Krótki szkic o kulturze słowa

Niestety wielu faktycznie upodabnia się do tych, z którymi rzekomo walczy. Walka ta polega na stosowaniu dokładnie tej samej taktyki, jaką przyjął wróg. To ogromnie smutne. Widzę to np. na różnych stronach, które podobno chronią niezależności sądów czy niezawisłości sędziów. Widzę to także w niektórych komentarzach pod filmami na moim profilu. Ci, którzy mienią się obrońcami Konstytucji, deklarują że sprzeciwiają się bezprawiu PiS-u, sami zachowują się tak, jakby przed momentem wyszli z pijackiej meliny. A uważają się za elitę Narodu, która podobno pretenduje do miana ludzi kulturalnych, przykładnych i cywilizowanych. Nie można bronić ładu konstytucyjnego za pomocą słów rodem z rynsztoka, za pomocą czynów noszących wręcz znamiona przestępstwa znieważenia czy zniesławienia. Wielu "porządnych obywateli" nawet może nieświadomie stosuje w swoich wypowiedziach retorykę posłanki Pawłowicz. Emocje, owszem, mogą być znaczne w obliczu aktualnego bezprawia, ale czy emocje mają panować nad człowiekiem czy człowiek nad emocjami? Nie możemy, drodzy Państwo, zwalczać bezprawia bezprawiem i posługiwać się językiem nizin społecznych. Tylko merytoryczna dyskusja, absolutnie rzeczowa i spokojna ma sens. Nikt z obrońców Konstytucji nie uzyska szacunku u oponenta, jeżeli będzie lżył, wyzywał, obrażał, pomawiał. Pokażmy, że stać nas na spokój, na okiełznanie emocji. Taka postawa, jak żadna, wyprowadza przeciwnika z równowagi. Przecież jemu właśnie zależy na tym, aby nas sprowokować. Jeśli się temu poddajemy, powstaje tzw. "pyskówka", która trwać może w nieskończoność, a z merytoryką nic wspólnego nie ma. Apeluję o kulturę słowa!

Jan Parandowski napisał kiedyś: "Kto kocha swój język, kto go chroni od brzydoty i pospolitości, kto stara się wydobyć z niego tkwiącą w nim siłę, godność i urodę, jest czynnym współtwórcą cywilizacji swego narody".

A zatem ten, kto język profanuje, ten jest niszczycielem i wrogiem cywilizacji swego narodu. Miejcie to, Szanowni Państwo, na uwadze.

A teraz bardziej osobisty esej:

Intencją poniższego przyczynku myślowego nie jest obrażenie lub poniżenie kogokolwiek. Jest on tylko próbą wyrażenia mojej opinii o zjawisku wulgaryzacji języka, i co więcej samego procesu komunikacji, występującego dzisiaj nagminnie oraz posiadającego całą rzeszę zwolenników oraz tzw. stronników utajonych, którzy są w jeszcze większej liczbie niż ci pierwsi, a charakteryzujących się tym, iż oficjalnie (czytaj: teoretycznie) ganią oni powszechność przeklinania w życiu publicznym, tymczasem prywatnie i w głębi serca w ogóle nie rozumieją i nie akceptują tego, do czego „urzędowo" się przyznają.

Praca ta nie jest również wynikiem chęci pokazania swojej wyższości. Problem wulgaryzmów inspirował mnie już od dawna, z maturą zaś czy bez odpowiedziałbym tak samo — jakakolwiek edukacja nie gra więc tutaj istotnej roli (jedyną zasługą moich studiów i szkoły jest może to, iż lepiej stawiam przecinki i jaśniej potrafię wyrażać swoje myśli).

Kiedyś wracając z miasta usłyszałem, jak starsza kobieta powiedziała do jednego ulicznego bywalca-pijaczka, wykrzykującego coś do swoich „towarzyszów przygody": nie rób z gęby cholewy. I właśnie to jakże proste, ale genialne zdanie jest dla mnie całym i wystarczającym meritum odnoszącym się do kwestii przeklinania. Wszystko pozostałe zawarte w tej pracy będzie tylko mniej lub bardziej wyrafinowanymi wariacjami tego genialnego sformułowania: Nie rób z gęby cholewy.
Nie powinno to jednak umniejszać „wartości wyjaśniającej" niniejszej pracy, bowiem to nie ilość, ale jakość i ciężar argumentu należy brać pod uwagę.

Już jako dziecko czułem jakąś niesmaczność języka wulgarnego, nie potrafiłem jednak tego uczucia uzasadnić i zracjonalizować. Trochę później podsłuchałem gdzieś w telewizji, iż język nas określa i zarazem tworzy — stwierdzenie dosyć abstrakcyjne, ale czas pozwolił mi zrozumieć jego sens.

Zanim jednak do tego doszło, moje dziecięce spostrzeżenia były następujące: wydawało mi się, że im bliżej najniższego poziomu społecznego tym więcej będę słyszał przekleństw — rzeczywiście przysłowiowy chłop i robotnik byli mistrzami żonglerki wulgaryzmami. Potwierdzeniem tego był dla mnie fakt, iż kiedy przeniosłem się do liceum nie byłem już tak bombardowany przez „k" oraz "p" jak w podstawówce. Nauczony tym doświadczeniem kierowałem się nadzieją, iż idąc na uniwersytet wreszcie uwolnię się od „pospólstwa" i przyziemności. Jakież było moje zdziwienie, kiedy stwierdziłem, że to właśnie studenci najpiękniej władają
łaciną dla ubogich. Skoro tak „mówią" to widocznie zachodzi jakaś ważna potrzeba — usprawiedliwiałem intelektualistów.




To były jednak moje pozytywne fantazje. Z biegiem czasu zobaczyłem, że zachowują się oni jak krowy w oborze, rycząc i wyjąc nawzajem w zupełnie błahych sytuacjach, no chociażby:

-Marek, ale ten tekst był p…
— P…
-K..., rzeczywiście

Rzeczywiście celem dialogu był przekaz emocji, jednak różnica pomiędzy muczącą ze złości krową a człowiekiem jest, a przynajmniej powinna być zasadnicza. W powyższym przypadku, kontrastu takiego nie widać; rozwścieczona jałówka i młody inteligent zlewają się w jedną, bezkształtną masę, co stanowi w moich oczach wielką tragedię, bowiem jak to zasłyszałem na wykładach socjologii, jednym z fundamentalnych identyfikatorów grupy społecznej jest język jakim się ona posługuje, a ja..… naprawdę nie chcę mieszkać w oborze.

Kolejną, przeszkadzającą mi w uzyskaniu chociażby umiarkowanego spokoju ducha sprawą jest zupełny brak proporcjonalności zaistniałych sytuacji do wypowiadanego słowa, np. słowo „skur…" jest dla mnie tak strasznie mocno zabarwionym emocjonalnie wyrazem, że kojarzy mi się z kimś najgorszym, z potworem, z totalnym zerem, którego nie da się opisać w słowach, z jakimś bestialskim mordercą-pedofilem czy kimś podobnym. Jeśli tak straszne słowo stosuje się do sytuacji typu:

— Ten skur… nie dał mi zwolnienia
— A mi skur… każe czekać

(Nawiasem mówiąc w wyrażeniu: skur...syn obrażana jest matka adresata, gdyż nazywa się ją kur...ą: z kur... syn) to przykład ten świadczy tylko o tym, że bardziej zasługują na powyższe określenie sami autorzy dialogu, a nie adresat tego „chorego" komunikatu. Mamy tutaj klasyczny przykład niewłaściwego i szkodliwego używania języka, w którym pojawia się wielka nieproporcjonalność znaczenia słów do sytuacji ich wypowiadania — powtarzanych bezwiednie jak ryk głupich krów, aby tylko dać upust swoim chwilowym emocjom. I tak też należy rozumieć aforyzm francuskiego Noblisty w dziedzinie literatury Françoisa Mauriaca: Wulgaryzm narodził się wraz ze sztucznością uczuć.

Ktoś zaraz zaoponuje twierdząc, iż ładnie to wszystko wygląda na papierze, ale przecież złość jest odwiecznym wrogiem człowieka i czasem nie potrafimy zapanować nad sobą a przekleństwo jest najwłaściwsza formą wyładowania, lepszą niż chociażby zdemolowanie mieszkania. Dosadnie ujmuje to Władysław Reymont: W złości nie wiesz, co język wychłości.

Dobrze, niech i tak będzie. Jednak przekleństwo przekleństwu nierówne, a Arabowie powiadają: utnij sobie język, zanim język utnie tobie głowę. Nie jestem zwolennikiem wprowadzania eufemizmów, tam gdzie są one zupełnie nie na miejscu. Bądźmy jednak uczciwi i przyznajmy, że sposób używania wulgaryzmów przez większość z nas jest najczęściej bezmyślny, prostacki, infantylny a często naprawdę bezsensowny — proszę, zaakceptujmy taki stan rzeczy — i dla mnie największym problemem budzącym długotrwały niesmak, nie jest sam fakt przeklinania, ale jego jakość oraz sytuacje, w których się ono pojawia. Jeszcze raz powtarzam i błagam: nie bądźmy ryczącymi krowami.

Kolejną sytuacją mogącą spowodować odruch wymiotny jest zachowanie się tzw. humanistów i ludzi kultury, a zwłaszcza filologów wydobywających z siebie tak wyświechtane słowa jak "k..", „s…", „p…" — jeśli już muszą sobie pobluzgać, to czy nie stać ich na coś bardziej wyrafinowanego lub barwnego niż ten chłopsko-oborowy gnój. W moim mniemaniu ktoś, kto obcuje z niezliczoną galerią wyrażeń w całej swej rozpiętości, a nie potrafi zdobyć się na nic więcej niż plebejskie „k…" jest jakąś edukacyjna pomyłką. Nie wspomnę tu już nic o wrażliwości estetycznej. To tak, jak gdyby ktoś mający do dyspozycji cały pokój różnego rodzaju butów ciągle chodził w zabłoconych roboczych kaloszach.

Bardzo dobrze zdaję sobie sprawę z tego, że nawyk i przyzwyczajenie są często silniejsze od racjonalnego postanowienia poprawy — to jednak odróżnia nas od świń i bawołów, że potrafimy się zmieniać, skoro widzimy, że coś nie jest w porządku — a jeśli nie chcemy, to taki typ człowieka nazwać należy typem prostaka. Powyższe kryterium pozwala na nadawanie tego niechlubnego miana profesorom oraz ludziom kultury, a braniem świętego przykładu od nobliwej sprzątaczki czy woźnego.

Szanować siebie i innych oznacza również mieć wzgląd na sposób naszego komunikowania się. Posiadanie respektu do naszego języka, który częstokroć konstytuuje sposób naszego postrzegania świata musi być naszym imperatywem moralnym. Ludwig Wittgenstein w wydanej


pośmiertnie książce "O pewności" pisze: „Filozofia jest walką z opętaniem naszego umysłu za pomocą środków naszego języka". Mowa jest ludzkim dziedzictwem oraz narzędziem poznawania nas samych, jest także tworem dynamicznym, permanentnie ewoluującym — nie można pozwolić na to, aby ten proces stał się regresywny.

Samuel Bogumił Linde po latach tytanicznej pracy nad stworzeniem Słownika języka polskiego tak oto napisał o naszym wspólnym dziedzictwie: „Spomiędzy języków słowiańskich niepoślednie miejsce zajmuje język nasz polski; bo nim od wieków mówiono w kraju rozległym od morza do morza, bo jego używano w rządzeniu państwem niegdyś jednym z najpotężniejszych, nim odprawiały się obrady publiczne, na zjazdach z licznych bardzo krain zebranych, nim mówiły stany, panowie, królowie, w naukach i świetle nie ustępujący współczesnym, a w wymowie ich przewyższający, nim pisali znakomici prawie we wszystkich naukach i umiejętnościach mistrzowie. Rozważając te okoliczności, już sądzić wypada, jeszcze go nie znając, że to musi być język bogaty, bo tyle nauk, tyle wyobrażeń obejmujący, język polerowany, bo od osób polorem słynących używany, język do udoskonalenia łatwy, bo wzrosły na wybornym gruncie Słowiańszczyzny. Atoli nie tajmy tego przed sobą, że podobny los spotkał język nasz, co i ziemię naszą, z przyrodzenia tak żyzną: miejscami i czasami oboje poszło w zaniedbanie".

Pamiętać należy, że w prawach rządzących komunikacją międzyludzką, obowiązują takie same zasady jak w innych dziedzinach życia społecznego: albo istnieje granica bezwzględna, której przekraczać nie wolno, albo nie ma jej wcale. Jednorazowe „obniżenie poprzeczki" doprowadzi do ciągłej dewaluacji jakości naszego języka.

Zawsze byłem za zasadą uczciwości, nie rozumiem więc dlaczego nie przeklina się przy dzieciach; co jest takiego w wulgaryzmach, że nie są one chętnie używane (a wręcz zakazane) w obecności stworzeń najmilszych? Co wrażliwsi czują, że jedną z pochodnych skutków przekleństw nie jest tylko wyładowanie się, ale też po prostu niszczenie wrażliwości czystego i nieskażonego jeszcze „cywilizacją" młodego człowieka.

Tak, „zły język" zabija w istocie ludzkiej subtelność i delikatność. Robi to tak skutecznie, iż dzisiaj mało kto może zrozumieć o co w ogóle mi chodzi! A dawniej tak nie było, pewne rzeczy się czuło. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu napisanie podobnej rozprawy byłoby bezużyteczne; wystarczyłyby słowa wspomnianej na początku starszej kobiety: nie rób z gęby cholewy — i już wszystko byłoby jasne. Współcześnie jednak, aby mój apel posiadał jakąkolwiek wartość merytoryczną muszę odwoływać się do słów intelektualistów, bowiem mądrość naszych babć i dziadków w ogóle nie jest w modzie. Powtórzę więc za Witoldem Doroszewskim, znakomitym językoznawcą, jego słynne słowa: „Każdy uczestnik środowiska mówi tymi samymi słowami, co inni, myślenie indywidualne jest zawsze fragmentem procesu społecznego, bo narzędziami myślenia są słowa, a te są wspólne wszystkim uczestnikom danego środowiska. Panowanie nad słowami to panowanie i nad myślą, i nad swoim działaniem, i nad stosunkami z ludźmi".

Jakże daleko nam do biblijnego tak, tak, nie, nie. No cóż, wszystko jest przed nami, a jeśli naprawdę chcemy coś zmienić w tej kwestii, na początek musimy wsłuchać się w kałmuckie przysłowie: Nie bądźmy twardsi niż głazy, bo nawet one od ludzkiego pękają języka.

[CC] Mec. Przemysław Leszek Lis

Krótki szkic o kulturze słowa

Niestety wielu faktycznie upodabnia się do tych, z którymi rzekomo walczy. Walka ta polega na stosowaniu dokładnie tej samej taktyki, jaką przyjął wróg. To ogromnie smutne. Widzę to np. na różnych stronach, które podobno chronią niezależności sądów czy niezawisłości sędziów. Widzę to także w niektórych komentarzach pod filmami na moim profilu. Ci, którzy mienią się obrońcami Konstytucji, deklarują że sprzeciwiają się bezprawiu PiS-u, sami zachowują się tak, jakby przed momentem wyszli z pijackiej meliny. A uważają się za elitę Narodu, która podobno pretenduje do miana ludzi kulturalnych, przykładnych i cywilizowanych. Nie można bronić ładu konstytucyjnego za pomocą słów rodem z rynsztoka, za pomocą czynów noszących wręcz znamiona przestępstwa znieważenia czy zniesławienia. Wielu "porządnych obywateli" nawet może nieświadomie stosuje w swoich wypowiedziach retorykę posłanki Pawłowicz. Emocje, owszem, mogą być znaczne w obliczu aktualnego bezprawia, ale czy emocje mają panować nad człowiekiem czy człowiek nad emocjami? Nie możemy, drodzy Państwo, zwalczać bezprawia bezprawiem i posługiwać się językiem nizin społecznych. Tylko merytoryczna dyskusja, absolutnie rzeczowa i spokojna ma sens. Nikt z obrońców Konstytucji nie uzyska szacunku u oponenta, jeżeli będzie lżył, wyzywał, obrażał, pomawiał. Pokażmy, że stać nas na spokój, na okiełznanie emocji. Taka postawa, jak żadna, wyprowadza przeciwnika z równowagi. Przecież jemu właśnie zależy na tym, aby nas sprowokować. Jeśli się temu poddajemy, powstaje tzw. "pyskówka", która trwać może w nieskończoność, a z merytoryką nic wspólnego nie ma. Apeluję o kulturę słowa!

Jan Parandowski napisał kiedyś: "Kto kocha swój język, kto go chroni od brzydoty i pospolitości, kto stara się wydobyć z niego tkwiącą w nim siłę, godność i urodę, jest czynnym współtwórcą cywilizacji swego narody".

A zatem ten, kto język profanuje, ten jest niszczycielem i wrogiem cywilizacji swego narodu. Miejcie to, Szanowni Państwo, na uwadze.

A teraz bardziej osobisty esej:

Intencją poniższego przyczynku myślowego nie jest obrażenie lub poniżenie kogokolwiek. Jest on tylko próbą wyrażenia mojej opinii o zjawisku wulgaryzacji języka, i co więcej samego procesu komunikacji, występującego dzisiaj nagminnie oraz posiadającego całą rzeszę zwolenników oraz tzw. stronników utajonych, którzy są w jeszcze większej liczbie niż ci pierwsi, a charakteryzujących się tym, iż oficjalnie (czytaj: teoretycznie) ganią oni powszechność przeklinania w życiu publicznym, tymczasem prywatnie i w głębi serca w ogóle nie rozumieją i nie akceptują tego, do czego „urzędowo" się przyznają.

Praca ta nie jest również wynikiem chęci pokazania swojej wyższości. Problem wulgaryzmów inspirował mnie już od dawna, z maturą zaś czy bez odpowiedziałbym tak samo — jakakolwiek edukacja nie gra więc tutaj istotnej roli (jedyną zasługą moich studiów i szkoły jest może to, iż lepiej stawiam przecinki i jaśniej potrafię wyrażać swoje myśli).

Kiedyś wracając z miasta usłyszałem, jak starsza kobieta powiedziała do jednego ulicznego bywalca-pijaczka, wykrzykującego coś do swoich „towarzyszów przygody": nie rób z gęby cholewy. I właśnie to jakże proste, ale genialne zdanie jest dla mnie całym i wystarczającym meritum odnoszącym się do kwestii przeklinania. Wszystko pozostałe zawarte w tej pracy będzie tylko mniej lub bardziej wyrafinowanymi wariacjami tego genialnego sformułowania: Nie rób z gęby cholewy. Nie powinno to jednak umniejszać „wartości wyjaśniającej" niniejszej pracy, bowiem to nie ilość, ale jakość i ciężar argumentu należy brać pod uwagę.

Już jako dziecko czułem jakąś niesmaczność języka wulgarnego, nie potrafiłem jednak tego uczucia uzasadnić i zracjonalizować. Trochę później podsłuchałem gdzieś w telewizji, iż język nas określa i zarazem tworzy — stwierdzenie dosyć abstrakcyjne, ale czas pozwolił mi zrozumieć jego sens.

Zanim jednak do tego doszło, moje dziecięce spostrzeżenia były następujące: wydawało mi się, że im bliżej najniższego poziomu społecznego tym więcej będę słyszał przekleństw — rzeczywiście przysłowiowy chłop i robotnik byli mistrzami żonglerki wulgaryzmami. Potwierdzeniem tego był dla mnie fakt, iż kiedy przeniosłem się do liceum nie byłem już tak bombardowany przez „k" oraz "p" jak w podstawówce. Nauczony tym doświadczeniem kierowałem się nadzieją, iż idąc na uniwersytet wreszcie uwolnię się od „pospólstwa" i przyziemności. Jakież było moje zdziwienie, kiedy stwierdziłem, że to właśnie studenci najpiękniej władają łaciną dla ubogich. Skoro tak „mówią" to widocznie zachodzi jakaś ważna potrzeba — usprawiedliwiałem intelektualistów.

To były jednak moje pozytywne fantazje. Z biegiem czasu zobaczyłem, że zachowują się oni jak krowy w oborze, rycząc i wyjąc nawzajem w zupełnie błahych sytuacjach, no chociażby:

-Marek, ale ten tekst był p…
— P…
-K..., rzeczywiście

Rzeczywiście celem dialogu był przekaz emocji, jednak różnica pomiędzy muczącą ze złości krową a człowiekiem jest, a przynajmniej powinna być zasadnicza. W powyższym przypadku, kontrastu takiego nie widać; rozwścieczona jałówka i młody inteligent zlewają się w jedną, bezkształtną masę, co stanowi w moich oczach wielką tragedię, bowiem jak to zasłyszałem na wykładach socjologii, jednym z fundamentalnych identyfikatorów grupy społecznej jest język jakim się ona posługuje, a ja..… naprawdę nie chcę mieszkać w oborze.

Kolejną, przeszkadzającą mi w uzyskaniu chociażby umiarkowanego spokoju ducha sprawą jest zupełny brak proporcjonalności zaistniałych sytuacji do wypowiadanego słowa, np. słowo „skur…" jest dla mnie tak strasznie mocno zabarwionym emocjonalnie wyrazem, że kojarzy mi się z kimś najgorszym, z potworem, z totalnym zerem, którego nie da się opisać w słowach, z jakimś bestialskim mordercą-pedofilem czy kimś podobnym. Jeśli tak straszne słowo stosuje się do sytuacji typu:

— Ten skur… nie dał mi zwolnienia
— A mi skur… każe czekać

(Nawiasem mówiąc w wyrażeniu: skur...syn obrażana jest matka adresata, gdyż nazywa się ją kur...ą: z kur... syn) to przykład ten świadczy tylko o tym, że bardziej zasługują na powyższe określenie sami autorzy dialogu, a nie adresat tego „chorego" komunikatu. Mamy tutaj klasyczny przykład niewłaściwego i szkodliwego używania języka, w którym pojawia się wielka nieproporcjonalność znaczenia słów do sytuacji ich wypowiadania — powtarzanych bezwiednie jak ryk głupich krów, aby tylko dać upust swoim chwilowym emocjom. I tak też należy rozumieć aforyzm francuskiego Noblisty w dziedzinie literatury Françoisa Mauriaca: Wulgaryzm narodził się wraz ze sztucznością uczuć.

Ktoś zaraz zaoponuje twierdząc, iż ładnie to wszystko wygląda na papierze, ale przecież złość jest odwiecznym wrogiem człowieka i czasem nie potrafimy zapanować nad sobą a przekleństwo jest najwłaściwsza formą wyładowania, lepszą niż chociażby zdemolowanie mieszkania. Dosadnie ujmuje to Władysław Reymont: W złości nie wiesz, co język wychłości.

Dobrze, niech i tak będzie. Jednak przekleństwo przekleństwu nierówne, a Arabowie powiadają: utnij sobie język, zanim język utnie tobie głowę. Nie jestem zwolennikiem wprowadzania eufemizmów, tam gdzie są one zupełnie nie na miejscu. Bądźmy jednak uczciwi i przyznajmy, że sposób używania wulgaryzmów przez większość z nas jest najczęściej bezmyślny, prostacki, infantylny a często naprawdę bezsensowny — proszę, zaakceptujmy taki stan rzeczy — i dla mnie największym problemem budzącym długotrwały niesmak, nie jest sam fakt przeklinania, ale jego jakość oraz sytuacje, w których się ono pojawia. Jeszcze raz powtarzam i błagam: nie bądźmy ryczącymi krowami.

Kolejną sytuacją mogącą spowodować odruch wymiotny jest zachowanie się tzw. humanistów i ludzi kultury, a zwłaszcza filologów wydobywających z siebie tak wyświechtane słowa jak "k..", „s…", „p…" — jeśli już muszą sobie pobluzgać, to czy nie stać ich na coś bardziej wyrafinowanego lub barwnego niż ten chłopsko-oborowy gnój. W moim mniemaniu ktoś, kto obcuje z niezliczoną galerią wyrażeń w całej swej rozpiętości, a nie potrafi zdobyć się na nic więcej niż plebejskie „k…" jest jakąś edukacyjna pomyłką. Nie wspomnę tu już nic o wrażliwości estetycznej. To tak, jak gdyby ktoś mający do dyspozycji cały pokój różnego rodzaju butów ciągle chodził w zabłoconych roboczych kaloszach.

Bardzo dobrze zdaję sobie sprawę z tego, że nawyk i przyzwyczajenie są często silniejsze od racjonalnego postanowienia poprawy — to jednak odróżnia nas od świń i bawołów, że potrafimy się zmieniać, skoro widzimy, że coś nie jest w porządku — a jeśli nie chcemy, to taki typ człowieka nazwać należy typem prostaka. Powyższe kryterium pozwala na nadawanie tego niechlubnego miana profesorom oraz ludziom kultury, a braniem świętego przykładu od nobliwej sprzątaczki czy woźnego.

Szanować siebie i innych oznacza również mieć wzgląd na sposób naszego komunikowania się. Posiadanie respektu do naszego języka, który częstokroć konstytuuje sposób naszego postrzegania świata musi być naszym imperatywem moralnym. Ludwig Wittgenstein w wydanej pośmiertnie książce "O pewności" pisze: „Filozofia jest walką z opętaniem naszego umysłu za pomocą środków naszego języka". Mowa jest ludzkim dziedzictwem oraz narzędziem poznawania nas samych, jest także tworem dynamicznym, permanentnie ewoluującym — nie można pozwolić na to, aby ten proces stał się regresywny.

Samuel Bogumił Linde po latach tytanicznej pracy nad stworzeniem Słownika języka polskiego tak oto napisał o naszym wspólnym dziedzictwie: „Spomiędzy języków słowiańskich niepoślednie miejsce zajmuje język nasz polski; bo nim od wieków mówiono w kraju rozległym od morza do morza, bo jego używano w rządzeniu państwem niegdyś jednym z najpotężniejszych, nim odprawiały się obrady publiczne, na zjazdach z licznych bardzo krain zebranych, nim mówiły stany, panowie, królowie, w naukach i świetle nie ustępujący współczesnym, a w wymowie ich przewyższający, nim pisali znakomici prawie we wszystkich naukach i umiejętnościach mistrzowie. Rozważając te okoliczności, już sądzić wypada, jeszcze go nie znając, że to musi być język bogaty, bo tyle nauk, tyle wyobrażeń obejmujący, język polerowany, bo od osób polorem słynących używany, język do udoskonalenia łatwy, bo wzrosły na wybornym gruncie Słowiańszczyzny. Atoli nie tajmy tego przed sobą, że podobny los spotkał język nasz, co i ziemię naszą, z przyrodzenia tak żyzną: miejscami i czasami oboje poszło w zaniedbanie".

Pamiętać należy, że w prawach rządzących komunikacją międzyludzką, obowiązują takie same zasady jak w innych dziedzinach życia społecznego: albo istnieje granica bezwzględna, której przekraczać nie wolno, albo nie ma jej wcale. Jednorazowe „obniżenie poprzeczki" doprowadzi do ciągłej dewaluacji jakości naszego języka.

Zawsze byłem za zasadą uczciwości, nie rozumiem więc dlaczego nie przeklina się przy dzieciach; co jest takiego w wulgaryzmach, że nie są one chętnie używane (a wręcz zakazane) w obecności stworzeń najmilszych? Co wrażliwsi czują, że jedną z pochodnych skutków przekleństw nie jest tylko wyładowanie się, ale też po prostu niszczenie wrażliwości czystego i nieskażonego jeszcze „cywilizacją" młodego człowieka.

Tak, „zły język" zabija w istocie ludzkiej subtelność i delikatność. Robi to tak skutecznie, iż dzisiaj mało kto może zrozumieć o co w ogóle mi chodzi! A dawniej tak nie było, pewne rzeczy się czuło. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu napisanie podobnej rozprawy byłoby bezużyteczne; wystarczyłyby słowa wspomnianej na początku starszej kobiety: nie rób z gęby cholewy — i już wszystko byłoby jasne. Współcześnie jednak, aby mój apel posiadał jakąkolwiek wartość merytoryczną muszę odwoływać się do słów intelektualistów, bowiem mądrość naszych babć i dziadków w ogóle nie jest w modzie. Powtórzę więc za Witoldem Doroszewskim, znakomitym językoznawcą, jego słynne słowa: „Każdy uczestnik środowiska mówi tymi samymi słowami, co inni, myślenie indywidualne jest zawsze fragmentem procesu społecznego, bo narzędziami myślenia są słowa, a te są wspólne wszystkim uczestnikom danego środowiska. Panowanie nad słowami to panowanie i nad myślą, i nad swoim działaniem, i nad stosunkami z ludźmi".

Jakże daleko nam do biblijnego tak, tak, nie, nie. No cóż, wszystko jest przed nami, a jeśli naprawdę chcemy coś zmienić w tej kwestii, na początek musimy wsłuchać się w kałmuckie przysłowie: Nie bądźmy twardsi niż głazy, bo nawet one od ludzkiego pękają języka.

[CC] Mec. Przemysław Leszek Lis
(39)

Pobierz PDF Wydrukuj