Salon odrzuconych.

Razem z pierwszymi chłodami tego lata wyszedł przepis, że trzeźwym kierowcom należy zabierać prawo jazdy. Na ulicach powiało zgrozą, bo zwiększył się odsetek zalanych samochodów.

Ludzie bali się stać na chodnikach, a co dopiero wsiąść do taksówki, więc i ja straciłem pracę, a z nadzieją na jej odzyskanie, zacząłem tęgo popijać. Co nie należało do łatwych zadań, tym bardziej, że podówczas uchodziłem za nałogowego abstynenta.

Na poboczach zalegały sfrustrowane gromady porzuconych fur: smutnych, rozklekotanych, z nieaktualnymi tablicami rejestracyjnymi, ze zderzakami obrażonymi na świat, tak że skrzynie biegów przestawały być automatyczne i tylko wiater hulał pod bagażówkami skulonymi z zimna.

Czasem jakaś litościwa dusza przynosiła im rozgrzewkę w postaci pół basa oleum whisky dzięki czemu lube ciepło rozpływało się po wszystkich wystających częściach karoserii. I w ten sposób płynął mi czas.

Z początku jeździłem po garażu, ale przejadł mi się ten obyczaj, toteż w bezksiężycowe noce wymykałem się na szosę unikając chłopców z suszarką.

Jeździłem sakramenckimi obrzeżami, po wertepach, polem, lasem i gościńcem, a nieraz, bywało, brzegiem plaży, zapiaszczonej i mdłej, a tak rozmokłej, że co chwilę musiałem gramolić się z podłoża.

Szybko mi więc obrzydły te kursy bez celu, na oślep i dokądkolwiek, wobec tego spasowałem i chcąc nie chcąc dołączyłem do bandy bezdomnych szoferaków. Zagarażowałem na dobre, a miało to miejsce pod chmurką, na jednej z ulic, z dala od rynsztoków śródmieścia, w pobliżu remizy, zaraz za śmietnikiem Domu Kultury.

Byłem teraz jednym z nich, bratem-łatem, automobilistą z uprawnieniami do leżenia pod maską, a na dokładkę zostałem bez klientów i wyrzucono mnie ze służbowej kawalerki (komornik oznajmił uroczyście - jakbym nie wiedział! - że nie powinienem jeździć po trzeźwemu, gdyż wystawiam złe świadectwo pozostałym piratom).

Krótko mówiąc byłem bez dachu nad głową, dołączyłem więc do reszty odstawionych od złudzeń i zwolnionych z otuchy.

Zaprzyjaźniłem się z nimi, uczestniczyłem w dyżurach na placu parkingowym, polubiłem je nawet, bo pilnowanie czegoś, co nie istnieje, ma głębszy sens.

Wspominam o śmietniku, ponieważ w jego wnętrzu urządziliśmy sobie kafejkę do jednoczenia się w kupę, coś w rodzaju świetlicy połączonej z czytelnią i sypialnią przeznaczoną dla najbardziej niczyich spośród nas.

Tam żeśmy prowadzili dysputy o perforacjach losu i trąbach powietrznych oczekującej przyszłości. Tam też udawało się nam przez chwilę oderwać od myślenia na jawie. Tam też, wspólnymi siły, podczas palenia trawki lub ognisk czy smażenia kiełbasek, wykonywaliśmy chóralne skowyty, rozhasane przyśpiewki wywodzące się z mroku zetempowskich muz, jakieś fałsze refrenów i parafraz, jakieś mydlane kawałki w rodzaju nie płacz, kiedy zostanę Marino Mariniego czy budujemy stary dom.

Przez moment znajdowaliśmy się poza kłuciem w sercu, ćmieniem zęba, strzykaniem w przerdzewiałych gnatach. W rojeniach widzieliśmy, jak dookoła szumiał las, a drogą, kwietnym duktem zieloności, szła



Stokrotka Polna, rumiana kumpela z harcerskich czasów.

Były to czasy tak wysublimowane i tchnące taką melancholią, że uspokojeni, zapominaliśmy o tym, co nas zmusza do poddawania się wyrokom losu.

Ale przeważnie drzemaliśmy w z dala od paragrafów, w tak nieobecnym oddaleniu, że zajmowane przez nas stoliki zanosiły się od cichych westchnień i ukradkowych łez.

Lecz już pod koniec dnia czekał nas powrót do rozsądku. Spadaliśmy z obłoków na ziemię, by zająć się wyżymaniem obrusów, by były suche na rano, gdy odwiedzi nas Przewodniczący Zmotoryzowanych Opojów, by nam wygłosić kolejną prelekcję o ubolewaniu i o tym, że wyłamujemy się z szeregu, bo jesteśmy nieprzepisowo trzeźwi.

[CC] Marek Jastrząb

Salon odrzuconych.

Razem z pierwszymi chłodami tego lata wyszedł przepis, że trzeźwym kierowcom należy zabierać prawo jazdy. Na ulicach powiało zgrozą, bo zwiększył się odsetek zalanych samochodów.

Ludzie bali się stać na chodnikach, a co dopiero wsiąść do taksówki, więc i ja straciłem pracę, a z nadzieją na jej odzyskanie, zacząłem tęgo popijać. Co nie należało do łatwych zadań, tym bardziej, że podówczas uchodziłem za nałogowego abstynenta.

Na poboczach zalegały sfrustrowane gromady porzuconych fur: smutnych, rozklekotanych, z nieaktualnymi tablicami rejestracyjnymi, ze zderzakami obrażonymi na świat, tak że skrzynie biegów przestawały być automatyczne i tylko wiater hulał pod bagażówkami skulonymi z zimna.

Czasem jakaś litościwa dusza przynosiła im rozgrzewkę w postaci pół basa oleum whisky dzięki czemu lube ciepło rozpływało się po wszystkich wystających częściach karoserii. I w ten sposób płynął mi czas.

Z początku jeździłem po garażu, ale przejadł mi się ten obyczaj, toteż w bezksiężycowe noce wymykałem się na szosę unikając chłopców z suszarką.

Jeździłem sakramenckimi obrzeżami, po wertepach, polem, lasem i gościńcem, a nieraz, bywało, brzegiem plaży, zapiaszczonej i mdłej, a tak rozmokłej, że co chwilę musiałem gramolić się z podłoża.

Szybko mi więc obrzydły te kursy bez celu, na oślep i dokądkolwiek, wobec tego spasowałem i chcąc nie chcąc dołączyłem do bandy bezdomnych szoferaków. Zagarażowałem na dobre, a miało to miejsce pod chmurką, na jednej z ulic, z dala od rynsztoków śródmieścia, w pobliżu remizy, zaraz za śmietnikiem Domu Kultury.

Byłem teraz jednym z nich, bratem-łatem, automobilistą z uprawnieniami do leżenia pod maską, a na dokładkę zostałem bez klientów i wyrzucono mnie ze służbowej kawalerki (komornik oznajmił uroczyście - jakbym nie wiedział! - że nie powinienem jeździć po trzeźwemu, gdyż wystawiam złe świadectwo pozostałym piratom).

Krótko mówiąc byłem bez dachu nad głową, dołączyłem więc do reszty odstawionych od złudzeń i zwolnionych z otuchy.

Zaprzyjaźniłem się z nimi, uczestniczyłem w dyżurach na placu parkingowym, polubiłem je nawet, bo pilnowanie czegoś, co nie istnieje, ma głębszy sens.

Wspominam o śmietniku, ponieważ w jego wnętrzu urządziliśmy sobie kafejkę do jednoczenia się w kupę, coś w rodzaju świetlicy połączonej z czytelnią i sypialnią przeznaczoną dla najbardziej niczyich spośród nas.

Tam żeśmy prowadzili dysputy o perforacjach losu i trąbach powietrznych oczekującej przyszłości. Tam też udawało się nam przez chwilę oderwać od myślenia na jawie. Tam też, wspólnymi siły, podczas palenia trawki lub ognisk czy smażenia kiełbasek, wykonywaliśmy chóralne skowyty, rozhasane przyśpiewki wywodzące się z mroku zetempowskich muz, jakieś fałsze refrenów i parafraz, jakieś mydlane kawałki w rodzaju nie płacz, kiedy zostanę Marino Mariniego czy budujemy stary dom.

Przez moment znajdowaliśmy się poza kłuciem w sercu, ćmieniem zęba, strzykaniem w przerdzewiałych gnatach. W rojeniach widzieliśmy, jak dookoła szumiał las, a drogą, kwietnym duktem zieloności, szła Stokrotka Polna, rumiana kumpela z harcerskich czasów.

Były to czasy tak wysublimowane i tchnące taką melancholią, że uspokojeni, zapominaliśmy o tym, co nas zmusza do poddawania się wyrokom losu.

Ale przeważnie drzemaliśmy w z dala od paragrafów, w tak nieobecnym oddaleniu, że zajmowane przez nas stoliki zanosiły się od cichych westchnień i ukradkowych łez.

Lecz już pod koniec dnia czekał nas powrót do rozsądku. Spadaliśmy z obłoków na ziemię, by zająć się wyżymaniem obrusów, by były suche na rano, gdy odwiedzi nas Przewodniczący Zmotoryzowanych Opojów, by nam wygłosić kolejną prelekcję o ubolewaniu i o tym, że wyłamujemy się z szeregu, bo jesteśmy nieprzepisowo trzeźwi.

[CC] Marek Jastrząb
(4)

Pobierz PDF Wydrukuj