nie tylko jednak obywatele nie potrafią ze sobą rozmawiać. Co gorsza, nie potrafią ze sobą rozmawiać politycy. W ferworze politycznej walki potrafią jedynie wzajemnie siebie oskarżać i stosować argument: „a wy ukradliście więcej”. Nie potrafią, lub nie chcą słuchać, jak pani minister Rafalska, która na stwierdzenie jednej z matek: „Pani minister, utrzymanie jednego niepełnosprawnego w DPS jest bardzo drogie, a my prosimy tylko o 500 złotych, aby mogli pozostać w rodzinie”, odpowiedziała: „To dobrze, że pozostają w rodzinie, bo to wartość dodana”. Podobne przykłady można znaleźć i po drugiej stronie.

Nie wiadomo kto wygra następne wybory. Bez względu na to jednak, kto je wygra, staniemy przed fundamentalnym problemem, jak pozszywać tę podzieloną, a nawet już rozdartą Polskę i to w 100-lecie jej Niepodległości?

Dialog jest dla demokracji niczym woda dla ryb. Trudno nie zgodzić się ze stwierdzeniem autora, że „nie ma demokracji tam, gdzie nie ma miejsca na spotkanie z innością”. Jednak w bardzo szlachetnych poglądach autora brakuje mi czegoś istotnego. By mógł zaistnieć autentyczny dialog, konieczne jest zachowanie pewnych warunków brzegowych, które w moim przekonaniu nie są obecnie zachowane. Jeśli symbolem dialogu jest starożytna agora (rynek), miejsce spotkań i rozmów, to nie można zamknąć jej barierkami i mówić o dialogu. Lub odwołując się do metafory stołu. Nie można poobcinać mu nóg i następnie zapraszać innych, by zasiedli do rozmowy.

Jakie są brzegowe warunki dialogu? Według Jürgena Habermasa, autora teorii komunikacji, u podstaw autentycznego dialogu muszą znaleźć się następujące zasady: uznanie innego, wolność od przemocy oraz gotowość do rozwiązywania problemów i tworzenia norm poprzez wolny i równy dyskurs.

Uznanie innego związane jest z szacunkiem do niego. Tam, gdzie padły obraźliwe słowa konieczna jest jakaś forma ekspiacji, przynajmniej w postaci przeprosin. Kto nie jest do niej zdolny sam stawia się poza brzegowymi warunkami dialogu.

Równy dyskurs, wolny od przemocy ma obecnie miejsce w mediach społecznościowych, ale już nie w przestrzeni publicznej, w której jedna strona ma nad druga znaczącą przewagę, dysponując policją, prokuraturą, mediami publicznymi, dostępem do środków finansowych. Ten ostatni aspekt okazuje się obecnie coraz ważniejszy, gdyż w „komunikacji” coraz większą rolę zaczynają odgrywać sowicie opłacane firmy kształtujące w Internecie opinię publiczną.

Dialog musi także być wolny, to znaczy oparty na krytycznym myśleniu, możliwości wyrażania własnej opinii i umiejętności argumentacji własnego stanowiska. Taki wolny dialog możliwy jest między obywatelami, gdy potrafią odnosić się do rzeczy, a nie do symbolicznych wyobrażeń i przekonań, które są tożsame z wiarą, np. w wolny rynek, mesjańską rolę polskiego narodu, Unię Europejską, spisek elit, czy zdradę Smoleńską. W wiarę się wierzy, a nie dyskutuje o niej. Tym bardziej nie jest wolny dialog polityków, którzy boją się mieć odmienne zdanie od swego politycznego przywódcy. A nie da się rozmawiać z kimś, kto kieruje się przekazem dnia. Tu, jak sądzę, tkwi przyczyna tak absurdalnych stwierdzeń, jak pewnego ministra, który kolejną hipotezę wyjaśniającą wiarę w zamach smoleński, opartą na bombie termobarycznej, skomentował: „Wysoce prawdopodobna i dobrze uargumentowana hipoteza”.

Wreszcie warunkiem dialogu jest gotowość do rozwiązywania problemów. Kto nie ma takiej gotowości nie powinien wchodzić w dialog. Wiele jest w Polsce problemów do rozwiązania: polityka społeczna, wsparcie niepełnosprawnych, zdrowie, system oświaty, usprawnienie działania sądów, rozwój gospodarczy. Chciałbym żyć w kraju, w którym władza nie jest rozumiana jako „imperium” (ja tu rządzę), lecz „procuratio” (tyle władzy ile sprawy). W kraju, w którym fachowcy, bez względu na swe przekonania i polityczną przynależność, podejmują analizy problemów i przyjmują rozwiązania najlepsze dla obywateli, najbardziej sprawne i dające się zrealizować, także w kontekście innych ważnych społecznych problemów. Rzecz w tym, że obecnie w Polsce nie rozwiązuje się tych problemów, lub rozwiązania te mają charakter drugorzędny, gdyż dominuje rewolucja ustrojowa państwa i przebudowa rozumienia demokracji. Jeśli na poziomie rozwiązywania problemów możliwy jest, a wręcz konieczny dialog specjalistów, to na poziomie rewolucji ustrojowej jest on radykalnie trudny, a wręcz niemożliwy, dlatego, że rewolucja ustrojowa oparta jest na wierze w nowych bohaterów, nowy początek, nowe „elity”, nowe sojusze. A tam, gdzie narusza się czyjąś wiarę, tam wybuchają emocje. W przeciwieństwie do autora uważam, że dominacja emocji nad argumentacją w życiu publicznym i na internetowych forach jest nie tyle przejawem naszej niezdolności do dialogu, co dowodem na to, że aktualnie w Polsce dominuje rewolucja ustrojowa (wielka polityka) nad tzw. politykami, czyli rozwiązaniami konkretnych problemów. A gdzie dominuje pierwsza nad drugą, wszystko staje się polityczne: teatr i poezja, muzea i pamięć, a nawet czytanie Konstytucji z uczniami. Gdzie wielka Polityka przenika wszystko, tam grają emocje.

Niejednokrotnie słyszę głosy, że trzeba myśleć długofalowo, kształcić do kultury dialogu, otwartości, tolerancji. Myślenie długofalowe i dalekosiężne jest słuszne. Nie da się zbudować społeczeństwa szczęśliwego, żyjącego w pokoju, otwartego tolerancyjnego bez krytycznego myślenia i kultury dialogu. Ale co zrobić gdy płoną lasy? Trudno wówczas zajmować się hodowlą róż.

Przyznaję autorowi rację, dialog, racjonalna rozmowa jest jedynym sposobem zatrzymania nienawiści i zemsty. Nota bene, nie potrafię zrozumieć skąd jej tyle jest w tak katolickim kraju jak Polska? Jak można przystępować do Eucharystii, a zaraz potem zionąć nienawiścią? By jednak wolny, równy i skuteczny dialog był możliwy, trzeba najpierw przywrócić podstawowe zasady demokracji, brzegowe warunki dialogu. Odbudować stół, usunąć bariery i otworzyć agorę (rynek). Tam, gdzie te warunki nie są spełnione, dialog jest tylko pozorowany, a udział w nim legitymizacją politycznego przewrotu.

Jest zatem także jeszcze inny „cichy zabójca demonokracji”. Jest nim butna pewność, pycha i arogancja władzy, bez względu na to jakiej proweniencji jest ta władza i przez którą partię aktualnie sprawowana.

[CC] Tadeusz Gadacz
(48)

Pobierz PDF Wydrukuj