Pirania

W czasie swoich licznych podróży krajoznawczych, trafiłem do pewnego miasteczka na Warmii. Miasto jak każde w tej okolicy, przyklejone do drogi i otaczające przepiękne podłużne polodowcowe jezioro. Było już dobrze pod wieczór, szedłem głównym traktem porośniętym starymi lipami sadzonymi chyba jeszcze za Pruskich zaborców, lekka mgła spowijała spokojną taflę jeziora, która o tej porze przybrała pomarańczową barwę od zachodzącego słońca. Zmrok zapadał szybko i rozbłysły już latarnie wskazując mi drogę w dół do centrum.

Byłem już głodny i spragniony całodzienną wędrówką, więc założyłem, że deptak zaprowadzi mnie do jakiegoś miejscowego przybytku serwującego jakieś proste i pożywne dania regionalne złożone z tego co oferuje jezioro i okoliczne lasy, oraz browary. Deptak kończył się oświetlonym drewnianym molem, pełnym młodych ludzi i par, siedzących na ławkach. Jak przypuszczałem była tu też restauracja o zachęcającej nazwie "U rybaka", do której skwapliwie wszedłem.

Wnętrze było przestronne, jednoizbowe, skąpo oświetlone wiszącym u powały żyrandolem z trzema energooszczędnymi żarówkami, stolików było dużo i przy każdym siedzieli jacyś goście. Już dawno się nauczyłem, że nie ocenia się knajpy po wyglądzie i że duża frekwencja gwarantuje świeżą i dobrą kuchnię. Podszedłem do drewnianego długiego baru bez hokerów. Zażywna barmanka podała mi kartę i przyjęła zamówienie na miejscowe piwo z beczki. Na moje pytanie - gdzie mogę usiąść? - wskazała gestem stolik, przy którym siedział jakiś starszy, smutny mężczyzna zgarbiony nad pustą szklanką po piwie. Od razu zamówiłem drugą szklankę dla niego i czekając aż mi naleje, przejrzałem menu.

Ku mojemu zdziwieniu w karcie były same potrawy z mięsa. Choć nie brakowało dziczyzny i dzikiego drobiu. Gdy zapytałem o to barmankę, ta stawiając przede mną dwie oszronione szklanice złocistego trunku odrzekła lakonicznie, że od czasu pewnego wydarzenia, nikt w tym mieście ryb nie łowi. Na mój pytający wzrok, ponownie wskazała mi miejsce przy stoliku, który zajmował starszy mężczyzna. Odebrałem piwo i podążyłem zaintrygowany w stronę stołu, już wcześniej zastanowiła mnie dziwnie cicha i smutna atmosfera tego miejsca, nawykły do stołowania się w knajpach od razu wychwyciłem ten brak gwaru, gestykulacji, towarzyszącej alkoholowym dyskusjom, śmiechów i rubasznych żartów. Atmosfery nie poprawiał lecący z taśmy Zenek, obwieszczający słuchaczom, że pod palmami jest najlepsze miejsce na nową miłość.

Moje przybycie nie ożywiło lokalu, jak w innych odwiedzanych tego typu miejscach, gdzie znudzeni tubylcy pragną posłuchać wieści od wędrowca, mijałem stoliki ze skupionymi nad swoimi szklankami gośćmi wymieniającymi się kilkusylabowymi informacjami. Usiadłem na wolnym miejscu przy stoliku, kurtuazyjnie stawiając przed starcem szklankę piwa. Ten nawet się nie ożywił, przeniósł tylko prawą dłoń z pustej na postawioną przeze mnie pełną szklankę.

Niezręczną ciszę przerwała barmanka, która przyniosła mi zamówione uprzednio danie z gęsich żołądków i postawiła obok koszyk z pachnącym zakwasem mazurskim chlebem. Gdy zapytałem o rachunek, spojrzała na mojego gościa, który zrobił dłonią szybki poziomy ruch nad blatem. Barmanka powiedziała, że Szef dziś stawia, ale pod warunkiem, że wysłucham jego historii.

Ukroiłem kawałek gęsich podrobów i upewniwszy się, że kucharz dobrze spełnił swoje zadanie, skinąłem głową z aprobatą. Barmanka zabrała pustą szklankę i odeszła, a ja jeszcze raz przyjrzałem się szefowi tego zagadkowego miejsca. Upił powoli piwo i głośno odstawił szklankę na kartonik leżący na blacie. Spojrzał na mnie, a w jego bystrych oczach czaił się smutek i cierpienie.

-Tamtego dnia - zaczął - wybrałem się na ryby, nie żeby coś złowić, bo do kuchni od dawna przywożą ryby z Centrali Rybnej z Iławy. Poszedłem rano nad jezioro i wsiadłem z wędką do łódki jak ojciec, dziad i pradziad rybak. Popłynąłem w miejsce tam przy zakręcie drogi, gdzie zawsze kucharz nęci dla mnie ryby odpadkami z kuchni. Było cicho i mglisto tak jak zawsze o świcie, tylko słychać było żaby i przebudzone ranne ptaki. Ryby nie brały, zazwyczaj wracam z kilkoma w siatce, mniejsze wypuszczam wolno. Mgły się jeszcze nie podniosły, gdy usłyszałem pisk hamulców. Tu na zakręcie często samochody wypadają z drogi. Ten jednak musiał zignorować wszelkie ograniczenia, bo przefrunął nad wałem i wylądował prosto w wodzie, niedaleko, z 50 metrów od łódki.

W tym miejscu nie jest głęboko - kontynuował opowieść, jakby mówił ją już setki razy. Przerwał na chwilę, wyciągnął papierosa z pomiętej paczki i nie zważając, czy mi to przeszkadza, zaciągnął się gryzącym dymem a papieros trzymany w żółtych od nikotyny palcach zatańczył niby robaczek świętojański, kręcąc pogmatwane wzory.

- Samochód był zanurzony do połowy, przodem wbity w muł dna. Z tylnego fotela przez otwartą szybę, wystawała ręka bijąca gwałtownie o powierzchnię jeziora. Ktoś uwięziony pasami potrzebował pomocy. Wskoczyłem z łódki do wody, w ręku miałem nóż do ryb, którym przeciąłem pasy fotelika z tyłu i wyciągnąłem drobną postać z wozu, by zająć się kierowcą i pasażerem z przodu.

W tym miejscu z sali rozległy się głosy:

-A mogłeś dobić!

I stuknęły o blaty opróżniane szklanki z alkoholem. Miałem wrażenie, że goście doskonale znali tę historię opowiadaną jak katarzis przez starca i tylko czekali na ten fragment, by go znów, jak co wieczór upokorzyć. Zrobiło mi się go żal, przecież opowiadał o czynie bohaterskim, uratował życie ludzkie, nie przeszedł obojętnie wobec ludzkiej tragedii. Zanim się odezwałem, rybak podjął swój wątek dalej, a Janusz Laskowski zaczął zachwalać uroki jednej z siedmiu dziewcząt z Albatrosa.

-Uratowałem wszystkich, ale najważniejszy był ten pierwszy, bo to był prezes prezesów. Po kiego chuja, ja się wtedy wybrałem na te ryby?

Wszyscy radzili siedź w domu, oglądaj telewizję, do polityki się nie mieszaj.

[CC] Romuald Kulesz

Pirania

W czasie swoich licznych podróży krajoznawczych, trafiłem do pewnego miasteczka na Warmii. Miasto jak każde w tej okolicy, przyklejone do drogi i otaczające przepiękne podłużne polodowcowe jezioro. Było już dobrze pod wieczór, szedłem głównym traktem porośniętym starymi lipami sadzonymi chyba jeszcze za Pruskich zaborców, lekka mgła spowijała spokojną taflę jeziora, która o tej porze przybrała pomarańczową barwę od zachodzącego słońca. Zmrok zapadał szybko i rozbłysły już latarnie wskazując mi drogę w dół do centrum.

Byłem już głodny i spragniony całodzienną wędrówką, więc założyłem, że deptak zaprowadzi mnie do jakiegoś miejscowego przybytku serwującego jakieś proste i pożywne dania regionalne złożone z tego co oferuje jezioro i okoliczne lasy, oraz browary. Deptak kończył się oświetlonym drewnianym molem, pełnym młodych ludzi i par, siedzących na ławkach. Jak przypuszczałem była tu też restauracja o zachęcającej nazwie "U rybaka", do której skwapliwie wszedłem.

Wnętrze było przestronne, jednoizbowe, skąpo oświetlone wiszącym u powały żyrandolem z trzema energooszczędnymi żarówkami, stolików było dużo i przy każdym siedzieli jacyś goście. Już dawno się nauczyłem, że nie ocenia się knajpy po wyglądzie i że duża frekwencja gwarantuje świeżą i dobrą kuchnię. Podszedłem do drewnianego długiego baru bez hokerów. Zażywna barmanka podała mi kartę i przyjęła zamówienie na miejscowe piwo z beczki. Na moje pytanie - gdzie mogę usiąść? - wskazała gestem stolik, przy którym siedział jakiś starszy, smutny mężczyzna zgarbiony nad pustą szklanką po piwie. Od razu zamówiłem drugą szklankę dla niego i czekając aż mi naleje, przejrzałem menu.

Ku mojemu zdziwieniu w karcie były same potrawy z mięsa. Choć nie brakowało dziczyzny i dzikiego drobiu. Gdy zapytałem o to barmankę, ta stawiając przede mną dwie oszronione szklanice złocistego trunku odrzekła lakonicznie, że od czasu pewnego wydarzenia, nikt w tym mieście ryb nie łowi. Na mój pytający wzrok, ponownie wskazała mi miejsce przy stoliku, który zajmował starszy mężczyzna. Odebrałem piwo i podążyłem zaintrygowany w stronę stołu, już wcześniej zastanowiła mnie dziwnie cicha i smutna atmosfera tego miejsca, nawykły do stołowania się w knajpach od razu wychwyciłem ten brak gwaru, gestykulacji, towarzyszącej alkoholowym dyskusjom, śmiechów i rubasznych żartów. Atmosfery nie poprawiał lecący z taśmy Zenek, obwieszczający słuchaczom, że pod palmami jest najlepsze miejsce na nową miłość.

Moje przybycie nie ożywiło lokalu, jak w innych odwiedzanych tego typu miejscach, gdzie znudzeni tubylcy pragną posłuchać wieści od wędrowca, mijałem stoliki ze skupionymi nad swoimi szklankami gośćmi wymieniającymi się kilkusylabowymi informacjami. Usiadłem na wolnym miejscu przy stoliku, kurtuazyjnie stawiając przed starcem szklankę piwa. Ten nawet się nie ożywił, przeniósł tylko prawą dłoń z pustej na postawioną przeze mnie pełną szklankę.

Niezręczną ciszę przerwała barmanka, która przyniosła mi zamówione uprzednio danie z gęsich żołądków i postawiła obok koszyk z pachnącym zakwasem mazurskim chlebem. Gdy zapytałem o rachunek, spojrzała na mojego gościa, który zrobił dłonią szybki poziomy ruch nad blatem. Barmanka powiedziała, że Szef dziś stawia, ale pod warunkiem, że wysłucham jego historii.

Ukroiłem kawałek gęsich podrobów i upewniwszy się, że kucharz dobrze spełnił swoje zadanie, skinąłem głową z aprobatą. Barmanka zabrała pustą szklankę i odeszła, a ja jeszcze raz przyjrzałem się szefowi tego zagadkowego miejsca. Upił powoli piwo i głośno odstawił szklankę na kartonik leżący na blacie. Spojrzał na mnie, a w jego bystrych oczach czaił się smutek i cierpienie.

-Tamtego dnia - zaczął - wybrałem się na ryby, nie żeby coś złowić, bo do kuchni od dawna przywożą ryby z Centrali Rybnej z Iławy. Poszedłem rano nad jezioro i wsiadłem z wędką do łódki jak ojciec, dziad i pradziad rybak. Popłynąłem w miejsce tam przy zakręcie drogi, gdzie zawsze kucharz nęci dla mnie ryby odpadkami z kuchni. Było cicho i mglisto tak jak zawsze o świcie, tylko słychać było żaby i przebudzone ranne ptaki. Ryby nie brały, zazwyczaj wracam z kilkoma w siatce, mniejsze wypuszczam wolno. Mgły się jeszcze nie podniosły, gdy usłyszałem pisk hamulców. Tu na zakręcie często samochody wypadają z drogi. Ten jednak musiał zignorować wszelkie ograniczenia, bo przefrunął nad wałem i wylądował prosto w wodzie, niedaleko, z 50 metrów od łódki.

W tym miejscu nie jest głęboko - kontynuował opowieść, jakby mówił ją już setki razy. Przerwał na chwilę, wyciągnął papierosa z pomiętej paczki i nie zważając, czy mi to przeszkadza, zaciągnął się gryzącym dymem a papieros trzymany w żółtych od nikotyny palcach zatańczył niby robaczek świętojański, kręcąc pogmatwane wzory.

- Samochód był zanurzony do połowy, przodem wbity w muł dna. Z tylnego fotela przez otwartą szybę, wystawała ręka bijąca gwałtownie o powierzchnię jeziora. Ktoś uwięziony pasami potrzebował pomocy. Wskoczyłem z łódki do wody, w ręku miałem nóż do ryb, którym przeciąłem pasy fotelika z tyłu i wyciągnąłem drobną postać z wozu, by zająć się kierowcą i pasażerem z przodu.

W tym miejscu z sali rozległy się głosy:

-A mogłeś dobić!

I stuknęły o blaty opróżniane szklanki z alkoholem. Miałem wrażenie, że goście doskonale znali tę historię opowiadaną jak katarzis przez starca i tylko czekali na ten fragment, by go znów, jak co wieczór upokorzyć. Zrobiło mi się go żal, przecież opowiadał o czynie bohaterskim, uratował życie ludzkie, nie przeszedł obojętnie wobec ludzkiej tragedii. Zanim się odezwałem, rybak podjął swój wątek dalej, a Janusz Laskowski zaczął zachwalać uroki jednej z siedmiu dziewcząt z Albatrosa.

-Uratowałem wszystkich, ale najważniejszy był ten pierwszy, bo to był prezes prezesów. Po kiego chuja, ja się wtedy wybrałem na te ryby?

Wszyscy radzili siedź w domu, oglądaj telewizję, do polityki się nie mieszaj.

[CC] Romuald Kulesz
(025)

Pobierz PDF Wydrukuj