Dlaczego jest tak źle?

Gros szarych ludzi nie interesuje się podkładaniem świń, teczkomanią i walką o stołki, pensje czy synekury. Jednak obecni kacykowie uważają, że to, oraz dalsze knucie intryg i podsycanie ogólnonarodowej nienawiści jest im potrzebne do rządzenia. Nie przeszkadza im, że są izolowani, traktowani jako prowincjonalne pośmiewisko, a ich partia stanowi na światowych arenach polityczną ciekawostkę; obecny ustrój wymaga od „suwerena” otwartych umysłów, a z tym – krucho. Nędznie też jest na odcinku prawdomówności. Nie mówiąc o innych odcinkach zakłamania.


Akcja rozgrywa się w szpitalu. Jeden z pacjentów głównego bohatera zwierza się, że nad historią jego choroby, nad ustaleniem diagnozy i dalszym leczeniem osobiście czuwa jeden z najlepszych tutejszych medyków. Myśl, że jest pod opieką, że ktoś zajmuje się jego sprawą, pozwalała mu przetrwać pobyt w tym miejscu. Żyć nadzieją na wyzdrowienie.

Wszelako gdy nareszcie, po paru tygodniach bezskutecznego oczekiwania na lekarza, dostrzegł go na korytarzu, podszedł do niego i starał się dowiedzieć, jak tam z jego problemem, zdziwiony lekarz zapytał go, kim jest i dlaczego się skarży, bo go nie pamięta.

I druga przypowieść, tym razem z kolekcji moich niepowodzeń: w trakcie wędrówek po urzędach zdarzało mi się spotykać z jaśnie wielmożnymi panami na społecznych włościach.

Kiedy po raz pierwszy miałem rozmowę z oficjelem, z radochy, że mogę mu przedstawić kwestię, z którą do niego przyszedłem, nie wiedziałem, gdzie mam się podziać. Byłem otumaniony tym, że przy nim siedzę, że docierają do mnie jego wzniosłe sentencje, że w końcu doczekałem się wizyty u człowieka obdarzonego rozsądkiem i inteligencją.

W trakcie konwersacji wykazywał zrozumienie dla prezentowanych przeze mnie zagadnień, uznawał trafność i zasadność przedłożonych argumentów, wspólnie ze mną zastanawiał się, jak należałoby je rozwiązać, obiecywał pomoc. Jednym słowem wychodziłem z jego gabinetu podniesiony na duchu, usatysfakcjonowany tym, że w końcu znalazłem kogoś zdolnego do odczuwania cudzego losu.

Lecz gdy po tygodniu nie następowały żadne tej rozmowy odzewy, szedłem jeszcze raz. Witał mnie jak dobrego znajomego. Już od progu zapraszał do wnętrza swoich komnat. Uśmiechał się nawet. Tyle że już na początku rozmowy kazał mi przypomnieć, co mnie gnębi.

Wchodziłem do podobnych biur, siadałem w gościnnych fotelach i z nieustanną energią zaczynałem swoje oracje od nowa. Mówiłem, przytaczałem, powoływałem się na przepisy, paragrafy i ustawy.

W lot chwytali, w czym rzecz. Jak poprzedni decydent, też ubolewali nad absurdami dotykającymi niepełnosprawnych, ofiarowywali się z pomocą, obiecywali, że pogadają z innymi dyrektorami wydziałów, a to z Architektem Miasta, a to z Lekarzem Wojewódzkim.

I znowu wychodziłem od nich z optymizmem, z wiarą i ufnością. Ale moja otucha, optymizm oraz pozostałe niedorzeczności, legły w gruzach, gdy odwiedzałem ich po raz trzeci i gdy po raz trzeci musiałem klarować, z czym przychodzę.

Tego rodzaju eskapad miałem w swoim życiu od pioruna i trochę a wszystkie razem nauczyły mnie ostrożności, rezerwy, sceptycyzmu. Ale działo się to wtedy, gdy istniał PRL i stosowanie podobnych sztuczek należało do partyjnych obyczajów każdego urzędu. Teraz jednak, mimo upływu lat od obalenia poprzedniego reżimu, wizja powrotu do punktu wyjścia czyli do czasu rekonstrukcji starej i sprawdzonej metody sprawowania władzy, wizja ta staje się coraz bardziej realna i wkrótce będzie zalegalizowana (prawdopodobieństwo powrotu do minionego okresu jest duże, bo wiele osób nadal tęskni za bezpiecznym życiem zaściankowych przeciętniaków; patrząc na całokształt zachodzących w Polsce metamorfoz powiedzieć można, że zatoczyliśmy kółeczko, a idea zrealizowania dobrej zmiany obiecywanej w kampanii wyborczej, została zaprzepaszczona, ponieważ za jej „wykon” zabrały się figurki wyposażone w gumowy kręgosłup i charakterologiczną bylejakość).

[CC] Marek Jastrząb

Dlaczego jest tak źle?

Gros szarych ludzi nie interesuje się podkładaniem świń, teczkomanią i walką o stołki, pensje czy synekury. Jednak obecni kacykowie uważają, że to, oraz dalsze knucie intryg i podsycanie ogólnonarodowej nienawiści jest im potrzebne do rządzenia. Nie przeszkadza im, że są izolowani, traktowani jako prowincjonalne pośmiewisko, a ich partia stanowi na światowych arenach polityczną ciekawostkę; obecny ustrój wymaga od „suwerena” otwartych umysłów, a z tym – krucho. Nędznie też jest na odcinku prawdomówności. Nie mówiąc o innych odcinkach zakłamania.


Akcja rozgrywa się w szpitalu. Jeden z pacjentów głównego bohatera zwierza się, że nad historią jego choroby, nad ustaleniem diagnozy i dalszym leczeniem osobiście czuwa jeden z najlepszych tutejszych medyków. Myśl, że jest pod opieką, że ktoś zajmuje się jego sprawą, pozwalała mu przetrwać pobyt w tym miejscu. Żyć nadzieją na wyzdrowienie.

Wszelako gdy nareszcie, po paru tygodniach bezskutecznego oczekiwania na lekarza, dostrzegł go na korytarzu, podszedł do niego i starał się dowiedzieć, jak tam z jego problemem, zdziwiony lekarz zapytał go, kim jest i dlaczego się skarży, bo go nie pamięta.

I druga przypowieść, tym razem z kolekcji moich niepowodzeń: w trakcie wędrówek po urzędach zdarzało mi się spotykać z jaśnie wielmożnymi panami na społecznych włościach.

Kiedy po raz pierwszy miałem rozmowę z oficjelem, z radochy, że mogę mu przedstawić kwestię, z którą do niego przyszedłem, nie wiedziałem, gdzie mam się podziać. Byłem otumaniony tym, że przy nim siedzę, że docierają do mnie jego wzniosłe sentencje, że w końcu doczekałem się wizyty u człowieka obdarzonego rozsądkiem i inteligencją.

W trakcie konwersacji wykazywał zrozumienie dla prezentowanych przeze mnie zagadnień, uznawał trafność i zasadność przedłożonych argumentów, wspólnie ze mną zastanawiał się, jak należałoby je rozwiązać, obiecywał pomoc. Jednym słowem wychodziłem z jego gabinetu podniesiony na duchu, usatysfakcjonowany tym, że w końcu znalazłem kogoś zdolnego do odczuwania cudzego losu.

Lecz gdy po tygodniu nie następowały żadne tej rozmowy odzewy, szedłem jeszcze raz. Witał mnie jak dobrego znajomego. Już od progu zapraszał do wnętrza swoich komnat. Uśmiechał się nawet. Tyle że już na początku rozmowy kazał mi przypomnieć, co mnie gnębi.

Wchodziłem do podobnych biur, siadałem w gościnnych fotelach i z nieustanną energią zaczynałem swoje oracje od nowa. Mówiłem, przytaczałem, powoływałem się na przepisy, paragrafy i ustawy.

W lot chwytali, w czym rzecz. Jak poprzedni decydent, też ubolewali nad absurdami dotykającymi niepełnosprawnych, ofiarowywali się z pomocą, obiecywali, że pogadają z innymi dyrektorami wydziałów, a to z Architektem Miasta, a to z Lekarzem Wojewódzkim.

I znowu wychodziłem od nich z optymizmem, z wiarą i ufnością. Ale moja otucha, optymizm oraz pozostałe niedorzeczności, legły w gruzach, gdy odwiedzałem ich po raz trzeci i gdy po raz trzeci musiałem klarować, z czym przychodzę.

Tego rodzaju eskapad miałem w swoim życiu od pioruna i trochę a wszystkie razem nauczyły mnie ostrożności, rezerwy, sceptycyzmu. Ale działo się to wtedy, gdy istniał PRL i stosowanie podobnych sztuczek należało do partyjnych obyczajów każdego urzędu. Teraz jednak, mimo upływu lat od obalenia poprzedniego reżimu, wizja powrotu do punktu wyjścia czyli do czasu rekonstrukcji starej i sprawdzonej metody sprawowania władzy, wizja ta staje się coraz bardziej realna i wkrótce będzie zalegalizowana (prawdopodobieństwo powrotu do minionego okresu jest duże, bo wiele osób nadal tęskni za bezpiecznym życiem zaściankowych przeciętniaków; patrząc na całokształt zachodzących w Polsce metamorfoz powiedzieć można, że zatoczyliśmy kółeczko, a idea zrealizowania dobrej zmiany obiecywanej w kampanii wyborczej, została zaprzepaszczona, ponieważ za jej „wykon” zabrały się figurki wyposażone w gumowy kręgosłup i charakterologiczną bylejakość).

[CC] Marek Jastrząb
(18)

Pobierz PDF Wydrukuj