Łaskotanie kilofem

Mam wrażenie, iż aluzyjne lata są zanadto trudne do przełykania; za mało lekkostrawne, za mało przejrzyste, zbytnio niezrozumiałe i przez to – drętwe. Odeszły w siną dal, w rezultacie czego jesteśmy aktywnymi uczestnikami KULTURY Z GRUBEJ RURY; żart zmienił się w dowcipasa. Kiedyś rzuciło się odpowiednią aluzję w towarzystwie kamiennej twarzy, by publika reagowała bez instrukcji; szło musnąć ludzi piórkiem, by nastąpiła eksplozja niegłupawego śmiechu. Dziś niestety: odpada jakakolwiek finezja, bo żeby wic był zrozumiany, trzeba palnąć odbiorcę w tępy czerep i podłączyć do przycisku z rechotem. Podobnie toporną subtelność dostrzegam nie tylko u kabareciarzy, ale i we współczesnym kinie zdominowanym przez forsę: im więcej nieboszczyków, tym lepsza oglądalność. Drzewiej, w latach A. Christie, kryminalna fabuła trzymała w napięciu za pomocą jednego nieboszczyka. Teraz „pojedynczy” jest nad wyraz trywialny; wymogiem obecnych czasów jest wielu. Musi być wielu i to z koniecznym pokazywaniem krwawych jatek, latających flaków i gotowanych czaszek.
Dam przykład. Niedawno chcąc sobie podnieść umysłowy poziom, poszedłem do kina. Film okazał się sensacyjny i umrzyków było w nim więcej niż ludzi na widowni. Denaci wystawali ze wszelkich możliwych szczelin ekranu: rozmazani na ścianach, skręceni w krwawy precel na piwnicznym betonie; tu oderwana główka, tam rzewne wspomnienie po kolejnym gagatku. Scenariusz był następujący: partner kropniętego, dajmy na to Bond-bez-zer, postanawia zemścić się i robi to przez bite dwie godziny z przerwą na siku. Grzebie w hałdach złoczyńców, by na koniec wielu przygód znaleźć właściwego. Wślizguje się do bandy jego kumpli, zaprzyjaźnia z nimi, a w międzyczasie zdrowo popija z tutki i na zakąskę przeżywa odejście ukochanej flądry, która ma go powyżej, poniżej i ogólnie gdzieś. Bond, to gliniarz po dziadku, ojcu i jego braciach, funkcjonariusz z rodzinnymi obciążeniami. Nie lubi dyskutować z rozterkami: naprzód strzela, później głowi się, po co. Generalnie akceptowany nie jest. Zarówno przez środowisko krawężnikowe, jak seryjną patologię. Mruk; rzadko coś powie, a jak już powie, to nie wiadomo, śmiać się, czy płakać. Pracuś. Przeważnie gania po dachach i schodach kamienic z podejrzanymi lub ściga wraże cztery kółka, po czym idzie na odwach spisywać fajansiarskie raporty. Konfliktowy. Nie znosi szefa. Nie trawi również towarzyskiego życia. Samotnik. Czasem zdarza mu się oberwać. Wtedy ceruje sobie jestestwo z miną co najmniej znudzoną, palcyma odkażonymi w whisky wydłubuje kulę i udaje się z przeprosinową wiąchą do byłej kochanki.
Tu następuje psychologiczny fragment filmu, bo kobieta ma w oczach przebaczenie. Prędko więc dochodzi do wzajemnego pojednania; ekran trzeszczy od sodomy i gomory, a oglądający naród ma wkalkulowaną w bilet erotykę z figurami. Rośnie temperatura, buzują hormony, w tle widać rozczochrane łóżko, a na nim, nie ulega kwestii, jakie to golasy i czyje piszczele; sine barwy znikają, pojawia się róż, brzmi sentymentalna piosnka, zapalone świeczki pełgają kusicielsko, mrożony szampan pyszni się w kubełku, lecz idylla zostaje przerwana, bo na arenę wydarzeń wdziera się zamaskowany oprych z kałachem, który z szybkością kulawego pershinga strzela gdzie popadnie. W rezultacie trafia we flądrę Bonda, z której wymyka się ostatni dech.
Natomiast Bond jest w swoim żywiole: kładzie trupem faceta od kałacha i na ekranie zostaje mokra plama w kominiarce. Po czym, by nie tracić czasu, akcja przenosi się do Stambułu i nie wiadomo dlaczego jestem razem z widzami wśród mrowia minaretów, bazarów, w plątaninie ciasnych uliczek przetykanych gwarem. Reżyser jest malarzem kamery. Nie jakimś tam przeciętnym pejzażystą, ale mistrzem klasy B, awaryjnym poetą wyczulonym na grę świateł, na eksponowanie kwiecistych barw pstrokatych kobierców, które mieszają się z rumianym kolorem pyzatych straganiarzy i gdzie widz nie spojrzy, tam dostrzega ścisk, potrącankę, przepychankę oraz łysą czaszkę Bonda zmierzającego do meritum. I w tym momencie musiałem wyjść, a jak wróciłem, to w ramach dodatku do popcornu - dawali następny.

*

Co do psychologii, to powiedzieć trzeba, że w sprawach tak oczywistych, jak jednoznaczne potępienie uśmierceń, świat fabuł poczynił ogromne postępy. Dokonała się w nim relatywizacja podstawowych pojęć: podział na zbrodnie sympatyczne oraz – budzące niesmak. A także na morderców: w zasadzie przyzwoitych i – zdecydowanie odrażających. Zasługujących na potępienie szubienicą.
Lecz niektórych bandytów anatema nie dotyka nawet: jesteśmy wobec nich łaskawsi. Skłonni do przyspieszonego wybaczania. Do wytężonej tolerancji. Wyrozumiałości graniczącej z idiotyzmem.
Nie to mnie jednak niepokoi, żeśmy się mentalnościowo skiepścili. Oburza mnie przesadne wnikanie w duszę bandziora. A jednocześnie ze stępiałą wrażliwością – usprawiedliwienie dla bezdyskusyjnej zbrodni.

*



Czy mam kochać mordercę mojej rodziny, pedofila gwałcącego dziecko, faceta, który z dzikim entuzjazmem życzy mi śmierci, bo dowiedział się, że mam raka?
Załóżmy, że jako sędzia mam wydać wyrok w sprawie wielokrotnego rezuna. Zabił całą rodzinę, a zanim tego dokonał, pastwił się nad nią ze szczególnym okrucieństwem. Z czego był dumny: z lubością zagłębiał się w detale swojej zbrodni, a w ostatnim słowie rzekł, iż gdyby dano mu szansę, zrobiłby to jeszcze raz, bo uwielbia uchechłać komuś pół zdradzieckiej mordy przed zmówieniem paciorka.

*

Wniosek: na nasze pobłażliwe osądzanie morderców ma wpływ ocena ich trudnego okresu dojrzewania, a subtelność łaskotania kilofem, to standard. Jesteśmy społeczeństwem nadmiernie pobłażliwym. Nonszalanckim i niedbającym o zachowanie równowagi w ocenianiu czyjegoś postępowania.
Żyjemy w społeczeństwie. Lecz moim zdaniem fanatycy anarchii, zabójcy i gwałciciele, faszystowscy kibole i terroryści, żyją poza nim. Są na marginesie dla szubrawców. Nie są moimi bliźnimi. Gardzę nimi jako i oni - mną.

[CC] Marek Jastrząb

Łaskotanie kilofem

Mam wrażenie, iż aluzyjne lata są zanadto trudne do przełykania; za mało lekkostrawne, za mało przejrzyste, zbytnio niezrozumiałe i przez to – drętwe. Odeszły w siną dal, w rezultacie czego jesteśmy aktywnymi uczestnikami KULTURY Z GRUBEJ RURY; żart zmienił się w dowcipasa. Kiedyś rzuciło się odpowiednią aluzję w towarzystwie kamiennej twarzy, by publika reagowała bez instrukcji; szło musnąć ludzi piórkiem, by nastąpiła eksplozja niegłupawego śmiechu. Dziś niestety: odpada jakakolwiek finezja, bo żeby wic był zrozumiany, trzeba palnąć odbiorcę w tępy czerep i podłączyć do przycisku z rechotem. Podobnie toporną subtelność dostrzegam nie tylko u kabareciarzy, ale i we współczesnym kinie zdominowanym przez forsę: im więcej nieboszczyków, tym lepsza oglądalność. Drzewiej, w latach A. Christie, kryminalna fabuła trzymała w napięciu za pomocą jednego nieboszczyka. Teraz „pojedynczy” jest nad wyraz trywialny; wymogiem obecnych czasów jest wielu. Musi być wielu i to z koniecznym pokazywaniem krwawych jatek, latających flaków i gotowanych czaszek.
Dam przykład. Niedawno chcąc sobie podnieść umysłowy poziom, poszedłem do kina. Film okazał się sensacyjny i umrzyków było w nim więcej niż ludzi na widowni. Denaci wystawali ze wszelkich możliwych szczelin ekranu: rozmazani na ścianach, skręceni w krwawy precel na piwnicznym betonie; tu oderwana główka, tam rzewne wspomnienie po kolejnym gagatku. Scenariusz był następujący: partner kropniętego, dajmy na to Bond-bez-zer, postanawia zemścić się i robi to przez bite dwie godziny z przerwą na siku. Grzebie w hałdach złoczyńców, by na koniec wielu przygód znaleźć właściwego. Wślizguje się do bandy jego kumpli, zaprzyjaźnia z nimi, a w międzyczasie zdrowo popija z tutki i na zakąskę przeżywa odejście ukochanej flądry, która ma go powyżej, poniżej i ogólnie gdzieś. Bond, to gliniarz po dziadku, ojcu i jego braciach, funkcjonariusz z rodzinnymi obciążeniami. Nie lubi dyskutować z rozterkami: naprzód strzela, później głowi się, po co. Generalnie akceptowany nie jest. Zarówno przez środowisko krawężnikowe, jak seryjną patologię. Mruk; rzadko coś powie, a jak już powie, to nie wiadomo, śmiać się, czy płakać. Pracuś. Przeważnie gania po dachach i schodach kamienic z podejrzanymi lub ściga wraże cztery kółka, po czym idzie na odwach spisywać fajansiarskie raporty. Konfliktowy. Nie znosi szefa. Nie trawi również towarzyskiego życia. Samotnik. Czasem zdarza mu się oberwać. Wtedy ceruje sobie jestestwo z miną co najmniej znudzoną, palcyma odkażonymi w whisky wydłubuje kulę i udaje się z przeprosinową wiąchą do byłej kochanki.
Tu następuje psychologiczny fragment filmu, bo kobieta ma w oczach przebaczenie. Prędko więc dochodzi do wzajemnego pojednania; ekran trzeszczy od sodomy i gomory, a oglądający naród ma wkalkulowaną w bilet erotykę z figurami. Rośnie temperatura, buzują hormony, w tle widać rozczochrane łóżko, a na nim, nie ulega kwestii, jakie to golasy i czyje piszczele; sine barwy znikają, pojawia się róż, brzmi sentymentalna piosnka, zapalone świeczki pełgają kusicielsko, mrożony szampan pyszni się w kubełku, lecz idylla zostaje przerwana, bo na arenę wydarzeń wdziera się zamaskowany oprych z kałachem, który z szybkością kulawego pershinga strzela gdzie popadnie. W rezultacie trafia we flądrę Bonda, z której wymyka się ostatni dech.
Natomiast Bond jest w swoim żywiole: kładzie trupem faceta od kałacha i na ekranie zostaje mokra plama w kominiarce. Po czym, by nie tracić czasu, akcja przenosi się do Stambułu i nie wiadomo dlaczego jestem razem z widzami wśród mrowia minaretów, bazarów, w plątaninie ciasnych uliczek przetykanych gwarem. Reżyser jest malarzem kamery. Nie jakimś tam przeciętnym pejzażystą, ale mistrzem klasy B, awaryjnym poetą wyczulonym na grę świateł, na eksponowanie kwiecistych barw pstrokatych kobierców, które mieszają się z rumianym kolorem pyzatych straganiarzy i gdzie widz nie spojrzy, tam dostrzega ścisk, potrącankę, przepychankę oraz łysą czaszkę Bonda zmierzającego do meritum. I w tym momencie musiałem wyjść, a jak wróciłem, to w ramach dodatku do popcornu - dawali następny.

*

Co do psychologii, to powiedzieć trzeba, że w sprawach tak oczywistych, jak jednoznaczne potępienie uśmierceń, świat fabuł poczynił ogromne postępy. Dokonała się w nim relatywizacja podstawowych pojęć: podział na zbrodnie sympatyczne oraz – budzące niesmak. A także na morderców: w zasadzie przyzwoitych i – zdecydowanie odrażających. Zasługujących na potępienie szubienicą.
Lecz niektórych bandytów anatema nie dotyka nawet: jesteśmy wobec nich łaskawsi. Skłonni do przyspieszonego wybaczania. Do wytężonej tolerancji. Wyrozumiałości graniczącej z idiotyzmem.
Nie to mnie jednak niepokoi, żeśmy się mentalnościowo skiepścili. Oburza mnie przesadne wnikanie w duszę bandziora. A jednocześnie ze stępiałą wrażliwością – usprawiedliwienie dla bezdyskusyjnej zbrodni.

*

Czy mam kochać mordercę mojej rodziny, pedofila gwałcącego dziecko, faceta, który z dzikim entuzjazmem życzy mi śmierci, bo dowiedział się, że mam raka?
Załóżmy, że jako sędzia mam wydać wyrok w sprawie wielokrotnego rezuna. Zabił całą rodzinę, a zanim tego dokonał, pastwił się nad nią ze szczególnym okrucieństwem. Z czego był dumny: z lubością zagłębiał się w detale swojej zbrodni, a w ostatnim słowie rzekł, iż gdyby dano mu szansę, zrobiłby to jeszcze raz, bo uwielbia uchechłać komuś pół zdradzieckiej mordy przed zmówieniem paciorka.

*

Wniosek: na nasze pobłażliwe osądzanie morderców ma wpływ ocena ich trudnego okresu dojrzewania, a subtelność łaskotania kilofem, to standard. Jesteśmy społeczeństwem nadmiernie pobłażliwym. Nonszalanckim i niedbającym o zachowanie równowagi w ocenianiu czyjegoś postępowania.
Żyjemy w społeczeństwie. Lecz moim zdaniem fanatycy anarchii, zabójcy i gwałciciele, faszystowscy kibole i terroryści, żyją poza nim. Są na marginesie dla szubrawców. Nie są moimi bliźnimi. Gardzę nimi jako i oni - mną.

[CC] Marek Jastrząb
(25)

Pobierz PDF Wydrukuj