Warsztaty dla kanciarzy.

Milcząca mniejszość jest przerażona mołojeckim, ekspansywnym zbydlęceniem i rozpustą pazerności ludzkiego rodzaju.
Skromna i nieśmiała, nie pasuje do dzisiejszego obrazka; gardzi osiąganiem sukcesu za wszelką cenę. Stroni od tymczasowego tryumfu i nie dąży po trupach do wbicia rywala w ziemię.
Lecz na swoje nieszczęście jest bezradna, bo nie wie, w jaki sposób ma rozmawiać z tą zbydlęconą częścią ludzi, którzy wyłącznie zainteresowani są "wymianą" argumentów zgodnych z przekonaniami swojego przywódcy; stosowane wobec nowozmianowców wszelkie tradycyjne techniki prowadzenia dyskursu – poległy, a jakiekolwiek próby nawiązania kontaktu spełzły na niczym i efekcie ustępująca elita oblała wszystkie możliwe egzaminy.

Proces degradacji społeczeństwa ciągle trwa; z wolna poczynamy reagować na zbyt nachalne ukartowania. W szewskiej pasji, podczas wymiany wzajemnie chamskich ciosów każda z walczących stron udaje zwycięzców, żadna zaś nie zauważa, że przestaje być traktowana serio.
Co w rezultacie prowadzi do wniosku, że naśladując obskuranckie metody walki stosowane przez przeciwników, przestajemy się od nich różnić. Co przez chwilę pozwala sądzić, że jesteśmy szlachetnymi wojownikami z dzidą. 

Nie sądzę, by istniał człowiek otwarcie deklarujący przynależność do wrogów kochania Ojczyzny; kiedy zapytać skina, dewota czy rasistę kim jest ich organizacja, wszyscy ci zacni ludzie oświadczą zgodnym chórem, że tylko ich ugrupowanie właściwie rozumie słowo patriotyzm, zaś pozostała część narodu, to czuby.
Tak więc w tym znaczeniu mamy tyle odmian patriotyzmu, ile środowisk. Bo jaki entourage, takie wartości, nieprawdaż?
  Odpowiadam bez bicia: jak najbardziej prawdaż!
Przeto jedne będą mówiły o spolegliwości, koncyliacji i tolerancji, drugie o uczuciowych obertasach i oficjalnym stosowaniu w szkołach maczug do wpajania religii, a trzecie zaczną bzdurzyć o oświacie polegającej na likwidacji tejże.

Ale ja, niewysublimowany prostak nad prostaki, mam się za patriotę w nieszczekliwym stylu i w tym sensie znajduję się w mniejszościowym, bo uczciwym gronie wyznawców miłości do swojego kraju.
Tu spieszę donieść: jestem patriotą nietypowym, bo z wielbicielami np. faszyzmu, łączy mnie brak wspólnego mianownika.
Jestem za ponownym i szybciutkim schodzeniem z drzew, nie mam więc krzty szacunku dla nieokrzesańców, którzy zabrali się za eksperymenty z wiedzą i oświadczam, że przenigdy nie będę łazić na czworakach przed szubrawcami. 

Jacy są ci, co narzucają nam swój sposób wdzięk i szyk?
  Przeważnie są młodzi, dorodni, urodziwi nad podziw, szczęśliwi na zabój. Przynajmniej tak chcą być widziani. W tej intencji tupią i wrzeszczą szwendając się po kościołach i obnosząc po procesjach bogoojczyźniane pienia.
Nic ich nie interesuje, a wszystko nuży. Są jak gdyby zwolnieni z obowiązku bycia zwyczajnym człowiekiem. Czują się wtedy jak niezastąpieni. Niczym predestynowani do wygłaszania zdań kompatybilnych z andronami.
Uwielbiają czynić tumulty, hałasy i rejwachy wokół siebie. Cieszą się, że ktoś traktuje ich serio. Przybierają wówczas niedostępne miny udając, że mają rozum.
Te stada leserów zapatrzonych w swoje pępki, hufce grasantów zbrojnych w kastety, szwadrony przekonanych, że szachrajstwo jest ich usprawiedliwieniem, że należą się im przeprosiny za parszywy los, jakaś godziwa rekompensata za ich usmarkane istnienie; sądzą, że krewni, znajomi, bliższa lub dalsza rodzina, wszyscy powinni im opatulać mimozowate ego, nadskakiwać, odgadywać zachcianki, przewidywać i uprzedzać ich najskrytsze życzenia.
Zanim jednak dostąpią łaski znalezienia się w okolicach dużych malwersacji, muszą przejść tresurę mówienia dementującego. Ukończyć szkołę ideologicznego przetrwania.
W języku zrozumiałym przez osoby lepszego sortu, mówienie dementujące sprowadza się do wypierania się wszystkiego, co powiedziało się przed chwilą. Nawet (a zwłaszcza) wtedy, gdy ową wypowiedź słyszeli ludzie z innej bajki. Osoby nieupoważnione do poznawania prawdziwej prawdy. Prawdy podszytej fałszem.
Są kształceni na pieczeniarzy i wyrachowańców, co to niczego nie robią za darmo. Są przysposobieni do bijatyk, rywalizacji, tępienia odmieńców.
Owcza reszta stara się ich naśladować. Dorównać im kroku. Płynąć z prądem.
Ich naturalnym otoczeniem jest wrogość.
Znajdują się na bokserskim ringu, gdzie nie ma miejsca na przyjaźń, miłość, serdeczne i bezinteresowne uczucia, na jakieś ludzkie odruchy, które między sobą nazywają objawami słabości.


Zapatrzeni w siebie, chcą być twardzielami. Pragną żyć bez oglądania się na innych. Radzą więc sobie, jak potrafią: niektórzy są mądrzy do upadłego: z naukowymi tytułami nadanymi przez Uniwersytet Magiel.

[CC] Marek Jastrząb
(1)

Warsztaty dla kanciarzy.

Milcząca mniejszość jest przerażona mołojeckim, ekspansywnym zbydlęceniem i rozpustą pazerności ludzkiego rodzaju.
Skromna i nieśmiała, nie pasuje do dzisiejszego obrazka; gardzi osiąganiem sukcesu za wszelką cenę. Stroni od tymczasowego tryumfu i nie dąży po trupach do wbicia rywala w ziemię.
Lecz na swoje nieszczęście jest bezradna, bo nie wie, w jaki sposób ma rozmawiać z tą zbydlęconą częścią ludzi, którzy wyłącznie zainteresowani są "wymianą" argumentów zgodnych z przekonaniami swojego przywódcy; stosowane wobec nowozmianowców wszelkie tradycyjne techniki prowadzenia dyskursu – poległy, a jakiekolwiek próby nawiązania kontaktu spełzły na niczym i efekcie ustępująca elita oblała wszystkie możliwe egzaminy.

Proces degradacji społeczeństwa ciągle trwa; z wolna poczynamy reagować na zbyt nachalne ukartowania. W szewskiej pasji, podczas wymiany wzajemnie chamskich ciosów każda z walczących stron udaje zwycięzców, żadna zaś nie zauważa, że przestaje być traktowana serio.
Co w rezultacie prowadzi do wniosku, że naśladując obskuranckie metody walki stosowane przez przeciwników, przestajemy się od nich różnić. Co przez chwilę pozwala sądzić, że jesteśmy szlachetnymi wojownikami z dzidą. 

Nie sądzę, by istniał człowiek otwarcie deklarujący przynależność do wrogów kochania Ojczyzny; kiedy zapytać skina, dewota czy rasistę kim jest ich organizacja, wszyscy ci zacni ludzie oświadczą zgodnym chórem, że tylko ich ugrupowanie właściwie rozumie słowo patriotyzm, zaś pozostała część narodu, to czuby.
Tak więc w tym znaczeniu mamy tyle odmian patriotyzmu, ile środowisk. Bo jaki entourage, takie wartości, nieprawdaż?
  Odpowiadam bez bicia: jak najbardziej prawdaż!
Przeto jedne będą mówiły o spolegliwości, koncyliacji i tolerancji, drugie o uczuciowych obertasach i oficjalnym stosowaniu w szkołach maczug do wpajania religii, a trzecie zaczną bzdurzyć o oświacie polegającej na likwidacji tejże.

Ale ja, niewysublimowany prostak nad prostaki, mam się za patriotę w nieszczekliwym stylu i w tym sensie znajduję się w mniejszościowym, bo uczciwym gronie wyznawców miłości do swojego kraju.
Tu spieszę donieść: jestem patriotą nietypowym, bo z wielbicielami np. faszyzmu, łączy mnie brak wspólnego mianownika.
Jestem za ponownym i szybciutkim schodzeniem z drzew, nie mam więc krzty szacunku dla nieokrzesańców, którzy zabrali się za eksperymenty z wiedzą i oświadczam, że przenigdy nie będę łazić na czworakach przed szubrawcami. 

Jacy są ci, co narzucają nam swój sposób wdzięk i szyk?
  Przeważnie są młodzi, dorodni, urodziwi nad podziw, szczęśliwi na zabój. Przynajmniej tak chcą być widziani. W tej intencji tupią i wrzeszczą szwendając się po kościołach i obnosząc po procesjach bogoojczyźniane pienia.
Nic ich nie interesuje, a wszystko nuży. Są jak gdyby zwolnieni z obowiązku bycia zwyczajnym człowiekiem. Czują się wtedy jak niezastąpieni. Niczym predestynowani do wygłaszania zdań kompatybilnych z andronami.
Uwielbiają czynić tumulty, hałasy i rejwachy wokół siebie. Cieszą się, że ktoś traktuje ich serio. Przybierają wówczas niedostępne miny udając, że mają rozum.
Te stada leserów zapatrzonych w swoje pępki, hufce grasantów zbrojnych w kastety, szwadrony przekonanych, że szachrajstwo jest ich usprawiedliwieniem, że należą się im przeprosiny za parszywy los, jakaś godziwa rekompensata za ich usmarkane istnienie; sądzą, że krewni, znajomi, bliższa lub dalsza rodzina, wszyscy powinni im opatulać mimozowate ego, nadskakiwać, odgadywać zachcianki, przewidywać i uprzedzać ich najskrytsze życzenia.
Zanim jednak dostąpią łaski znalezienia się w okolicach dużych malwersacji, muszą przejść tresurę mówienia dementującego. Ukończyć szkołę ideologicznego przetrwania.
W języku zrozumiałym przez osoby lepszego sortu, mówienie dementujące sprowadza się do wypierania się wszystkiego, co powiedziało się przed chwilą. Nawet (a zwłaszcza) wtedy, gdy ową wypowiedź słyszeli ludzie z innej bajki. Osoby nieupoważnione do poznawania prawdziwej prawdy. Prawdy podszytej fałszem.
Są kształceni na pieczeniarzy i wyrachowańców, co to niczego nie robią za darmo. Są przysposobieni do bijatyk, rywalizacji, tępienia odmieńców.
Owcza reszta stara się ich naśladować. Dorównać im kroku. Płynąć z prądem.
Ich naturalnym otoczeniem jest wrogość.
Znajdują się na bokserskim ringu, gdzie nie ma miejsca na przyjaźń, miłość, serdeczne i bezinteresowne uczucia, na jakieś ludzkie odruchy, które między sobą nazywają objawami słabości.
Zapatrzeni w siebie, chcą być twardzielami. Pragną żyć bez oglądania się na innych. Radzą więc sobie, jak potrafią: niektórzy są mądrzy do upadłego: z naukowymi tytułami nadanymi przez Uniwersytet Magiel.

[CC] Marek Jastrząb
(1)

Pobierz PDF Wydrukuj