Demokracja.

Pod względem geograficznym rozeznaję się dobrze. Natomiast pod względem umiejscowienia w czasie, kłopotów mam sporo. Zwłaszcza z określeniem epoki, trudności mam niewyobrażalne.

Niby orientuję się, że mamy XXI wiek, trefny czas bicia piany i krótkich kołder. Bezradnego rozkładania rąk i słomianych deklaracji. Postępujących ograniczeń i politycznych drgawek. Błazeńskich profesjonalistów od dłubania w nosie. Że trapi nas obsesja zażartych rozmów o niczym i mamy okres przejściowy od przeszło dwustu lat, a demagogiczna mysz wciąż rodzi nam górę.

Gdy mnie zapytać o datę, to "posiadam wiedzę" o tym, że jest środa, mamy efekt cieplarniany, godzinę piątą wieczorem, że słońce wzeszło o którejś tam, a ciśnienie znowu jest niskie i opadów nadmierny brak.

Ale kiedy mam odpowiedzieć, jaki jest teraz okres historyczny, z mety czuję się niemrawo i zaczynam dukać emocjonalne zdania z dużą ilością niecenzuralnych słów. Sądząc po tym, co się z nami dzieje, w czym uczestniczymy, jestem we wczesnym średniowieczu. Albo w późnej starożytności.

Ale nie w Grecji!

Raczej w Barbarii; starożytność, w której żyję, lokalizuje się nie tam, gdzie powstawała Demokracja.

Jesteśmy zapewniani przez ludzi pokroju profesor Pawłowicz, że gdyby nie było demokracji, nie moglibyśmy stawać okoniem.

Jednak czy istotnie i bez przeszkód możemy? Czy potrafimy otwarcie i bez ponoszenia konsekwencji wyrażać swoje zdanie? Twierdzić, że każdy obywatel ma zagwarantowaną swobodę głosu i dostęp do sejmu? Że nie jest to wolność wypowiedzi okrojona do parusekundowych wystąpień? Droga do zastraszania opozycji, czyli do ubezwłasnowolnienia większości niesubordynowanego społeczeństwa?

[CC] Marek Jastrząb

Demokracja

Pod względem geograficznym rozeznaję się dobrze. Natomiast pod względem umiejscowienia w czasie, kłopotów mam sporo. Zwłaszcza z określeniem epoki, trudności mam niewyobrażalne.

Niby orientuję się, że mamy XXI wiek, trefny czas bicia piany i krótkich kołder. Bezradnego rozkładania rąk i słomianych deklaracji. Postępujących ograniczeń i politycznych drgawek. Błazeńskich profesjonalistów od dłubania w nosie. Że trapi nas obsesja zażartych rozmów o niczym i mamy okres przejściowy od przeszło dwustu lat, a demagogiczna mysz wciąż rodzi nam górę.

Gdy mnie zapytać o datę, to "posiadam wiedzę" o tym, że jest środa, mamy efekt cieplarniany, godzinę piątą wieczorem, że słońce wzeszło o którejś tam, a ciśnienie znowu jest niskie i opadów nadmierny brak.

Ale kiedy mam odpowiedzieć, jaki jest teraz okres historyczny, z mety czuję się niemrawo i zaczynam dukać emocjonalne zdania z dużą ilością niecenzuralnych słów. Sądząc po tym, co się z nami dzieje, w czym uczestniczymy, jestem we wczesnym średniowieczu. Albo w późnej starożytności.

Ale nie w Grecji!

Raczej w Barbarii; starożytność, w której żyję, lokalizuje się nie tam, gdzie powstawała Demokracja.

Jesteśmy zapewniani przez ludzi pokroju profesor Pawłowicz, że gdyby nie było demokracji, nie moglibyśmy stawać okoniem.

Jednak czy istotnie i bez przeszkód możemy? Czy potrafimy otwarcie i bez ponoszenia konsekwencji wyrażać swoje zdanie? Twierdzić, że każdy obywatel ma zagwarantowaną swobodę głosu i dostęp do sejmu? Że nie jest to wolność wypowiedzi okrojona do parusekundowych wystąpień? Droga do zastraszania opozycji, czyli do ubezwłasnowolnienia większości niesubordynowanego społeczeństwa?

[CC] Marek Jastrząb
(6)

Pobierz PDF Wydrukuj