Schowajcie żądła!

Każdy, kto kiedykolwiek występował w jakiejś drużynie, czy zespole, musiał się zmierzyć ze zmiennością uczuć i napięć, jakie tam występują. Pewnie to na podstawie takich doświadczeń ukuło się powiedzenie, że sukces ma wielu ojców. Jak wygrywamy, to wszyscy się kochamy, ale przestajemy się kochać, gdy przegrywamy. Wtedy stajemy się drażliwi, jakoś zaczynają się uwypuklać wady naszych partnerów i coraz łatwiej przychodzi nam je im wytknąć. Aż w końcu dochodzimy do pewności, że to oni są przyczyną naszych klęsk. Gwałtownie, w odruchu samoobrony, poszukujemy w naszej drużynie podobnie myślących, tworzymy frakcje i koterie i z niechęcią patrzymy, jak "oni" robią to samo. W końcu drużyna się rozpada. Nasze miejsce na podium zajmują nasi przeciwnicy, a do naszych wrogów dołączają ci, którzy kiedyś byli przyjaciółmi.

*

Niestety, podobne zjawisko - toutes proportions gardé - da się zaobserwować po tej stronie sceny politycznej, którą wciąż nazywam "naszą", z coraz większą dozą umowności określaną jako "opozycja uliczna".

Było już kiedyś tak, że na Rzeczpospolitą składał się luźny zlepek dzielnic, w których panowali coraz bardziej nienawidzący się nawzajem książęta. Był to czas, kiedy na całym nadwiślańskim terytorium panował chaos i destrukcja.

Podobnie dzieje się teraz z opozycją poza parlamentarną. Po rozpadzie KOD - po stronie opozycji nastąpił podział dzielnicowy. Wyparowało lepiszcze, jakim była początkowa wzajemna sympatia obywateli niegodzących się na zawłaszczanie i niszczenie ich państwa przez prostaków i parweniuszy.

Dzisiaj żaden udzielny książę nie jest w stanie rozesłać wici i zgromadzić niezbędny do zwycięstwa milion wojów. A barbarzyńca nie próżnuje i niszczy wszystko, co z takim trudem zostało zbudowane. Może wystarczy poczekać, aż proces tworzenia się frakcji i wzajemnych animozji udzielnych książąt z przerośniętymi ego jakoś sam się skończy? Tylko coraz trudniej jest ze spokojem czekać na współczesnego Łokietka (albo Łokietkę), gdy trzeba patrzeć, jak prostacy rozwalają każdego dnia państwo, w którym dopiero zaczynało chcieć się żyć.

I coraz trudniej jest sobie wyobrazić, że jakiś nowy Kazimierz Wielki szybko tę ruinę postpisowską ogarnie.

Może niepotrzebnie się denerwuję, gdy widzę, jak rój rozwścieczonych czymś osek, atakuje wszystko co się rusza nie tak, jakby się to oskom podobało? A denerwuję się, bo przecież widzę, jaką te oski stanowią siłę i jak potrafią być skuteczne w walce o pryncypia. Ale zaczynam się bać ich nagłych zwrotów podyktowanych trudnymi do odgadnięcia instynktami.

Nie rozumiem mianowicie, dlaczego oskom nie podoba się proces jednoczenia rozproszonej wcześniej regularnej armii i atakują wszystkich, którzy nową koalicję obywatelską wspierają, bo dostrzegają w tym szansę na sukces. Najgorsze, że nie wiem, czy oskom kiedykolwiek ten amok i chęć walki każdego z każdym przejdzie.

Tymczasem mamy to, co mamy: oski żądlą każdego, kto im podpadnie, drużyna się rozpierzcha, a barbarzyńca się urządza.

[CC] Michał Osiecimski

Schowajcie żądła!

Każdy, kto kiedykolwiek występował w jakiejś drużynie, czy zespole, musiał się zmierzyć ze zmiennością uczuć i napięć, jakie tam występują. Pewnie to na podstawie takich doświadczeń ukuło się powiedzenie, że sukces ma wielu ojców. Jak wygrywamy, to wszyscy się kochamy, ale przestajemy się kochać, gdy przegrywamy. Wtedy stajemy się drażliwi, jakoś zaczynają się uwypuklać wady naszych partnerów i coraz łatwiej przychodzi nam je im wytknąć. Aż w końcu dochodzimy do pewności, że to oni są przyczyną naszych klęsk. Gwałtownie, w odruchu samoobrony, poszukujemy w naszej drużynie podobnie myślących, tworzymy frakcje i koterie i z niechęcią patrzymy, jak "oni" robią to samo. W końcu drużyna się rozpada. Nasze miejsce na podium zajmują nasi przeciwnicy, a do naszych wrogów dołączają ci, którzy kiedyś byli przyjaciółmi.

*

Niestety, podobne zjawisko - toutes proportions gardé - da się zaobserwować po tej stronie sceny politycznej, którą wciąż nazywam "naszą", z coraz większą dozą umowności określaną jako "opozycja uliczna".

Było już kiedyś tak, że na Rzeczpospolitą składał się luźny zlepek dzielnic, w których panowali coraz bardziej nienawidzący się nawzajem książęta. Był to czas, kiedy na całym nadwiślańskim terytorium panował chaos i destrukcja.

Podobnie dzieje się teraz z opozycją poza parlamentarną. Po rozpadzie KOD - po stronie opozycji nastąpił podział dzielnicowy. Wyparowało lepiszcze, jakim była początkowa wzajemna sympatia obywateli niegodzących się na zawłaszczanie i niszczenie ich państwa przez prostaków i parweniuszy.

Dzisiaj żaden udzielny książę nie jest w stanie rozesłać wici i zgromadzić niezbędny do zwycięstwa milion wojów. A barbarzyńca nie próżnuje i niszczy wszystko, co z takim trudem zostało zbudowane. Może wystarczy poczekać, aż proces tworzenia się frakcji i wzajemnych animozji udzielnych książąt z przerośniętymi ego jakoś sam się skończy? Tylko coraz trudniej jest ze spokojem czekać na współczesnego Łokietka (albo Łokietkę), gdy trzeba patrzeć, jak prostacy rozwalają każdego dnia państwo, w którym dopiero zaczynało chcieć się żyć.

I coraz trudniej jest sobie wyobrazić, że jakiś nowy Kazimierz Wielki szybko tę ruinę postpisowską ogarnie.

Może niepotrzebnie się denerwuję, gdy widzę, jak rój rozwścieczonych czymś osek, atakuje wszystko co się rusza nie tak, jakby się to oskom podobało? A denerwuję się, bo przecież widzę, jaką te oski stanowią siłę i jak potrafią być skuteczne w walce o pryncypia. Ale zaczynam się bać ich nagłych zwrotów podyktowanych trudnymi do odgadnięcia instynktami.

Nie rozumiem mianowicie, dlaczego oskom nie podoba się proces jednoczenia rozproszonej wcześniej regularnej armii i atakują wszystkich, którzy nową koalicję obywatelską wspierają, bo dostrzegają w tym szansę na sukces. Najgorsze, że nie wiem, czy oskom kiedykolwiek ten amok i chęć walki każdego z każdym przejdzie.

Tymczasem mamy to, co mamy: oski żądlą każdego, kto im podpadnie, drużyna się rozpierzcha, a barbarzyńca się urządza.

[CC] Michał Osiecimski
(38)

Pobierz PDF Wydrukuj